Dość tych igrzysk! Szczery list w obronie Nataszy Urbańskiej

Nasz sporadyczny czytelnik, pan Janusz, postanowił najpierw nieco ochłonąć, a potem wyrazić swój sprzeciw wobec ataku na Nataszę i jej utwór. Jak broni artystki? Sprawdźcie sami.

Droga Dominiko tak bardzo sfochowana!

Przeczytałem Twój list do Nataszy Urbańskiej i choć stronię od internetowych przepychanek oraz na brak pracy nie narzekam, to jednak muszę do Ciebie napisać. Niby wszystko jest jasne, bo jak dziewczyna jest ładna, ma głos, a do tego jeszcze dobrze wyszła za mąż, to przecież oczywiste, że jej inna baba nie przepuści. Nie ma najmniejszej szansy. Ale z muzyką bywa inaczej, przecież mówi się, iż łagodzi obyczaje. Jednak nie dziennikarki. Połączenie cech baby i pismaka, jest niczym gryf - lew z orłem. Widzi taka, że jest gdzie ofierze szpony wbić i zęby, po czym od razu skrzydeł dostaje. Jatka jest, lud klaszcze. Ale ja klaskać nie będę.

To była formy drwiny z takich, jak redaktorka Focha. Z takich, które się wiecznie odmładzają, nadużywają tej całej internetowej nowomowy.

Ta piosenka nie była dla takich jak Ty. Nie dla sfochowanych trzydziestek z wielkiego miasta, co to mają zdanie jeszcze przed przesłuchaniem. Nie dla takich, co cudze wolą chwalić, a swojego nie szanują. Ba, myślę, że to była formy drwiny z takich, jak redaktorka Focha. Z takich, które się wiecznie odmładzają, nadużywają tej całej internetowej nowomowy,  paskudnych, obco brzmiących i karykaturalnych angielskich słów. Kiedy słyszę lajkować, to mi się siwy włos na karku jeży, bo ja jestem z pokolenia, które ceniło język polski przede wszystkim. Mnie urąga ten galimatias językowy równie powszechny w sieci, w klubach, co i w miejskim autobusie. Urbańska śmiała się w kułak z zachłystywania się tymi wszystkimi młodymi gwiazdeczkami, które radio potem nachalnie promuje. Z durnych, wtrącanych wszędzie słówek, które są pokraką językową, z popowych gwiazdek udających najnowszych dancingowych wodzirejów. Ze świata, mam wrażenie, Wam bliskiego. To, że śmiała się za głośno i nie wiedziała kiedy przestać to inna sprawa, mam wrażenie, że was panie trochę zabolało. Mniejsza o to, chlastać ironią na odlew, a samemu ją wyczuć to przecież dwie inne sprawy.

Przyczepiłyście się, jakby Natasza miała w Operze Narodowej występować, za wasze pieniądze.

Tylko widzicie, moje pokolenie zjadło chyba mniej rozumów niż wasze, bo my wiedzieliśmy, że Pink Floyd to jest Muzyka przez duże "M", ten dźwięk, ten przekaz, to jest coś ponadczasowego! Bonnie M zaś niekoniecznie miało te walory melomańskie, co nie znaczy, że po kilku głębszych, na prywatce w akademiku nie miało racji bytu. Tymczasem Wy, a konkretnie redaktor tak bardzo sfochowana Dominika, przyczepiłyście się, jakby Natasza miała w Operze Narodowej występować, za wasze pieniądze w Carnegie Hall śpiewać arie. Skąd ta zawiść? Przecież w miejsce Urbańskiej natychmiast weszłaby gorzej śpiewająca lala, z gorzej napisaną i zagraną piosenką. Ja tam większych uchybień wykonawczych nie widzę, choć krzykliwy klip obejrzałem raz i szczerze mówiąc wystarczy. Rozumiem na czym żeruje współczesny żurnalizm, wiem, Dominiko, że twój list w erze Pudelka i Faktu był na swój sposób formą taktowną, ale do takiego poziomu się nie zniżajmy, bowiem zabraknie dna, od którego by się odbić można. Jako sporadyczny czytelnik Focha apeluję o trochę umiaru. Dość tych igrzysk!

Janusz

Więcej o: