Atrakcyjność nie zależy od wieku i rozmiaru, to efekt lubienia siebie

Jak to jest z tymi dietami cud, odchudzaniem i tym, że "grubi są grubi, bo za dużo jedzą"? Nasza Czytelniczka dzieli się swoją historią i przy okazji rozprawia z kilkoma mitami na temat tuszy.

Przeczytałam teksty Kate Bronte, Ani Kuleczki oraz komentarze pod nimi, i postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze.

Całe życie ważyłam około 56 kg przy wzroście 160 cm. Oczywiście uważałam się za grubą, więc wciąż podejmowałam próby odchudzania. Odchudzałam się znaną metodą MŻ (Mniej Żreć) i doszłam do jedzenia jednego posiłku dziennie i wagi 49 kg. Ruchu zawsze miałam sporo, bo moją pasją jest taniec.

Taka była sytuacja, kiedy przyszło Nieszczęście. Leczenie, długa rehabilitacja, zakaz ruchu. Przyplątała się depresja i związane z nią psychotropy. Kiedy po ośmiu miesiącach byłam gotowa wrócić do świata żywych ważyłam 85 kg.

Kobieta w rozmiarze 46 może również być seksowna i atrakcyjna!

Trzy razy podejmowałam próby odchudzania pod okiem dietetyka. Efekty: 3 kg w pierwsze trzy miesiące, potem stop. Zakaz wysiłku fizycznego i czegokolwiek, co może podnieść tętno, nie ułatwiał mi sprawy. Po dwóch latach poddałam się i stanęłam twarzą w twarz z wyrokiem: jesteś gruba i to się nie zmieni. Ok, pomyślałam, jestem gruba. I co z tego? Są większe nieszczęścia w życiu. Każdy niesie swój krzyż i powinnam się cieszyć, ze mi przypadł tylko taki. Nie zmarnuję sobie życia z tak błahego powodu. Poza tym, są przecież plusy takiej sylwetki. Mam super biust, zmarszczki zniknęły, skóra jest dużo ładniejsza. Udowodnię sobie i innym, ze kobieta w rozmiarze 46 może również być seksowna i atrakcyjna!

Myślę, że udowodniłam. Nie narzekałam na brak zainteresowania ze strony panów, z powodzeniem występowałam w pokazach tanecznych, kobiety często określały mnie słowami "piękna kobieta". Obca osoba, której pomagałam w trudnych dla niej chwilach, po dwóch latach znajomości internetowo-telefonicznej okazała się być dietetyczką. Kiedy powiedziałam jej, że jestem gruba (nigdy wcześniej się nie widziałyśmy) postawiła sobie za punkt honoru odchudzenie mnie. Po zrobieniu kompleksowych badań okazało się, że w wyniku moich wcześniejszych głodówek i przyjmowania antydepresantów mój metabolizm jest potwornie zwolniony. I, paradoksalnie, moja dieta odchudzająca polegała na przyjmowaniu ogromnych (w porównaniu do tego, co jadłam poprzednio) ilości jedzenia. W tym miejscu pragnę serdecznie pozdrowić osoby uważające, ze bycie grubym to ZAWSZE efekt obżerania się, a szczupła sylwetka robi się przez niejedzenie.

Odżywiam się zdrowo: jem około 1 kg warzyw dziennie i piję 3 litry wody. Jaki to miało wpływ na moja cerę? Żadnego.

Obecnie ważę 60 kg i chyba na tym poprzestanę. Najważniejszym "morałem" z tej opowieści jest, moim zdaniem: każdy nasz dobry uczynek wróci do nas trzykrotnie. Warto pomagać bezinteresownie. Ale chciałabym jeszcze podzielić się paroma spostrzeżeniami dotyczącymi tematów omawianych w komentarzach:

- ważąc przez siedem lat powyżej 80 kg nie nabawiłam się obrzęków, bólu kręgosłupa i innych chorób związanych z otyłością. Nie było mi też trudno wejść na dziewiąte piętro czy dobiec do autobusu. Badania robione na początku diety pokazały, że jestem idealnie zdrowa (no, oprócz tego metabolizmu). Mam 42 lata.

- od roku odżywiam się zdrowo: jem około 1 kg warzyw dziennie i piję 3 litry wody. Chcecie wiedzieć, jaki to miało wpływ na moja cerę? Żadnego.

- przeżywam ostatnio falę szalonej popularności. Wszyscy mnie podziwiają, gratulują, moja matka jest ze mnie dumna. A ja cieszę się, ale z drugiej strony, gdzieś w tyle głowy nie dają mi spokoju myśli: czy to naprawdę jest moje największe życiowe osiągnięcie? Czy naprawdę komplement "w końcu o siebie zadbałaś", "widać, że pracujesz nad sobą" mogę usłyszeć tylko wtedy, kiedy udaje mi się zbliżyć do powszechnie uznawanego kanonu piękna? A co z moim tańcem, co z otwartą przeze mnie firmą, co z milionem przeczytanych książek? To się nie liczy w "pracy nad sobą"?

Cieszę się, ze jest mnie mniej. Bardzo się cieszę. Ale tęsknię za tym idealnym stanem: skulona na łóżku, z książką, podgryzająca coś dobrego. To były chwile absolutnego szczęścia. Niedostępnego teraz dla mnie. Wymieniłam je na szczupłą sylwetkę. Czy było warto? Nie wiem.

Moje koleżanki pytają mnie: "Masz teraz powodzenie"? Unoszę brew i odpowiadam: "Ja ZAWSZE mam powodzenie". To nie zależy od wieku i rozmiaru, to efekt lubienia siebie. No, i mojego seksapilu, oczywiście.

Jana z Dżungli

Więcej o: