Mam w sobie siłę, by z uśmiechem na ustach czekać, aż przejedzie mnie walec

Kończy się kwiecień, miesiąc siły na Fochu. Dostałyśmy właśnie list, który niesie ogromną porcję siły i optymizmu. Dzielimy się nim z Wami, a naszej Czytelniczce życzymy rozwalenia walca uśmiechniętym spojrzeniem, jak superbohaterka, którą jest!

W nawiązaniu do tematu siły, chciałam Wam opowiedzieć kawałeczek swojej historii. Zaznaczam, że nie chodzi mi o użalanie się nad sobą. Raczej o to, żeby się pochwalić, że mimo tego, że wiatr w oczy dmucha, można nadal się uśmiechać.

Nici z pięknego ślubu zaplanowanego na koniec maja. Nici z zaplanowanych wyjazdów.

Zaczęło się pod koniec listopada zeszłego roku. Moja najukochańsza babcia trafiła do szpitala. Rutynowa operacja. Nic strasznego. Po operacji babcia źle się czuła. No ale wiadomo - podeszły wiek. Okazało się, że puściły szwy - kolejna operacja, dwa dni później, w ranę wdało się zakażenie, kolejna operacja - babcia już się z niej nie obudziła. Zapadła w śpiączkę, w trakcie której odbyły się kolejne dwie operacje. 13 stycznia dostaliśmy telefon, że babcia zmarła. Bardzo mocno to przeżyłam, bo babcia mnie w dużej mierze wychowywała.

Kilka dni później dostałam wyniki badań. A konkretnie biopsji, którą zrobiłam, bo coś było nie tak z moją piersią. Diagnoza: rak złośliwy, na razie bez przerzutów. Od razu stanęła mi przed oczami wizja nadchodzącego roku:

nici z pięknego ślubu zaplanowanego na koniec maja. Pytania o to, czy będę mogła mieć dzieci.

Nici z zaplanowanych wyjazdów do Włoch i Grecji (służbowych, żeby nie było).

Nici z obozu dla dzieci, który miałam poprowadzić.

Trudno. Mam być przecież zdrowa. Ekspresowo zaczęłam przyjmować chemioterapie. OK, myślę sobie - nieszczęścia chodzą parami.. Na ślubie nie będzie mojej ukochanej babci, a do ślubu pójdę łysa. No może nie łysa, a w peruce. Trudno. Postanowiliśmy zaprosić tylko rodziców i nasze rodzeństwo.

W piątek złamałam rękę. Czekam, aż przejedzie mnie walec.

W między czasie remont mieszkania - mieszkanie babci zaczęliśmy remontować, kiedy była jeszcze w szpitalu. „Jak wyjdzie ucieszy się, że ma piękne mieszkanie” - myślałam sobie wtedy. To miał być dla niej prezent. Wyszło na to, że remontowaliśmy je dla siebie. Remont pochłonął całe nasze oszczędności plus to, co mieliśmy odłożone na ślub i wesele, na które z powodu choroby nie miałam i tak zbytnio ochoty. W dodatku przeciągnął się o ponad dwa tygodnie.

Po trzeciej chemii postanowiłam, że jednak choroba nie będzie przeszkodą dla naszych ślubnych planów. Zaczęliśmy organizować wszystko od nowa. Wersja light, zamiast weselicha - piknik dla znajomych. Właściwie o tym właśnie marzyliśmy, więc zaczęłam się tym naprawdę cieszyć. Zaczęliśmy zapraszać gości, pełni optymizmu, że będzie tak świetnie!

W piątek złamałam rękę. Nie chcecie wiedzieć jakie słowa padły z moich ust przy diagnozie. Czekam, aż przejedzie mnie walec.

Rok, który miał być najpiękniejszy w moim życiu stał się, może nie najgorszy, ale najtrudniejszy.

Tymczasem uśmiecham się, bo przecież mam wspaniałego narzeczonego, który dzielnie walczy razem ze mną i rodzinę, która też mnie bardzo mocno wspiera. W dodatku mamy ładne mieszkanie (szkoda tylko, że mieszkamy w nim kosztem mojej babci). A podróże? Zdążę jeszcze pojeździć po świecie. Mam też szefa, który jest wyrozumiały i stara się pomagać w tym wszystkim jak może. Tak, tak - inni mają gorzej. Wiem, ale rok, który miał być najpiękniejszy w moim życiu stał się, może nie najgorszy, ale najtrudniejszy.

Dla mnie wygląda to tak, że w przyrodzie musi być równowaga. Dostaję więc z jednej strony po buzi, a z drugiej świeci słońce i cieszę się z tego, co mam i wiem, że sił jeszcze na trochę mi starczy.

Uśmiechnięta Ata

Więcej o: