Przyjaźń w pracy? Grząski teren dla nieostrożnych

Specjalistką od tematów związanych z pracą jest Biurwa. Nasza Czytelniczka postanowiła jej jednak dopomóc i opisała przypadek intrygi zaczerpnięty ze swojego miejsca pracy. Konia z rzędem tym, którzy połapią się kto jest zły, a kto dobry. Albo: kto mądry, a kto głupi.

Pół roku temu zaczęłam pracę w pewnym biurze. Bez wdawania się w szczegóły, które mogłyby mnie zdradzić, mogę napisać tylko tyle, że naszym podstawowym zadaniem było realizowanie oczekiwań Klienta. Klient tych oczekiwań oczywiście nie był nigdy w stanie zbyt dokładnie określić. Każdy kto kiedyś tak pracował, doskonale wie, o czym mówię i jakim jest to koszmarem. Klient ma wszak zawsze rację i zawsze chce, żeby - to, co akurat przygotowałaś - było inne, takie bardziej „wow”!

Nie to jednak okazało się moim największym nieszczęściem i utrapieniem. Dalece gorsze okazały się gierki, intrygi i wojna podjazdowa, w której się zupełnie nie połapałam.

Pierwszych dni w pracy nie wspominam źle. Szefostwo przyjęło mnie uprzejmie, zespół nieco chłodno. Nic niezwykłego. Nikogo tam wcześniej przecież nie znałam. Gra wstępna trwała krótko, bo szybko zaczęła się klasyczna orka. Niekończące się zmiany zdania Klienta, praca nad wprowadzaniem zmian wcześniejszych zmian, negocjacje, siedzenie po godzinach. Nerwy, przerzucanie odpowiedzialności za zaistniałą sytuację. Każdy ciągnął kołdrę w swoją stronę. Zaczęłam tracić ostrość widzenia. Kilka razy puściły mi nerwy.

Nie jestem korponiewolnikiem, praca nie jest moim życiowym priorytetem.

Wtedy z pomocą przyszła Ona. Moja najbliższa współpracowniczka, która pracowała w tej firmie od bardzo wielu lat. Jak by wam ją opisać? Myślę, że w każdym zespole jest ktoś taki. „Zasiedziany”, niedoceniany, wszystkowiedzący o wszystkich, przesycony frustracją. Może niezbyt zdolny, za to piekielnie ambitny. Ktoś bardzo niebezpieczny przy okazji. Taka właśnie osoba wyciągnęła do mnie rękę. I to dosłownie, z chusteczką. Po kolejnych zmianach wprowadzonych przez Klienta, rozpłakałam się bowiem z bezsilności w toalecie. Kolejne poprawki oznaczały katorżniczą pracę w nocy. Może dla niektórych to normalka, ale ja mam dom. Zwykły taki, z dziećmi, które lubią dostać całusa przed snem. I męża, który też nie lubi zasypiać sam. Nie jestem korponiewolnikiem, praca nie jest moim życiowym priorytetem. Poza tym nie mam już dwudziestu lat i fizycznie nie jestem w stanie pracować dzień w dzień po kilkanaście godzin. Moja współpracowniczka powiedziała mi wtedy, że doskonale mnie rozumie i że chce mi pomóc. Że mam jej wsparcie i że w tej firmie wszyscy ludzie są wyzyskiwani. I jej zdaniem ja jestem właśnie wykorzystywana. Ostrzegła mnie, kto donosi do szefów, kto gra zupełnie nie fair, a komu nie wolni nic mówić o sobie, bo wykorzysta to potem przeciwko mnie. Im bardziej ostrzegała mnie przed innymi, tym bardziej zaczynałam jej ufać. Mówiłam jej szczerze o tym, kto i w jaki sposób sprawił mi w pracy przykrość, kto moim zdaniem się leni, kto pracuje nie tak, jak powinien. Ludzie w firmie, początkowo obojętni, zaczęli się ode mnie odsuwać. Gdy przychodziłam zrobić sobie kawę, milkły rozmowy. Jedynym źródłem informacji o firmie była moja współpracowniczka. Szefostwo także coraz oszczędniej ze mną rozmawiało.

Ona na szczęście była przy mnie, radziła, aby nie rozmawiać z tymi, którzy się dystansują, a najlepiej to traktować ich lekko z góry. Tutaj nie szanują tych, którzy dają po sobie jeździć i siedzą cicho. Dostaniesz tylko to, co sobie wywalczysz - mówiła. W efekcie, gdy przy kolejnych uwagach Klienta puściły mi nerwy, zaczęłam krzyczeć na cały open space. Powiedziałam co myślę o pracy i zaangażowaniu innych. Ona robiła wtedy miny sugerujące, że jestem super, że nie daję po sobie jeździć. Gdy to piszę, widzę śmieszność całej sytuacji. Widzę, jak przez własną głupotę stałam się marionetką w cudzych dłoniach.

I choć nie miałam innych propozycji, złożenie wypowiedzenia wydawało mi się, jedynym możliwym wyjściem.

Potem zaczęłam myśleć, że rzeczywiście nie ma dla mnie miejsca w tej firmie. Zmęczenie osłabiało moc logicznego myślenia, ale dodawało mocy złości, wszystkim negatywnym myślom, jakie tylko znajdowałam w swojej głowie. Nie dam po sobie jeździć. Oni mnie nie szanują. Mam dość tego, jak mnie traktują - myślałam nieustannie. I choć nie miałam innych propozycji, złożenie wypowiedzenia wydawało mi się, jedynym możliwym wyjściem. Współpracowniczka tylko zagrzewała mnie do boju. Mówiąc o tym, jakie świństwa zrobiło jej szefostwo, powiedziała, że możliwe są tylko dwa wyjścia - albo napluć im do kawy, albo z honorem odejść. Nie muszę chyba tłumaczyć, które rozwiązanie wydawało mi się właściwym. I wreszcie Klient zakończył nękanie, zaakceptował i sytuacja się uspokoiła. Ja także. Poszłam na finalną w swoim mniemaniu rozmowę z szefostwem. Miałam dość, nie do końca jednak wiedząc czego.

Była tylko jedna dyrektorka. Znacznie ode mnie starsza, znacznie bardziej doświadczona. Weszłam do gabinetu spokojna, ale nastawiona na rozwiązanie współpracy. Prowadzenie rozmowy szybko przejęła jednak Dyrektorka. Z ukrywaną irytacją powiedziała mi, że oczekiwała ode mnie większego zrównoważenia i odporności na stres. I że dotarły do niej informacje, że jestem niezwykle konfliktową osobą. Zarzutów z jej strony było znacznie więcej. Co gorsza większość z nich, wcale nie była wyssana z palca. Krzyki w open space - niestety tak. Konfliktowość? Tak, pokłóciłam się kilka razy z tymi, o których usłyszałam, że donoszą do szefostwa.

Zanim weźmiesz kiedyś od kogoś chusteczkę i zaczniesz się żalić, zastanów się kto na tym wszystkim skorzysta.

Dyrektorka nie przestawała mówić. Chyba miała dość oglądania mojej obrażonej miny. Wyjaśniła mi, że na moje stanowisko była wcześniej prowadzona rekrutacja wewnętrzna i że moja współpracowniczka miała awansować. Dostałam tę pracę wyłącznie dlatego,że miałam od niej większe doświadczenie. I teraz właśnie tę pracę traciłam. Przez kogo? Ano, przez siebie. Bo tak podpuścić dają się tylko głupi. Co mi przyszło do głowy, żeby zaufać komuś w pracy i wylewać swoje gorzkie żale? Nie bądź taka jak ja. Zanim weźmiesz kiedyś od kogoś chusteczkę i zaczniesz się żalić, zastanów się kto na tym wszystkim skorzysta. Zanim powiesz o kimś złe słowo, zastanów się dziesięć razy. A ktoś kto narzeka na firmę, w której jednocześnie siedzi od lat, jest co najmniej zastanawiający i jeśli jesteś tak naiwna jak ja - lepiej kogoś takiego unikaj. Bo tak jak mnie, zostanie ci tylko "praca z domu".

Głupia Elka

Więcej o: