Co ma sobie myśleć dziewczyna, która umiera z samotności?

Czy jest szansa, żeby bez niczyjej pomocy przezwyciężyć blokadę w głowie i zmienić swoją osobowość? I czy jeśli nie dokonamy tego herkulesowego wysiłku, to zostaniemy na świecie zupełnie sami? To pytanie zadaje sobie nasza Czytelniczka, która powoli traci nadzieję, ale nie pozbyła się jeszcze marzeń.

Jak samotny może być człowiek, 29-letnia dziewczyna, pracująca w hostelu na Kostaryce, otoczona ludźmi i mająca świadomość, że ma przyjaciół na całym świecie? Jak musi się czuć, wiedząc, że jej własny ojciec czuje do niej obrzydzenie i od 2 lat będąc totalnie bez faceta? Nie poznawszy nikogo, będąc na randce może ze trzy razy, a i tak wtedy wszystkim facetom chodziło tylko o sex? Ile można udawać, że wszystko jest ok, że dobrze nam samemu, że lubimy być wolne i samotne? Tym bardziej, że nie korzystamy z tych przywilejów wolności. Nie poznaję wciąż nowych mężczyzn, tym bardziej nie uprawiam seksu. Nie mam dziesięciu różnych numerów, aby zadzwonić, żeby pójść do kina. Nie mam żadnego numeru. Prócz kolegów nie mam nikogo przy boku, aby się spotkać w gorszej chwili.

Moje relacje z ojcem powodują, że nie umiem być mila dla mężczyzn.

Co ma sobie myśleć taka dziewczyna, całkiem ładna, z którą można pogadać na każdy temat, kiedy w klubie siedzi sama i tylko obserwuje, jak jej całkiem normalna koleżanka jest rozrywana przez facetów? Czy to się da wyjaśnić i zrozumieć, jeśli to się zdarza nagminnie? Już kilka razy słyszałam, że nie jestem otwarta, nie wyglądam na dostępną, że nie jestem miła dla facetów. Bardzo chcę to zmienić, bo zaczynam czuć się jak zero - przezroczysta, beznadziejna, niewidoczna po prostu. Ale nie umiem, bo to siedzi głęboko w głowie. Nie umiem flirtować, czuję się jak kretynka robiąc to, mam wrażenie, że mnie wyśmieją. Tak, nie wierzę w siebie. Moje relacje z ojcem powodują, że nie umiem być mila dla mężczyzn, że biorę na nich odwet za zachowanie ojca i sprawia mi to jakąś przyjemność, gdy ich olewam, odprawiam z kwitkiem, ignoruję czy nie włażę w dupę tylko dla tego, że ktoś ma fiuta. Moja głowa jest spaczona, flirtowanie wydaje mi się poniżające, nie chcę, aby facet wyobrażał sobie, że jestem nim zainteresowana, bo on jest fantastyczny. Masa kolesi tak uważa, gdy tylko dziewczyna jest dla nich miła.

Flirt, to taka gra, i jak ja nie chcę w nią grać, to inni ze mną też nie zechcą.

A jednocześnie bardzo chcę, aby ktoś przebił się przez tę skorupę, która, jakby nie było, jest tylko pancerzem ochronnym. Domyślam się, że wysyłam negatywne sygnały, a głupio wierzę, że komuś będzie tak zależeć, że to zniesie, aż do momentu, gdy ja zaufam i zmięknę. Koleżanki powiedziały mi, że jak ktoś obcy podchodzi, a ja nie jestem miła, to nie podejdzie drugi raz. Że flirt, to taka gra, i jak ja nie chcę w nią grać, to inni ze mną też nie zechcą. Chcę to zmienić, bo widzę naokoło, że to nie chodzi ani o urodę, ani inteligencję. Najróżniejsi ludzie łączą się ze sobą w pary. Czuję się aseksualna, zupełnie nie jak kobieta. Jest coraz gorzej, nie znam nikogo, kto by miał tak posrane w głowie. W ciągu ostatnich trzech lat zmieniałam kraj zamieszkania. W głowie i sytuacji z facetami nie zmieniło się jednak nic.

Nie marzę o seksie. Marzę o tym, aby ktoś pogładził mnie po policzku i powiedział: "D, ślicznie wyglądasz, jesteś dla mnie najważniejsza"...

D.

Więcej o: