Po co mi to wesele? Ano do weselenia się [LIST]

Materiał red. Rączkowskiej i tym razem nie pozostał bez echa. Wywołana do tablicy poczuła się Kaśka, która opowiada jak to u niej było. A było całkiem nieźle. Do tego stopnia, że zamierza urządzić jeszcze jedno wesele. Bo do tej pory miała (tylko!) dwa.

Miałam świetne wesele. I jedno, i drugie. Bo tak się złożyło, że męża mam zagranicznego. Jedno wesele miałam w Polsce, a drugie w kraju męża. Nigdy nie myślałam o tym wydarzeniu w kategoriach „trzeba”. Nie braliśmy też żadnego kredytu. Może nie nazwałabym ślubu najpiękniejszym wydarzeniem z mojego życia, ale na pewno jednym z ważniejszych, na pewno jednym z bardziej wzruszających. Z bardzo wielu powodów.

Małżeństwo jest dla mnie instytucją. Świadomym zobowiązaniem, długoletnim kontraktem i jednocześnie skokiem w nieznane. Jest tym, czym jest teraz podpisanie umowy o pracę na czas nieokreślony. Piszę to, będąc w pełni świadomą tego, że nie brakuje sympatyków związków o charakterze umowy o dzieło czy umowy zlecenia. Każdemu to, co lubi najbardziej. Nie chcę tutaj nikogo przekonywać, że coś jest lepsze. Chcę tylko napisać, że dzień ślubu był dla mnie wyjątkowy, bo składałam obietnicę, podjęłam wyzwanie, że z wybranym mężczyzną założę rodzinę. W trakcie wzruszyłam się tak, że miałam kłopot z wypowiedzeniem do końca słów przysięgi. Część gości także się z tego powodu wzruszyła, część po cichu śmiała, bo wszystko to razem przypominało niskobudżetową komedię familijną.

Byłam wtedy i wciąż jestem cholernie szczęśliwa. I chciałam, żeby goście też byli.

Właśnie - goście. Oni byli dla nas bardzo ważni. Z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze byli świadkami naszej obietnicy. Przy takim gremium kończą się żarty. Po drugie - uwaga to będzie mega banał - chciałam podzielić się naszym szczęściem. Tak po prostu. Bo widzicie, byłam wtedy i wciąż jestem cholernie szczęśliwa. Kocham. Czasem szaleńczo, czasem pomimo wszystko, czasem tak zwyczajnie i ze spokojem w sercu. I chciałam, żeby goście też byli szczęśliwi. Byliście kiedyś zakochani? Rozsadza wtedy, prawda? Mieliście ochotę ściskać ludzi, mówić im, że wszystko będzie dobrze, a życie jest - przepraszam - zajebiste? No, ja przynajmniej tak miałam.

Dla nas wesele było też szansą na to, aby pokazać, że szanujemy bliskich. Nawet jeśli nie we wszystkim się z nimi zgadzamy.

Wesele służy weseleniu się. Zabawie przy muzyce takiej, jak kto chce. Dla nas była to też okazja, żeby spotkać wujków i ciocie, których nie widzimy od lat. I stryjka, mistrza (jednej) opowieści o tym, jak na kukurydzę złowił szczupaka. Chciałam żeby z nami byli nie ze względu na to, żeby się wesele zwróciło. Nie było takiej konieczności, bo zorganizowaliśmy je tak, jak było nas stać. A zapewniam Was, że można je zrobić bez wydawania kroci. Zaprosiliśmy dalszą rodzinę, żeby choć przez chwilę być z nią bliżej. Żeby być rodziną. Bo chyba o to w tym wszystkim chodzi. O tę wyjątkową bliskość. O świętowanie radości, że jakaś para jest zakochana i oby była szczęśliwa jak najdłużej.

Dla nas wesele było też szansą na to, aby pokazać, że szanujemy bliskich. Nawet jeśli nie we wszystkim się z nimi zgadzamy. Chcieliśmy, żeby dowiedzieli się, że chcemy ich obdarzyć swoim optymizmem, chęcią budowania czegoś. Może nie chciałabym codziennie słuchać opowieści stryjka o szczupaku, ale naprawdę nic mi się nie stało, gdy zatańczyłam z nim na weselu do piosenki disco polo. W trakcie niesamowicie chciało mi się śmiać, bo on udawał, że wywija niewidzialną szabelką. Głupie, owszem. Ale stryjek potem dwa dni opowiadał o tym, jak się bawił na naszym weselu. Bo dla ludzi w pewnym wieku, przynajmniej w mojej rodzinie, wesele jest okazją do tego, żeby się wystroić, zabawić, wytańczyć i nawet wziąć udział w głupim do szczętu konkursie.

Jeśli ktoś jest skoncentrowany na tym, żeby widzieć wszędzie kłopoty, to je zobaczy. Czy to będą chrzciny, pogrzeb, czy wyprzedaż.

Nie będę zanudzać szczegółami. Nie jestem aż tak naiwna, żeby sądzić, że to jest interesujące dla kogoś poza nami. Bardzo chciałabym jednak wytłumaczyć, że wszystko zależy od nas samych. Trudno oczekiwać przecież świetnej zabawy w gronie tych, z którymi nie jesteś w stanie znaleźć wspólnego języka, nawet jeśli w Waszych żyłach płynie ta sama krew. Trudno oczekiwać szampańskiego nastroju, gdy w głowie liczysz, ile wydałaś na ślubną wiązankę, a przecież można było urwać coś w ogródku. Trudno wspominać ten dzień dobrze, jeśli nieustannie myślisz o tym, że muzyka, która leci gdzieś tam w tle, nie jest dość ambitna czy jakaś tam. To nie wesele jest problemem. Jeśli ktoś jest skoncentrowany na tym, żeby widzieć wszędzie kłopoty, to je zobaczy. Czy to będą chrzciny, pogrzeb, czy wyprzedaż. Bo za głośno, bo but uwiera, bo za drogo, bo bez sensu, bo i tak wszyscy umrzemy.

Nie jestem gejzerem optymizmu. Mam dni pod tytułem - słonko świeci, wszyscy skończymy w piachu i zjedzą nas robaki. Tym bardziej chcę dobrze wspominać swoje wesele, na którym tańczyłam boso, spiłam nastoletniego kuzyna wódką i tańczyłam do disco polo ze stryjkiem, co to kiedyś rybę złowił. Z doświadczenia wiem, że na drugim weselu jest jeszcze fajniej. Myślę o odnowieniu ślubów, czy jak to tam się nazywa i zorganizowaniu trzeciego wesela. Poza tym zdjęcia z pierwszego wesela są mało udane i wyglądam na nich jak spite prosię. Mogłabym mnożyć powody, ale myślę, że to nie ma sensu. Wesele i ślub były dla mnie wyjątkowo ważne. Chciałabym, żeby były takie dla każdego.

Kaśka

Więcej o: