Mała społeczność pewnej ulicy (i jej grzeszki)

Domek z ogrodem, ptaszki ćwierkające na gałązkach wypielęgnowanych drzewek owocowych, sielsko-anielsko... Niestety sąsiedzi potrafią zatruć marzenia o ciszy i spokoju.

Jako nastolatka wyjechałam do Szwecji, gdzie moja mama zajmowała się dwójką dzieci. Sytuacja życiowa nas zmusiła do tego, żebyśmy zamieszkały „przy rodzinie” gdzie mama pracowała. Samo w sobie było to ciekawe, ale nie o tym chcę napisać. Wcześniej mieszkałyśmy w bloku w Warszawie, więc przeniesienie do domku było czymś nowym. Bardzo spodobało mi się to, jak Szwedzi dbają o swoje podwórka, w większości prawie nieogrodzone, jakie mają czyste, spokojne ulice.

Bałam się, że na prowincji będzie nudno, za cicho. Nie „doceniłam” społeczności naszej ulicy.

Jako dorosła kobieta wróciłam do Polski i wyszłam za mąż. Ponieważ odziedziczyłam niedużą działkę w miasteczku pod Warszawą, pobudowaliśmy z mężem dom, do którego wprowadziliśmy się kilka miesięcy temu. Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. Naprawdę nie mogłam się doczekać przeprowadzki, a jedyne, czego się bałam to tego, że na prowincji będzie nudno, za cicho. Muszę powiedzieć, że bardzo się myliłam. Nie "doceniłam" społeczności naszej ulicy.

Mieszkając w bloku uważałam, że największym problemem są sąsiedzi i zazdrościłam ludziom z domków, że nie mają nikogo za ścianą. Jak się okazało problem sąsiadów dotyka mieszkańców domów, tak samo, a nawet na szerszą skalę, a konkretnie na skalę ulicy.

Zaczęło się już po przeprowadzce. Okazało się, że jeden z naszych sąsiadów ma w zwyczaju kosić trawę przed wyjazdem do pracy, czyli o 5.00 rano. Na delikatne zwrócenie uwagi, mówi, że nie może po pracy, bo jest zmęczony, a poza tym jest wtedy już za gorąco. Więc co dwa tygodnie regularnie budzi nas dziki jazgot kosiarki, a mamy dwoje małych dzieci, które już nie zasypiają po takiej atrakcji.

Marzyłam o tym, że moje suszone na podwórku pranie będzie pięknie pachniało...

Początkowo dziwiłam się, że inni sąsiedzi nie protestują przeciwko tej praktyce, ale okazało się, że siedzą cicho, bo każdy ma jakieś własne grzeszki na sumieniu. Rekordzistą hałasu okazał się człowiek, który mieszka cztery posesje od nas, a jest samochodziarzem amatorem i kilka razy w ciągu dnia tnie blachę. Pisk jest niesamowity, nawet nie próbuję wnikać co on z tą blachą robi?!

Już nie wspominam o małżeństwie, które ma sześć psów. Tak SZEŚĆ. Jak tylko ktoś przechodzi obok ich działki zaczyna się nieziemskie ujadanie. Z psami to w ogóle jest tak, że doliczyłam się trzech właścicieli, którzy pozwalają swoim zwierzakom biegać samopas po ulicy. Niby trzymają je na podwórkach, ale wypuszczają przy każdej okazji. Na przykład jedna pani ma taki zwyczaj, że jeździ do sklepu samochodem i jak wyjeżdża, to nie zamyka bramy, bo za chwilę wraca. W tym czasie jej pies wybiega na ulicę i tam zostaje na pół dnia, bo ona jak wraca to go nawet nie woła, tylko zamyka bramę, a zostawia otwartą furtkę, żeby mógł sobie przyjść jak będzie chciał (!).

O ile latem przeżyliśmy wszystkie grille i uznaliśmy, że to nawet ma fajny klimat, to jednak jesienne palenie liści, a w nich wszystkich możliwych, zebranych z podwórka śmieci, było naprawdę męczące. Marzyłam o tym, że moje suszone na podwórku pranie będzie pięknie pachniało, a tymczasem muszę pilnować i ściągać je, kiedy tylko ktoś pali liście, bo wszystko tak przechodzi dymem, że trzeba prać jeszcze raz. (Zaznaczam, że zgrabione i spakowane do worków liście odbiera miasto, jeździ specjalny samochód, więc wcale nie trzeba palić ich na posesji).

Oczywiście mogłabym chodzić i rozmawiać z sąsiadami, ale boję się, że by nas znienawidzili.

Zimą też mamy spore atrakcje, bo dużo osób ogrzewa węglem, więc na białym śniegu widać warstwę ciemnego osadu. Ale to już trudno, widocznie muszą. Nie mam pretensji. Za to nie rozumiem jak to możliwe, że przynajmniej połowa mieszkańców naszej ulicy nie odśnieża chodników przed swoimi domami?! Przecież to karalne. Już nie wspominam o braku tabliczek z numerem domu, braku skrzynek na listy, co skutkuje tym, że listonosz często pokrzykuje przed zamkniętą bramą. Byłam tym tak zdziwiona, że sprawdzałam w przepisach i za te wszystkie niedociągnięcia są mandaty. Dlaczego w Polsce nikt tego nie pilnuje? Dlaczego ludzie nie dbają nawet o takie drobiazgi. Sama zamówiłam tabliczkę z nazwą ulicy i numerem przez allegro i za całkiem przyzwoity wyrób zapłaciłam z przesyłką niecałe 50 zł. Przecież nie trzeba od razu pisać złotymi znakami.

Tak oto trochę rozmazał się mój mit o spokojnym, cichym domku na prowincji. Oczywiście mogłabym chodzić i rozmawiać z sąsiadami, ale boję się, że by nas znienawidzili, bo można zwrócić uwagę na jedną rzecz, czy dwie, ale na tyle? To nie na moje nerwy. Smuci mnie bardzo, że moi sąsiedzi sami pogarszają życie na naszej ulicy. Naprawdę nie wyglądają na złych ludzi, niektórzy są sympatyczni, ale mam wrażenie, że jako społeczność ulicy są do niczego. Nie wiem czy to brak świadomości? Czy jakieś nasze złe, polskie przyzwyczajenia? Jak to zmienić?

A.

Więcej o: