Homo insipiens, czyli nie myślę i niestety jestem

Jeśli myślenie czyni człowieka, to wg naszego Czytelnika wiele spotykanych na naszej drodze osób (?) nie zalicza się do gatunku ludzkiego. Mężczyzna Inaczej pięknie opisał istoty niemyślące.

Braki i braki braków

Tematem stycznia jest "brak". A ponieważ brak mi kompleksów i zahamowań, a zarazem nie brak tupetu, samozadowolenia i bogatego doświadczenia (tak, tak, będzie to mój drugi temat miesiąca), postanowiłem podjąć wyzwanie. Mam zamiar napisać o braku szczególnym, moim ulubionym, w aspekcie którego życie dostarcza mi nieprzerwanie całej gamy obserwacji i skłania do rozważań nad nieskończonością tego zjawiska. Dodatkowym impulsem podjęcia tematu była ostatnia wypowiedź minister Bieńkowskiej ("sorry, taki mamy klimat"). Jeśli jednak myślicie, że będę pisał o braku ogłady, umiejętności dyplomatycznych, czy kompetencji - muszę was rozczarować. Nie zainspirowała mnie wypowiadająca te słowa, ale tych słów adresaci. Tak, mam zamiar napisać o braku ... myślenia. Bo wg mnie wypowiedź minister Bieńkowskiej podsumowała właśnie brak takowego, zarówno u pasażerów, jak i przewoźnika.

Myślę, więc jestem

Zanim jednak przejdę do sedna, drobne wprowadzenie. Nie wiem czy znacie jedną z teorii, która próbuje wyjaśnić powstanie gatunku Homo sapiens. Otóż - w uproszczeniu - chodzi o to, że protoplasta Homo sapiens, żyjący na obszarze obecnej Afryki, pewnego razu zdał sobie sprawę, że może zachować pewną część zgromadzonej wody, aby skorzystać z niej nazajutrz. Był to u niego pierwszy przejaw myślenia. Trzeba było wielu tysięcy lat, aby udoskonalić tę umiejętność i zaledwie kilkudziesięciu, aby nastąpił regres. Ten zaś jest olbrzymi. Ludzie nie myślą. Nawet kiedy myślą, że myślą, to nie myślą. Ale żebyście nie pomyśleli, że zmyślam, niech przemówią przykłady zebrane na podstawie przeróżnych obserwacji.

Myślenie hiper miałkie

Weźmy taki hipermarket lub dyskont - środowisko znane praktycznie każdemu, a które - zapewne ze względu na swoje specyficzne warunki - katalizuje bezmyślność wśród sporej rzeszy przebywających w nim osobników. Tylko wybitnie uodpornione jednostki są w stanie zachować w tym otoczeniu pełnię władz umysłowych, u pozostałych można zauważyć wzmożoną eskalację bezmyślności.

Wszystko zaczyna się już w momencie dotarcia w okolice rzeczonego obiektu. Głowy próbujących zaparkować wypełnia kompletna pustka. Będąc na terenie parkingu nie biorą pod uwagę występowania skrzyżowań równorzędnych, ich otępiałe mózgi nie rejestrują poziomych znaków drogowych - tych trójkącików namalowanych na drodze i skierowanych "ostrzem" w ich stronę, a informujących o dotarciu do drogi o ruchu uprzywilejowanym, gdzie należy ustąpić pierwszeństwa. Bo tak naprawdę nawet przez myśl im nie przejdzie, aby jakichkolwiek znaków szukać. Na nic - oprócz już wspomnianych poziomych - te pionowe, umieszczane zazwyczaj niewysoko (np. podwieszone u sufitów parkingu), aby nietrudno je było przegapić. Owszem - są mniejsze, bo muszą się zmieścić pomiędzy sufitem a dachami samochodów - niemniej - widać je. Wypada nadmienić, iż niektórym ból zadawany przez starający się pracować mózg, zmieszany z przemożną potrzebą, żeby już, teraz, natychmiast być wśród tych wszystkich cudowności, które przyzywają, obcować z nimi, wielbić, czcić, hołubić, każe porzucić samochody gdzie bądź i na przełaj przez ulice i parking pędzić na oślep ku drzwiom wejściowym - niezmiennie, uparcie i nieodwołalnie nie myśląc. Ci zaś, którzy postanowili skorzystać z parkingu, wiedzeni tą samą potrzebą, ustawiają swoje samochody jakkolwiek, nie myśląc o tych, którzy będą chcieli zaparkować obok.

Po rozgrzewce na parkingu lub w okolicy, maraton bezmyślności przenosi się w miejsca stacjonowania wózków na zakupy - najwłaściwsze miejsce na poszukiwania drobnych lub przekopywanie torebek i kieszeni celem odnalezienia żetonu. Nie do pomyślenia jest przecież przewidzieć to przynajmniej w drodze po wózek (bo nie oczekuję nawet, że przed wyjściem z domu). Trzeba to zrobić na miejscu, utrudniając dostęp do wózków innym zainteresowanym - przecież torebkę najlepiej postawić na spiętych wózkach. Co do wspomnianych oczekujących, ci także nie grzeszą myśleniem. Gdy tylko ktoś wreszcie odnajdzie żeton lub drobne oraz stosowny otwór i uszczęśliwiony zechce poturlać się wózkiem do krainy dobra wszelakiego, napotka na nieprzebyty mur oczekujących. Stąd miejsca te są źródłem nieustającego gwaru wymienianych wzajemnie uprzejmości, w których króluje zazwyczaj twardo wibrujące ERRRR, charczące Kkk, dźwięczne Uuuu lub soczyste Ppp.

U szczęśliwych posiadaczy wózka, zwiększenie stanu posiadania nie implikuje wzrostu pracy szarych komórek. Dlatego też możemy być pewni, że któryś z nich zatrzyma się z wózkiem w obszarze automatycznych drzwi lub bramek wejściowych, tudzież innym, najwęższym możliwym przejściu, macając po kieszeniach: a to za listą z zakupami, a to upewniając się, że komórkę i kluczyki od samochodu ma przy sobie. Czasem zatrzyma go i wprawi w melancholię błagalny ton spikerki ("Właściciel samochodu marki ... o numerach ..."), ale nieprzyjemne uczucie ciarek na plecach, jakie wywoła, sprawi, że nie będzie chciał analizować sensu przekazu.

Zmagania w odbijaniu palmy pierwszeństwa w bezmyślności przeniosą się następnie do alejek miedzy regałami. W alejkach tych co i rusz, któryś z kupujących będzie przystawał i porzucał wózek tam, gdzie się zatrzymał i tak, jak się zatrzymał. Czasami tknięty dziwnym uczuciem ustawi go w pozycji chroniącej przed innymi. Zawsze jednak sprowadzi się to do ograniczenia przestrzeni, którą można by się swobodnie przemieszczać. Umożliwi natomiast nieskrępowane - tak cudzymi, jak i swoim wózkiem - przeprowadzanie kipiszu na regałach, by w samozadowoleniu móc brodzić w rozsypanym makaronie, ślizgać się na rozbitych jogurtach lub zaplątywać w porozrzucaną odzież.

Kumulacja owej bezmyślności będzie miała miejsce przy kasie, gdzie potrzeba wypakowania zakupów dostanie dostrzeżona dopiero wówczas, gdy cały podajnik będzie już pusty, a kasjerka zorientuje się, że nie ma czego skanować. Oczywiście nieodpowiednie ustawienie wózka dodatkowo opóźni wypakowanie oraz doprowadzi do zniszczenia własnej garderoby i postrącania, z ustawionych równolegle z kasami regałów, ich zawartości. Pomysł, by na bieżąco pakować do toreb już zeskanowane przez kasjerkę produkty będzie tak niedorzeczny, że nigdy nie zaświta w głowie (tak zresztą już znużonej ogromem hipermarketowych wyzwań intelektualnych). Podobnie zresztą, jak pomysł uprzedniego przygotowania portfela i sprawdzenia jego zawartości pod kątem rosnącej na wyświetlaczu kwoty. Owszem, niektórzy nie muszą - posiadają przecież karty - to automatycznie zwalnia od myślenia. Tak, ale nie od pamiętania, jaki jest PIN i która karta posiada środki.

Rozumowanie odjechane

Dosyć, porzućmy już to traumatyczne środowisko, bo o ile można by o nim dłużej, to już w nim niezbyt długo. Pora się przemieścić gdzieś indziej, co ma tę zaletę, że dostarczy kolejnych przykładów braku myślenia. Podaruję sobie jednak w tym wypadku przemieszczanie się samochodami, ponieważ od dłuższego czasu szczęśliwie nie jest mi dane obserwować przejawów braku myślenia w tej dziedzinie transportu. Poza tym - w zupełności wystarczy tego, którego doświadczam w środkach komunikacji publicznej. Co ciekawe, przynajmniej jeden przykład braku myślenia dostrzegany tutaj, jest podobny, do tego który miał miejsce w przypadku wózków w hipermarketach. Tym razem jednak zamiast do wózków, chodzi o dostęp do jednego, zdecydowanie większego wózka. Niczym wataha wygłodniałych wilków, w ciemną, arktyczną noc, tłum pasażerów rwie się do wejścia otaczając je ciasnym półkolem lub - równie często - stojąc murem tuż przed. Pasażerowie wychodzący napotykają więc przeszkodę nie do przebycia i nie do przebicia. Nie pozostaje nic innego tylko asekuracyjnie dreptać i... deptać. I tu także - jak w przypadku wózków w hipermarketach - dochodzi do wzajemnej wymiany uprzejmości, a nawet przejawów fizycznej serdeczności z jaką wsiadający witają wysiadających. To naprawdę budujące, szczególnie, że wysiadający zostali dosłownie przed chwilą równie serdecznie pożegnani przez pasażerów kontynuujących podróż, którzy zawczasu, specjalnie na te okazję zgromadzili się tuż przy wejściu, by pełnić rolę komitetu pożegnalnego. Niektórzy z członków tego komitetu, tak zżyli się przez tę, krótką przecież, podróż z wysiadającymi, że lgną do nich i starają się przekonać ich do kontynuowania podróży.

Kiedy zawartości pojazdu ulegnie uszczupleniu, wtłaczają się tam, spragnieni jego wnętrza, nowi pasażerowie. "Wtłaczają" jest tutaj jak najbardziej trafnym określeniem, bo bywa, że w autobusie brak miejsca. Ten brak jednakże (do pary z brakiem myślenia) nie jest dla chętnych na przejazd przeszkodą. Przecież nie do pomyślenia jest, że się nie zmieszczą, tak jak nieważne jest, że za chwilę (8-10 minut) i tak przyjedzie kolejny pojazd. O nie, nie, o wiele lepiej poddać się przemożnej chęci pobicia kolejnego rekordu kompresji pasażerów w pojeździe komunikacji publicznej. Niektórych bicie rekordu boli o wiele mniej, niż wielokrotne, obustronne dobijanie drzwiami, które zrezygnowany kierowca stara się raz za razem zamknąć. Dopiero irytacja miażdżonych wewnątrz szczęśliwców (a tak, szczęśliwców - przecież oni, do cholery, pojadą), wywołuje wzrost ciśnienia wewnątrz pojazdu, a te jest na tyle silne, by wydalić nadmiarowego pasażera bądź pasażerów. Wydaleni śledzą następnie wzrokiem oddalający się pojazd i dyszą (zapewne ze zmęczenia) w jego ślad bezdźwięczne życzenia szczęśliwej podróży.

Na szczęście tak ekstremalne warunki zdarzają się tylko o określonych porach, przed i po nich praktycznie wszyscy chcący odbyć podróż dostają się do środka pojazdu. Zdumiewa fakt, że kolejność wchodzenia jest w opozycji do kolejności opuszczania pojazdu. Pasażerowie najbliżej wyjścia wysiadają zazwyczaj na ostatnich przystankach, ci w głębi na jednym z kilku najbliższych.

Znamienne jest też to, że pomimo braku tłoku w pojeździe, wchodzący do niego starają się integrować ze sobą, dążąc do jak najściślejszego kontaktu fizycznego, koniecznie w pobliżu drzwi - widząc to zastanawiam się czy to ta pustka ziejąca w pojeździe tak ich przeraża, czy może jest to robota Demona Maxwella.

Aby dopełnić obrazu braku myślenia w środkach komunikacji publicznej należy wspomnieć o jeszcze jednym jej uczestniku, który nie jest pasażerem. Chodzi oczywiście o kierującego pojazdem. Efekty jego braku myślenia daje się odczuć na różne sposoby, ale najbardziej chyba dotkliwym są fale olbrzymiego gorąca lub przenikliwego chłodu, gdyż regulacja klimatyzacji w pojeździe, przekracza jego zdolność percepcji.

Dochodzenie do wniosków

Uff. To może na piechotę? Tu - niestety - też nie lepiej. Chodzenie jedną stroną chodnika (np. prawą - nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego?) jest bowiem aspołeczne. Tak postępują tylko osobniki wyalienowane, tracąc tym samym nieprzebraną mnogość interakcji i zbliżeń, jakie stają się udziałem piechurów stochastycznych. Ci idą i nucą pod nosem przeróbkę starego szlagieru "wszystko się może zderzyć, a myśleć nie należy". Zadziwiające, że szczególną gorliwością niekontaktujący piechurzy kontaktowi wykazują się na przejściach dla pieszych, gdzie ich ścieżki są bardziej niezbadane, niż ścieżki Pana.

Omawiając przejścia dla pieszych należy bezwzględnie omówić bezmyślny ekstremizm. Cechują się nim ci wszyscy, którzy widząc czerwone, ale nie widząc pojazdów konstatują "to bez sensu" (cóż za dedukcja) i raźno ruszają do przodu. Takie chadzanie na skróty (przestrzenne i myślowe) częstokroć kończy się dla nich skróceniem życia.

Wyżej wspomniani są częstokroć katalizatorem ogólnospołecznego ruchu do przodu. Tak się bowiem składa, że w skupiskach osobników ludzkich włącza się tymże instynkt stadny, co z kolei wyłącza myślenie. Definitywnie. Wystarczy, aby jeden ze stada ruszył na czerwonym i reszta bezmyślnie rusza wraz z nim. Pocieszające jest to, że w niektórych tli się jeszcze odrobina instynktu samozachowawczego, który w porę powstrzymuje ich przed poddaniem się presji incydentalnego przewodnika stada.

Małpi rozum

Wspomniany instynkt stadny, to sam w sobie ciekawy substytut myślenia. Małpa widzi, małpa robi. Małpa je banana - pozostałe małpy też jedzą banana. Wystarczy zatem, że jakiś bardziej rozgarnięty lub wytresowany osobnik da się zauważyć, rzuci kilka miłych haseł (może: "kiść bananów dla każdego"?) i stado jest jego. Z szeroko otwartymi oczami (że o otworach gębowych nie wspomnę), tłumy osobników wciągają cały ten makaron nawijany na uszy z siłą pompy próżniowej. Lider mówi "prawo was ustrzeże od złego" - osobnikom wyłącza się instynkt samozachowawczy, lider mówi "rolą państwa jest otoczyć was nieograniczoną ochroną" i osobnikom wyłącza się zdrowy rozsądek. Koniec myślenia, koniec przewidywania, 2+2=5 - czemu nie, pewnie promocja. Nic już nie trzeba, wszystko jest w rękach tych, którzy wzięli na siebie odpowiedzialność za masy (ciemne - dodajmy). Zatem należy oczekiwać, że droga będzie odśnieżona i na długą podróż samochodem wystarczy lekki ubiór - przecież samochód ma ogrzewanie, a po drodze nie zdarzą się żadne nieprzewidziane przeszkody. A taki pociąg? No przecież jest ogrzewany (nawet nadmiernie) i jedzie ustalony czas. Co mu może zrobić zima? Nie, nie ma sensu brać jedzenia i zaopatrywać się w odrobinę cieplejszą odzież. Państwo i specjalnie powołanie instytucje kontrolują zimę. Zaradzą.

Więcej przykładów? Proszę - jest wojna w Egipcie, ale przecież ktoś wykupił tam wczasy, a w biurze podróży powiedzieli, że to żadna wojna, jakieś tam rozruchy na obrzeżach kraju. Jakby co, to przecież państwo ściągnie turystów do kraju. Baju, baju, baju, baju...

Niech nie zabraknie

Właściwie mógłbym ten temat ciągnąć jeszcze długi, długi czas. Mógłbym wręcz stworzyć cykl, przekraczający liczbą odcinków "Modę na sukces" - na brak myślenia nie brak przykładów, a wręcz wciąż ich przybywa. Nie chciałbym jednak przygnębiać, a jedynie rozbawić, licząc na to, że przy okazji sprowokuje to do ... myślenia.

Myślę też (tak, właśnie - myślę), że lepiej będzie jednak, jeśli na koniec postaram się choć odrobinkę zniwelować ów opisywany brak, przynajmniej w ten sposób, że Was - czytelników do myślenia zmuszę. Dlatego chciałbym Wam zaproponować rozwiązanie zagadki, która będzie wymagała użycia umiejętności dedukcyjnych. Otóż podczas trwającej obecnie kalendarzowej zimy, na Fochu ukazał się mój artykuł. Zamieściłem go jednak incognito, pod zupełnie innym pseudonimem. Pierwsza osoba, która odnajdzie ten artykuł i udowodni, że jest on mojego autorstwa, będzie mogła zaproponować temat artykułu, jaki będę musiał napisać (prawda, że to ekscytująca nagroda!) i opublikować na łamach Focha (skoro to czytacie to znaczy, że Szanowne Gremium Redakcyjne wyraziło zgodę na tę bezczelną prywatę). Oczywiście tematyka artykułu musi nadawać się na publikację.

Co do pozostałych czytających, tych znanych z opisanego właśnie braku. Oprócz niego, spodziewam się po was także braku zrozumienia treści i braku zahamowań w czepianiu się. Uczciwie jednak uprzedzę - brak mi będzie czasu na przepychanki z wami.

Mężczyzna Inaczej

Więcej o: