Chciałabym mieć ciastko i zjeść ciastko. Najlepiej zaraz

Co zrobić, gdy małżeńska miłość już się wypaliła? Można po prostu trwać i cieszyć się spokojną stabilizacją. Ale do czasu. Bo nagle na naszej drodze stanąć może ktoś, kto zburzy spokój i wzbudzi lawinę uczuć. To właśnie spotkało naszą Czytelniczkę.

Trudno mi to pisać, ale chyba muszę, gdyż nigdy nawet nie przypuszczałam, że nam się to przytrafi. Wiedliśmy stateczne życie, w którym wszystko jest poukładane. Byliśmy jednym z tych przewidywalnych związków, które zaczęły się jeszcze w czasach licealnych dyskotek i prowadziły prosto na ślubny kobierzec.

Potem żyliśmy spokojnie, bez cichych dni i większych sprzeczek. Własne m3 wystarane, wyszarpane, zaoszczędzone, trochę na kredyt, własny samochód na raty, wspólna każda chwila po pracy. Nie potrzebowaliśmy przyjaciół, wystarczyli nam znajomi. Brydż raz na jakiś czas, co piątek większe spotkanie przy ciasteczkach, jakieś filmy: czasem Woody Allen, a czasem komedie romantyczne. Takie proste życie. Wakacje w Grecji, wypady do Hiszpanii, święta w naszej rodzinnej miejscowości. I nagle, gdzieś tak po trzydziestych czwartych urodzinach, na jakimś śledziku firmowym... pojawił się On.

Początkowo był mi obojętny. Nawet się nieco denerwowałam, że odciągnał mnie od rozmów z koleżankami z działu, akurat zdrowo się chichrałyśmy na wspomnienie jakiegoś zabawnego zdarzenia. Niestety, na moje nieszczęście On się zaczął pojawiać częściej, a co gorsza, ja zaczęłam go zauważać. Trudno było inaczej , całe to "zejdź na kawę, przywiozłem wam te papiery, których brakowało", czasem coś innego. Bardzo niepozorne gesty, które jednak wskazywały, że zależy mu jakoś na naszych przelotnych, niewinnych spotkaniach.

Wreszcie podczas andrzejkowej balangi wyszliśmy wspólnie w kilka osób na papierosa, ja już wychodziłam do domu. Obiecałam mężowi, że wrócę wcześniej i rano pojedziemy jeszcze dopilnować, żeby na działce zakręcić wodę, idzie zima. Przyjdzie mróz, wiadomo, rozsadzi rury, remont trzeba będzie zrobić, szkoda nerwów i pieniędzy. Stoimy więc i palimy, jest wesoło, żartujemy, wreszcie mówię, że lecę do domu. I On ni z tego ni z owego, niezobowiązująco całuje mnie w szyję. Cała zdrętwiałam. Do dziś to pamiętam. Chyba właśnie wtedy wpadłam jak śliwka w kompot. Nagle to ja zaczęłam szukać pretekstu do spotkań. "Przywiózłbyś nam jeszcze to?". Wysyłając mu kolejne SMS-y, choć były wyłącznie służbowe, czułam się jak zdrajczyni, kasowałam natychmiast. Każde spotkanie, niby wyłącznie poświęcone omawianiu spraw zawodowych, ale tu pogłaskał, tam dotknął mojej dłoni.

Nasze pożegnania powoli zaczynały przypominać rozstania zakochanych nastolatków, tych, którzy jeszcze nigdy się tak naprawdę nie całowali, ale bardzo by chcieli. Patrzenie w oczy, długie trzymanie za ręce, przytulanie się, niby koleżeńskie, ale takie dłuższe. Najważniejsze było, by nie dać nikomu z pracy pretekstu do plotek, wiadomo jak to jest. W domu robiło się za to coraz nudniej. Brzydło mi wszystko to, co dotąd cieszyło. Ta nasza mała stabilizacja. Kolacja przy Wiadomościach, seks pełen rutyny. Pocałunki bez namiętności, takie zwykłe. Nagle zdałam sobie sprawę, że w zasadzie dla mojego męża stałam się już tylko elementem otoczenia.

Nie ma uczucia, jest przywiązanie. To okropne, myślałam, że nam się to nigdy nie przydarzy, tak bardzo, bardzo chciałam się z nim zestarzeć. To miała być miłość na całe życie, a teraz... teraz jest mi już obojętna. Mówiłam mu: "zaszalejmy, wyjedźmy gdzieś spontanicznie", "robaczku, daj spokój, musimy? Jest nam tu dobrze przecież, prawda?". Po kilku próbach zwyczajnie odpuściłam.

On, mój niewinny adorator z pracy, nie przestawał. Niby wszystko takie niedopowiedziane, a jednak. Śledzik pracowniczy minął spokojnie, myślałam, że może spróbuję o nim zapomnieć. I znów, już wychodziłam. Już zakładałam płaszcz i wtem ktoś mnie obejmuje i szepcze do ucha "chodź na spacer". Trudno odmówić. Więc szliśmy, znów jak te nastolatki, za ręce po chodniku jednej z głównych ulic naszego miasta, co jakiś czas mnie przytulał i całował w policzek. Za którymś razem odwzajemniłam, a potem zwyczajnie pierzchłam żegnając się z szybka, bo byłam pewna, jeszcze kilka kroków i skończy się źle. A teraz tęsknię jak głupia.

Rodzina siedzi w drugim pokoju przy stole, a ja zamknęłam się w toalecie z telefonem. Piszę do Niego. On odpisuje. Wymieniamy się niezobowiązującymi esemesami, ale czuję, że wystarczy, że wrócę do miasta po świętach, spotkamy się i stanie się coś więcej. Może nie od razu, ale to się wydarzy. Zwariowałam na punkcie tego faceta, a jednocześnie tak bardzo tego nie chcę, to głupie. To przewidywalne i tanie. Nie chcę poświęcać naszego wieloletniego związku, a jednak ja naprawdę czuję się jak nastolatka. Zasypiam wzdychając do Niego w myślach, rano cieszę się na widok wiadomości od niego. Tęsknię za tym, jak mnie dotykał, jak przytulał, jak patrzył, jak się uśmiechał i jak pachniał. Tak bardzo chciałabym móc znów się w niego wtulić na chwilę. Na powitanie, albo na pożegnanie, między kolejnymi zawodowymi rozmowami. O tym, że wreszcie pocałuje mnie w usta staram się już nie myśleć, ale to trudne. Zdrada. Całe życie myślałam, że nas to nie dotyczy, a teraz zawisła w powietrzu. Najgorsze jest to, że chciałabym spróbować, choć raz... Z innym facetem. Chciałabym mieć ciastko i zjeść ciastko. Najlepiej zaraz.

Więcej o: