Kiedy odtrąbić sygnał do odwrotu? Kiedy wyjechać z Warszawy i wrócić do swojego małego miasteczka? [LIST]

Podobno nadzieja umiera ostatnia. Nie zawsze, ani nie u wszystkich. Do redakcji dotarł e-mail, w którym dziewczyna pisze, że ma zamiar wywiesić białą flagę. Poddaje się. Nie ma sił do walki, ani pomysłu co może zrobić innego niż uciec z dużego miasta do swoich rodziców. I tam żyć, mimo poczucia klęski.

Stolica wszystkich, ale nie dla wszystkich? (fot. Pexels.com CC0)Stolica wszystkich, ale nie dla wszystkich? (fot. Pexels.com CC0)

Mogę się spokojnie przyznać do tego, że mieszkam w Warszawie. Nie znajdziecie mnie, ani nie rozpoznacie. Jestem totalnie przeciętna. Prowadzę tradycyjne życie słoika, przyjezdnej osoby, emigranta z Polski B. Większość życia spędzam na trajektorii dom - praca. W weekendy odsypiam, czasem biorę jakieś dodatkowe fuchy. Jakoś leci. Ani specjalnie dobrze, ani specjalnie źle. Z atrakcji jakie oferuje takie miasto jak Warszawa korzystam niestety stanowczo zbyt rzadko. Nie mam siły albo czasu.

Kiedy uznać, że nie ma dla mnie miejsca w Warszawie?

Przegapiłam moment kiedy miałam etat i mogłam wziąć kredyt. Teraz mam umowę o dzieło i kredyt mieszkaniowy staje się coraz bardziej odległym marzeniem. Koszty życia w stolicy nie należą do najniższych. Na wynajem mieszkania idzie połowa mojej pensji. I nie jest to, bynajmniej, mieszkanie luksusowe. Ponieważ nie mam mieszkania, ani stabilnej pracy, myśl o dziecku staje się myśleniem abstrakcyjnym. A czas tyka. Teraz po 30. roku życia rodzi coraz więcej kobiet, ja o tym dobrze wiem, ale właśnie... Nie przejmować się tym, czy wręcz przeciwnie, wreszcie podjąć jakąś decyzję? Kiedy powinnam odtrąbić sygnał do odwrotu i wrócić do rodzinnego miasta, w którym mam przynajmniej własny pokój? Kiedy uznać, że nie ma dla mnie tutaj w Warszawie miejsca? Kiedy podkulić ogon i wrócić do rodzinnego miasta z nadzieją, że wraz z rodzicami będzie mi łatwiej? Kiedy przestać się oszukiwać, że kiedykolwiek poczuję się tutaj jak u siebie? Kiedy pogardliwe hasło "słoik", przestanie wywoływać we mnie skrywany, nerwowy uśmiech?

Tymczasem nie pragnę niczego bardziej niż móc zatrzymać się w jakimś miejscu i powiedzieć, że tutaj jest mój dom.

Poziom życia przypominający studenckie czasy, przestaje mi już coraz bardziej odpowiadać. Cudze mieszkania, torby wypełniające szafy, mało własnych przedmiotów. Bo taki wędrowiec jak ja zawsze pamięta o tym, że nie może mieć zbyt wielu ciężkich rzeczy. Tymczasowość to uczucie, które mnie wypełnia i wyniszcza. Teraz nie pragnę niczego bardziej niż móc zatrzymać się w jakimś miejscu i powiedzieć, że tutaj jest mój dom. Nie wiem, czy zrozumie to ktoś, kto nie musiał przeprowadzać się tyle razy. Nie wiem, czy zrozumie mój ból ktoś, kto ma dom tam, gdzie tylko postawi swoją stopę. Mnie niestety, najbardziej na świecie brakuje poczucia stabilizacji. Myślałam naiwnie, że gdy będę już dorosła, ono się. Niestety.

I nawet jeśli jakimś cudem dostanę ten kredyt i zamieszkam w jakiś M-ileś tam, to do końca moich dni będę spłacać ten kredyt.

Jestem cholernie zmęczona. Tym całym udowadnianiem, że wytrzymam, bo widzę swoją przyszłość w tym mieście. Że tylko zacisnę zęby i za chwilę nerwy miną. Bo wcale nie mijają. I że kiedyś będę miała w Warszawie swój dom. Jak na razie tylko wynajmuję mieszania. W żadnym nie czuję się u siebie. Może to kwestia nastawienia, zwichrowanej psychiki, kobiecej histerii. Trudno jednak dyskutować z faktami, a te są takie, że ceny mieszkań w stolicy są bardzo wysokie. I nawet jeśli jakimś cudem dostanę ten kredyt i zamieszkam w jakiś M-ileś tam, to do końca moich dni będę spłacać ten kredyt. I mieszkanie, które będę nazywać domem, wciąż w gruncie rzeczy będzie bardziej niemoje niż moje.

Marzy mi się coraz bardziej własny kąt, a dociera do mnie, że Warszawa coraz wyraźniej pokazuje mi, że moje miejsce nie jest tutaj.

Czy któraś z Was dziewczyny, a może jakiś Pan, był w sytuacji podobnej do mojej? Czy ktoś z Was, zdał sobie kiedyś sprawę, że być może niepotrzebnie zamarzyło mu się mieszkanie w dużym mieście? Bo może życie w mniejszym mieście jest naprawdę spokojniejsze, tańsze i nie trzeba tam do końca życia spłacać kredytu? A może to totalna bzdura? I wreszcie najważniejsze, ta kojąca anonimowość, ocean możliwości, nowe znajomości, którymi tak się rozkoszowałam początkowo, przestały mi wystarczać. Marzy mi się coraz bardziej własny kąt, a dociera do mnie, że Warszawa coraz wyraźniej pokazuje mi, że moje miejsce nie jest tutaj. Czy to jest komuś prócz mnie znane? Ktoś z Was wrócił po kilkunastu latach z Warszawy do miasta, z którego wyjechał w poszukiwaniu lepszego życia?

Teraz zastanawiam się, jak wrócić na tarczy, ale tak, żeby wyglądało, że wracam z tarczą.

Jeszcze kilka lat temu z pobłażaniem myślałam o tych, którzy zostali w moim mieście. Wydawało mi się, że stchórzyli. Że zabrakło im odwagi, że na pewno mi zazdroszczą. Teraz zastanawiam się, jak wrócić na tarczy, ale tak, żeby wyglądało, że wracam z tarczą. Wiele się tutaj nauczyłam. Może uda się to wykorzystać w mieście, w którym znam każdy kąt. Mam już dość przeprowadzek, dlatego nie myślę o emigracji wzorem tych, którzy mają dość Polski. Nie wykluczam jednak i takiej konieczności. Bo jeśli wrócę i okaże się, że tam jest równie źle, to chyba już nie będę miała wyboru.

Everywoman

Więcej o: