Kochajmy się! Nie tylko od święta...

Za 10 dni Święto Zakochanych. Z tej okazji nasza Czytelniczka robi przegląd różnych innych świątecznych "okazji" do bycia dla siebie miłym. Na tym tle znienawidzone przez wielu i wyśmiewane za komercję Walentynki wypadają zdecydowanie dobrze...

Święta, święta i po świętach. Ostatni czas świąteczno-zakupowo-sernikowy jakoś tak niekoniecznie optymistycznie mnie nastroił. Zaczęło się w zasadzie 1 listopada. Święto Zmarłych ma swoją specyfikę, wręcz trudny do zdefiniowania mistycyzm, z którego przeciętny Polak nie zawahał się zrobić tandety podszytej komercyjnym szczęściem tych, których nie ma już wśród nas. To od dawien dawna doskonały sposób, żeby się pokazać, a co! Niech widzą, że mnie stać, żeby kupić dziadziusiowi wielki znicz w kształcie Mikołaja. Szkoda tylko, że nie robią takich co to, „hou hou!” mówią i głową obracają niczym w „Egzorcyście”. Chińszczyzna. Nie wysilili się, ale kosztuje dużo, to na pewno się spodoba. Komu? No dziadziusiowi. Za życia jakoś tak nam się nie układało, to po śmierci mu wynagrodzę. Po co? Po to, żeby ludzie widzieli, że dobry ze mnie wnuk. O grób dbam. I może jeszcze wiązankę kupię. Ze storczyków, bo drogie. W końcu rodzina z drugiego końca Polski przyjedzie, to niech widzą. Dlaczego? Bo wnuk ze mnie porządny, o!

Nieważne, że dziadziusiowi grób przez okrągły rok obrasta chwastami, mchem i kupą ptasią.

Ręce mi opadają, jak widzę ten przepych na grobach. Jedyne, co jest w tym dobre, to chyba to, że sprzedawcy, jak już muszą marznąć stojąc przy swoich straganikach, chociaż zarobią. Jakoś tak, nie wiedzieć czemu, drażni mnie to, że z pokolenia na pokolenie wpaja nam się filozofię jednego momentu. Nieważne, że dziadziusiowi grób przez okrągły rok obrasta chwastami, mchem i kupą ptasią. We Wszystkich Świętych jest zastawiony od stóp do głów. To, że za życia o sobie nie pamiętamy, że nie mamy dla siebie czasu też jakoś nie podsyca wiary w człowieka. Bo przecież trudno żyć z nadzieją, że po śmierci mój wnuk odwiedzi mnie chociaż raz w roku i nawet tańczącą i świecącą choinkę na mogile postawi. A do tego ten ścisk, tłok i wszechobecne obrzucanie się jadem. Bo ten to jeździć nie umie, a tamten jak debil zaparkował, a jeszcze inny to błotem ochlapał żonie futerko, jak cisnął się w tej przycmentarnej uliczce. Potem jeden z drugim spotykają się przy sąsiedzkich grobach, spoglądają spod byka i wypierają świadomość, że prędzej, czy później zostaną sąsiadami.

Jeżeli staramy się o sobie nie pamiętać w dzień powszedni, to w święta możemy darować sobie obściskiwanie.

Po Dniu Zmarłych rozpoczyna się przedświąteczna gorączka. Można powiedzieć, że całkiem lubię ten czas od momentu, kiedy nic nie muszę. Umiłowanie i wielbienie wolności to zasiadanie do stołu bez 12 potraw i sianka, tylko z tymi, którzy przez cały rok o mnie pamiętali. Przed tymi, którzy przypominają sobie w okresie okołoświątecznym w zasadzie nie o mnie, a o moich kulinarnych zdolnościach, nie mam zamiaru udawać kochającej krewnej. Nie daję im też możliwości odegrania sceny miłości. Jeżeli staramy się o sobie nie pamiętać w dzień powszedni, to w święta możemy darować sobie obściskiwanie i łamanie się opłatkiem, od którego ksiądz nie odprowadził podatku. Potok SMS-ów też już mi nie grozi, bo od kilku lat nie odpisuję na świąteczne życzenia osobom, które nie wiedzieć kiedy widziałam i świadomie na pewno już ich nie zobaczę. Byli minęli, w pamięci nie utkwili, więc nie muszą o sobie przypominać w Boże Narodzenie i w skopiowanych z Internetu wierszykach życzyć zdeklarowanej ateistce dużo łaski boskiej. Są oczywiście osoby, z którymi chętnie pogaworzyłabym korzystając z dni wolnych, ale niestety - z przyczyn niezależnych od obu stron nie możemy się zobaczyć akurat w okresie świątecznym. Trudno. Nadrobimy w innym terminie. Posiedzę więc i poleniuchuję z moimi domownikami i czarnym diabelskim kotem.

Święta minęły, teraz pozostał Sylwester. To bardzo miłe święto w moim subiektywnym odczuciu. Trochę drażnią mnie fajerwerki, które robią więcej huku niż to warte, ale przeżyję. Pani Kot też przeżyje, chociaż serduszko jej bije jak szalone. Nie obchodzę go hucznie i z pompą, ale za to w doborowym towarzystwie, oglądając ciekawy film, chrupiąc nerkowce i popijając je piwem. Szampana nie lubię.

Głupotą jest żywić do kogoś uczucie i nie bać mu się o tym powiedzieć.

W okresie zimowym jest jednak jedno, jedyne święto, które szczególnie przypadło mi do gustu. Być może dlatego, że pewna rzesza Polaków z zajadłością je neguje i upatruje w nim diabelskiego wpływu amerykańskiej zgnilizny, która już przemyciła na nasze terytorium pochodzącego wprost z piekieł kotka Hello Kitty. Myślę, że łatwo domyślić się, że chodzi o Walentynki. Święto Zakochanych. Urocze, słodkie i niekościelne. Może właśnie w tym jest sedno mojej sympatii. To święto, które niczego nie nakazuje, nie jest kultywowaniem tradycji, która być może 150 lat temu miała prawo bytu, ale teraz ni przypiął, ni przyłatał. Jest współczesne i stworzone z myślą o ludziach. Jest pretekstem do tego, żeby miło spędzić czas z osobą/osobami, które po prostu kochamy. I chociaż zabrzmi to jak frazes z taniego czasopisma - jest świętem tego, co w życiu najważniejsze. Nie zmienia to jednak faktu, że zewsząd słychać, jaka to głupota. No jasne! Głupotą jest żywić do kogoś uczucie i nie bać mu się o tym powiedzieć. Głupotą, w rozumieniu mieszkańca Katolandu, nie jest z kolei miłość do wyimaginowanej postaci, która budzi grozę i respekt, bo cel ujarzmienia społeczeństwa uświęca środki. Swoją drogą Kościół zamiast negować Walentynki, mógłby pomyśleć, żeby ubić na nich kolejny biznes. Dzień miłości do Boga, Święto miłości Kościoła, a w ramach gratyfikacji, bilonik na tacy i serduszka w złoconych sreberkach w urnie przed wejściem do świątyni.

Nie rozumiem, dlaczego wstydem i wyrazem mięczactwa, szczególnie w przypadku płci brzydkiej, jest obchodzenie Święta Zakochanych.

Omińmy jednak Kościół, bo w sumie nie mam w nim czego szukać. Bardziej interesują mnie relacje człowiek-człowiek. Dodajmy żywy człowiek. Nie rozumiem, dlaczego wstydem i wyrazem mięczactwa, szczególnie w przypadku płci brzydkiej, jest obchodzenie Święta Zakochanych. Równie dobrze takim samym obciachem jest stawianie wspomnianego powyżej Mikołaja na grobie babci. Fakt - łatwiej jest iść do zmarłego, odmówić pacierz i zawinąć się do domu. Można też babci coś powiedzieć. Nawet to, że się ją kocha. Przecież i tak nie słyszy. Nie zweryfikuje. Nie powstanie z grobu i z czerwonymi ze złości oczami nie zapyta „Teraz?” i nie dorzuci: „Teraz to się ciągnij, bo i tak za chwilę nic ze mnie nie zostanie, więc na co mi Twoja miłość?”.

W przypadku żywych, spojrzenie w oczy i powiedzenie czegoś mile szczerego może sprawiać kłopot, szczególnie wtedy, kiedy mamy coś na sumieniu. Nigdy nie wiadomo, czy urażona natrętnym drapaniem się po genitaliach w czasie romantycznej rozmowy żona, nie da upustu swojej złości i nie zaneguje uczuć. Walentynki jednak raczej średnio nastrajają do kłótni. Nie ma zamieszania związanego z nerwowym szukaniem miejsca na parkingu jak w przypadku 1 listopada, czy odcinaniem głowy Bogu ducha winnemu karpiowi, jak w przypadku 24 grudnia. Nie ma czerwonej kartki i może w tym jest klucz do sukcesu. Bo czerwona kartka zobowiązuje, a czarna to taka zwykła i powszednia. Ale w gruncie rzeczy miłość też jest zwykła, czerwieni w kalendarzu nie potrzebuje, bo jeśli coś znaczy, to towarzyszy nam nie tylko od święta.

Dziadek to ma położyć się, czekać na śmierć i od czasu do czasu babkę objechać, że kluski rozgotowała.

Co prawda w naszej kulturze jest pod pewnym względem tematem tabu. Często kojarzy się przecież z seksem, ciążą i pękniętymi prezerwatywami. Nie? A co wielu rodzicieli ma na myśli, gdy ich syn, czy córka się zakocha? Że dziecko zrobią, mój Boszsz! A starzy ludzie? Oni to się nie kochają. No seksu to na pewno nie uprawiają, bo to przecież fee i obleśnie. Lepiej niech pacierz zmówią i ojca dyrektora wspomogą, niż mają korzystać z tych wszystkich specyfików na poprawę erekcji. No, to już jest przesada. Żeby taki dziadek bezwstydnie pomykał do apteki i żenował panią magister swoją nieposkromioną chucią. Bo dziadkowi to już zdecydowanie się nie należy. Dziadek to ma położyć się, czekać na śmierć i od czasu do czasu babkę objechać, że kluski rozgotowała. Kolejne zagmatwane i delikatnie krzywdzące łańcuchy myślowe odziedziczone po przodkach. Istnieje antykoncepcja, więc nasze dzieci niekoniecznie od razu muszą snuć plany prokreacyjno-wychowawcze. A ludzie 60+ niech kochają się do woli. W końcu seks to zdrowie. Ci, co go nie uprawiają i o miłości jako takiej też pojęcie mają liche, niech nie zazdroszczą i dadzą żyć innym, skoro sami potrafią jedynie wegetować, dożywiani sztucznie przez ostrzeżenia płynące z parafialnych głośników. A medykamenty wszelakie są po to, aby poprawiać jakość życia, a nie żenować. Czy za przeproszeniem kogokolwiek żenują czopki? A przecież powszechnie wiadomo, co się z nimi robi. Leczniczo. Viagra to też lek. Co prawda nie na artretyzm, czy poprawę pamięci, ale równie ważny, bo dający sprawność seksualną, równie ważną jak ruchowa, czy umysłowa.

To nie jest też święto dla kobiet, dla których mężczyzna jest reproduktorem konta bankowego.

Podsumowując, oczywiście rzec można, że Walentynki to też taka feta, która dziś nakazuje kochać żonę, a jutro nie pozostaje po niej ślad i żywot wraca na utartą ścieżkę. Ja mam jednak wrażenie, że 14 lutego, niejako wypadając z ram społecznego uzusu, najbardziej bulwersuje tych, którzy kochają odgrywać spektakl w imię tradycji, a wszystko co znajduje się poza nią, oblewają złością i goryczą. To zdecydowanie nie jest święto odpowiednie dla mężczyzn, którzy zasiadając przy wigilijnym stole, bekają i wzdymają się, nie myśląc, kto przygotował ucztę dla ich wielkich brzuchów. To nie jest też święto dla kobiet, dla których mężczyzna jest reproduktorem konta bankowego. To w końcu nie jest dzień dla tych, dla których partner jest przedmiotem, znaczącym mniej od rodzinnego poklasku, który i tak przerodzi się w jedną wielką obmowę zbyt tłustego, kupionego w markecie karpia, czy znicza ze zbyt krótko topiącym się wkładem. To tylko data w kalendarzu, która tym, co potrafią się wzbić na wyżyny prawdziwych uczuć przypomina, że istniejąca między nimi więź jest zwyczajnie, po ludzku najważniejsza.

Matka Szczęsna z Częstochowy

Więcej o: