Podsumowania, czyli to co tygryski lubią. Najbardziej.

"Koniec roku, czyli czas na podsumowania. Tutaj podsumowanie prostej, cichej, ale i wiernej czytelniczki. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!" - tak napisała Marta i chyba nic dodać, nic ująć.

Nie ma co ukrywać, prawie wszyscy lubimy robić podsumowania. Pod koniec roku, w dniu urodzin, czy też jakiejś rocznicy. To taki "narodowy" fetysz zaraz koło składania życzeń. Robimy tak my, nasi znajomi, niemalże wszyscy. Dlaczego "niemalże"? Generalizowanie to przejaw ignorancji, a bycie generalizującym ignorantem to ZUO największe. My nie jesteśmy "źli", więc nie uogólniamy.

Głównym kryterium oceniającym "udaność" mijającego roku było to, czy poznałam TEGO jednego jedynego.

Wracając do podsumowań. Święta skłoniły mnie do refleksji nie tylko nad sensem istnienia, karykaturalną ludzką życzliwością, ale też zaczęłam myśleć o roku, który się kończy. Co mi przyniósł, a o czym znowu zapomniał. Siedząc i myśląc zdałam sobie sprawę, że stałam się monotematyczna. Pierwsze co przyszło mi na myśl - kolejny zmarnowany rok nie wnoszący niczego do mojego życia (poza jednym oczkiem dodanym do wieku). Rozmawiając z koleżanką użyłam błyskotliwego porównania, że szybciej dogadają się w sejmie niż u mnie coś się zmieni. I gdzie tu monotematyczność? Ano w tym, że głównym kryterium oceniającym "udaność" mijającego roku było to, czy poznałam TEGO jednego jedynego. No, nie poznałam, ale czy to jest powód, żeby bezmyślnie oceniać wszystko, co się wydarzyło? Zdecydowanie nie.

Po przywołaniu się do porządku przeszłam do dokładniejszej analizy tego, co było. I tak sobie myślę, że to był najbardziej udany rok w moim życiu, Poznałam ludzi, bez których moje życie byłoby puste. I nie trzeba wielkiej miłości, żeby to, co się dzieje wokół nabrało sensu. Najważniejsi są ludzie, którzy nas otaczają. Inspirują. I właśnie tacy się pojawili.

Nauczyłam się nie tylko krytycznego postrzegania rzeczywistości, ale też krytycznego spojrzenia na wszystko co robię.

Często bez poznania kogoś wyrabiamy sobie o nim zdanie. Mądrzy ludzie nazywają to chyba "efektem pierwszego wrażenia". I bywa tak, że nie wiedząc dlaczego niektórych osób po prostu nie lubimy. Bo nie. Co gorsze - nie chcemy ich poznać. Miałam tak. "Cholernie inteligentny, zadufany w sobie Pan Piękny z przerośniętym ego" - to było wszystko co mogłam powiedzieć o tej osobie. Dziwnym zbiegiem okoliczności poznaliśmy się lepiej. Cóż, przekonałam się, żeby nigdy więcej nie ufać pierwszemu wrażeniu. Człowiek okazał się, jak wyżej - cholernie inteligentnym, ale - sympatycznym chłopakiem. Dzięki niemu nauczyłam się nie tylko krytycznego postrzegania rzeczywistości, ale też krytycznego spojrzenia na wszystko co robię. Mam tutaj na myśli konstruktywną krytykę. I nauczył mnie - jak tę krytykę przyjmować.

Kolejną osobą jest "pan" abstrakcyjny i absurdalny do granic możliwości. Jednak jest to najinteligentniejsza osoba jaką znam. Gdy się z nim rozmawia, w mózgu trybiki przeskakują kilka poziomów i pracują na najwyższych obrotach. Znacie to uczucie? Ja je uwielbiam. Kocham abstrakcje, absurd, wszelkiego rodzaju aluzje i wszystko, co nie jest dosłowne. A przede wszystkim to ktoś, kto jest w stanie niemalże każdemu udowodnić, jak „mało wie”, a mimo to tego nie robi. Po tym możemy poznać inteligentnego człowieka. Dostosowuje się do poziomu rozmówcy. Poznałam tę osobę właśnie w tym roku. Przypadek?

Nauczyłam się coraz częściej mówić „nie”, to jeszcze nie asertywność, ale już blisko.

Miniony rok nauczył mnie również używa słowa „przyjaciel”. Do tej pory tego nie robiłam. Może dlatego, że nie miałam kogo tak nazywać. Możliwe. Poznałam ludzi, na których mogę liczyć. Nauczyłam się coraz częściej mówić „nie”, to jeszcze nie asertywność, ale już blisko. Przekonałam się, że najbardziej boimy się tego, co nieznane, a oswojone demony nie są już takie straszne.

Dlaczego o tym piszę? Może i niektóre/niektórzy z Was zapatrzyli się w jeden punkt, tak jak ja w „szukanie miłości”. Nie doceniamy innych rzeczy, jakie się wydarzyły. Nie doceniamy ludzi, którzy nas tak naprawdę kształtują naszą osobowość. W Nowym Roku postaram się postawić na ludzi, którzy mnie inspirują. Kształtowanie własnego „ja”. Może i zrozumienie, co tak naprawdę jest moim życiowym celem. Tego samego też Wam życzę, Drodzy Fochowicze.

Tak na marginesie - Amorze, jeśli się nie spotkamy w Nowym Roku, to Cię znajdę i nie chcesz wiedzieć, gdzie umiejscowię Twój łuk i strzały. Rozumiemy się?

Marta

Więcej o: