Mam kasę, więc na pewno jestem cichodajką

Po tekście Rączki o narzekaniu na brak kasy zawrzało. Nie lubimy gadać o pieniądzach, wiadomo nie od dziś. Czy zatem, jeśli je mamy, lepiej udawać, że jest odwrotnie? Nasza Czytelniczka wyjaśnia, dlaczego to najlepsza strategia.

Przeczytałam artykuł Anki Rączkowskiej o tym, że wnerwia ją ludzkie gadanie o braku kasy. I się wkurzyłam. Powód narzekania na niedobory w portfelu jest bardzo prosty: nie lubimy w naszym zapyziałym kraju ludzi, którzy mają kasę. Bo nam się to źle kojarzy - na pewno ukradli, oszukali, nieuczciwie ją zarobili. Jeśli młoda dziewczyna ma kasę na ładne ciuszki i jeździ niezłym autem po modnych kawiarniach, to na pewno ma dzianych rodziców. Jeśli jest przy tym atrakcyjna i zadbana - na bank jest utrzymanką, czyli daje dupy za kasę. Wytłumaczenie, że jest zdolna i już w młodym wieku pracuje za dobre pieniądze też da się zbić - na pewno zatrudnili ją po znajomości albo sypia z szefem.

Zawsze się znajdzie mnóstwo wspaniałości, których jeszcze nie kupiliśmy!

O ileż wygodniej usiąść sobie przy winie (musującym!) i ponarzekać, że nas nie stać na to czy na tamto. To jakoś tak jednoczy. A że mamy drogie torebki, dizajnerskie ciuchy i jemy wykwintne sushi? Nieważne. Nie stać nas na tyle innych dóbr! Zawsze się znajdzie mnóstwo wspaniałości, których jeszcze nie kupiliśmy i w natłoku innych kuszących rzeczy, pewnie nie kupimy. Bo na wszystko na raz nas nie stać. Proste.

Nigdy nie afiszowałam się tym, że świetnie zarabiam. Gdy mnie ktoś pytał, jak to możliwe, że przed trzydziestką stać mnie na fajne mieszkanie w niezłej lokalizacji, dobre auto i ładne ciuchy, mówiłam, zgodnie z prawdą, że mam świetną i świetnie płatną pracę, w której się realizuję, ciężko pracuję i to się przekłada na taki oto finansowy efekt. Doszłam do tego sama, naprawdę ciężką pracą. Zaczęłam zdobywać doświadczenie zawodowe już na pierwszym roku studiów. Miałam szczęście, bo we właściwym momencie ktoś mi dał cynk, że szukają kogoś z predyspozycjami, które miałam i udało mi się przejść przez rekrutację, przekonać ludzi na wysokich stanowiskach, że jestem młoda, ale mam wiedzę i warto we mnie uwierzyć. Nie musiałam z nikim spać. Po prostu wykorzystałam daną mi szansę.

Inni i tak „znają prawdę”. Przecież to oczywiste, że sama na to nie zapracowałam, na pewno komuś daję po cichu.

I co? Nikt nie wierzy w takie tłumaczenie. Poza garstką moich bliskich znajomych, którzy mnie znają i wiedzą, jaka jest prawda - wiele osób za moimi plecami komentuje „wiedząc lepiej”, że jest w tym drugie dno. Że na pewno coś jeszcze za tym stoi, bo nie da się tak po prostu osiągnąć tego wszystkiego. Phi, ciężka praca, jasne.

Jest to naprawdę przykre. Dlatego myślę sobie, że powinnam się wpisać w ten dyskurs narzekania. Mówić głośno, że nie mam kasy, że jest fatalnie, że mnie nie stać. Ponarzekamy sobie wtedy wspólnie i na tym się skupimy. Ewentualne komentarze, że mam to czy tamto - mogę łatwo odbić tekstem, że rodzice mi kupili, że wygrałam w konkursie, że kupiłam na przecenie. Wchodzenie w szczerą rozmowę kończy się tylko frustracją, bo inni i tak „znają prawdę”. Przecież to oczywiste, że sama na to nie zapracowałam, na pewno komuś daję po cichu.

M.

Więcej o: