Jestem zazdrośnicą i nie potrafię nad tym zapanować!

Nie ma mężczyzn idealnych. A jeśli już się jakiś trafi, to okazuje się, że nic w przyrodzie nie ginie: nieidealna musi być partnerka. Nasza Czytelniczka szczerze o swoim problemie - zazdrości.

Tyle się ostatnio babki rozpisują na tematy damsko-męskie, problemy w związkach i z facetami, to ja, by odrobinę zmienić tor, postanowiłam ponarzekać na siebie, ale również w świetle mojego obecnego związku.

Jestem typem zazdrośnicy (że tak delikatnie to ujmę).

No bo zdarzają się faceci którzy zdradzają, oszukują, olewają potrzeby partnerki, biją czy poniżają jakkolwiek inaczej byle tylko pokazać swoją „wyższość”. Ale są też faceci, którym w zasadzie nic nie można zarzucić. Którzy się starają, dbają, chcą urozmaicać wspólnie spędzany czas wolny, gotują, są świetni w łóżku, przystojni i zaradni. No słowem idealni. Mi się chyba taki ideał trafił. No, prawie. Prawie, bo każdy ma jakieś wady (na szczęście). Ja na przykład jestem typem zazdrośnicy (że tak delikatnie to ujmę). To jest mój drugi poważny związek i drugi raz stałam się chorobliwie zazdrosna o swojego partnera. Pierwszy związek rozpadł się po dwóch latach i całe szczęście, bo mój facet poza grami komputerowymi świata nie widział, typ Piotrusia Pana po trzydziestce.

Teraz jest inaczej. Jest wspaniale, świetnie się dogadujemy, śmiejemy się z tych samych żartów, mamy podobny światopogląd, słuchamy podobnej muzyki, dość szybko zamieszkaliśmy ze sobą i wiążemy z tym związkiem spore nadzieje - w zasadzie gdyby było nas stać, to pewnie zaczęlibyśmy myśleć o ślubie. Niestety mój problem powoli rujnuje tę sielankę. Tzn jak jest ok. to jest super, żadna przeszkoda nam niestraszna, ze wszystkimi przeciwnościami potrafimy sobie poradzić. Ale jak wpadam w swoją „fazę” to jest koniec. Kłótniom, krzykom a potem cichym wieczorom nie ma końca. Mówię „wieczorom” bo nie potrafimy i chyba się nie zdarzyło byśmy zasnęli pokłóceni.

Potrafię się przypieprzyć o byle pierdołę, o coś co nie powinno mieć żadnego wpływu na nasze relacje.

Michał jest muzykiem, gra w zespole rockowym i chyba przez to mnie tak nosi. Ich single docierają do coraz większej liczby ludzi, jego skrzynka odbiorcza na Facebooku pęcznieje od gratulacji i życzeń powodzenia, zaczynają się nim interesować koleżanki na studiach, koleżanki kolegów itd... On nic przede mnie nie ukrywa, wie że jestem zazdrosna i w każdej chwili jest mi gotowy udowodnić, że jest wobec mnie uczciwy, twierdzi, że inne kobiety mogłyby nie istnieć. A mimo to nie radzę sobie, potrafię się przypieprzyć o byle pierdołę, o coś co nie powinno mieć żadnego wpływu na nasze relacje. O telefon o 22.30 od jego byłej w jakiejś mało istotnej sprawie, o miłość ze szkolnych lat, która usilnie próbuje się z nim umówić, o to, że po koncercie zagadała go jakaś panienka, o to, że kumpel wyciąga go na piwo z jakimiś swoimi koleżankami (o mnie ani słowa)... Fakt, że raz zostałam zdradzona i on o tym wie, dlatego też na każdym kroku zapewnia mnie, że jest inny, że facet może być wierny i może nie oglądać się za innymi kobietami, że on ma w związku wszystko czego potrzebuje.

Coraz bardziej brakuje mi sił, motywacji, by to zmienić.

Zaczęłam się więc w międzyczasie zastanawiać gdzie leży przyczyna mojego zachowania, skąd ta patologiczna nieufność. Czy problem leży w kiepskim dzieciństwie, niskiej samoocenie czy w problemach w poprzednim związku? Najczęściej oczywiście jakiś czas po kłótni dociera do mnie, że przegięłam, przepraszam i staram się to jakoś naprawić. Doszło nawet do tego że sprawdziłam go kilka razy (oczywiście nic nie znalazłam, przyznałam się i przeprosiłam). Coraz bardziej brakuje mi sił, motywacji, by to zmienić, a jemu cierpliwości (coraz częściej wybucha kiedy znowu pojawia się jakiś temat). Chyba nie potrafię tego zmienić, nie trafia do mnie, że on jest ok, że mam prawdziwe szczęście, że ktoś taki jak on mnie chciał. Wiem, że powinnam dać mu święty spokój, że zasługuje na kogoś lepszego, a przynajmniej normalnego. Ale bardzo go kocham, jest niesamowitym, ciepłym, wspaniałym człowiekiem. I on kocha mnie. Ale nie chcę rujnować mu życia.

Powinnam odejść czy może jest jeszcze dla mnie jakaś nadzieja...?

Indi

Więcej o: