Dziecko napchane słodyczami, to dziecko, któremu ktoś te słodycze dał

Nasi Czytelnicy i Czytelniczki lubią pięknie się różnić. Kolejny list na temat wagi, tuszy, postrzegania siebie i samoakceptacji nadesłała Czytelniczka Owca.

Chciałabym trochę rozwinąć to, o czym napisała kobieta uważająca, że zdrobnienia są głupie. Uważam, że to w sumie truizmy. Nie wyobrażam sobie, jak można nie rozumieć, że fizyczna strona człowieka to tylko kawałek. Nawet jeśli duży, to w sumie mały. Ja o czymś trochę innym bym chciała napisać, tak bezpośrednio odnosząc się do tytułu ("Jesteś gruba" - najgorsze, co dziewczynka może usłyszeć?").

Uważam, że rodzice mogą nie zdawać sobie z tego sprawy, a powinni. Też mam grubą dupę, całkiem szczęśliwą skądinąd. Wzięła się ta gruba dupa z tego, że za dużo jem i jadłam zawsze. Ale czemu? Złe nawyki żywieniowe to nie jest coś, co spada na ludzi z kosmosu i sru - już są grubi. To jest składowa kompleksów i lęków matek, problemów z ojcami, niedowartościowania, a przede wszystkim poszukiwania jakiejkolwiek rzeczy dającej - złudne, ale cóż - poczucie bezpieczeństwa. Dziecko napchane słodyczami, to dziecko, któremu ktoś te słodycze dał. Zatroszczył się o nie, we własnym mniemaniu, nagrodził i docenił.

Gorzej jeśli rodzice przerzucą swoje poczucie winy i nagle z "pulchnego dziecka" przeskoczą na "grubą świnię".

Mamy hipotetyczny dom, w którym matka lub ojciec nie mają czasu dla dziecka. Bo pracują. Bo piją. Bo muszą odpocząć. Bo tak naprawdę nie lubią mieć dzieci. Bo zawsze jest coś ważniejszego, a dzieci od pewnego momentu zajmują się sobą same. I ci rodzice, w kontakcie z dzieckiem, jedną rzecz robią zawsze: karmią je. Logicznym jest więc, że takie dziecko zbuduje sobie bezpieczny kocyk własnie z takich momentów. I jeszcze z obżarstwa na święta, kiedy wszyscy są w jednym pomieszczeniu. I z urodzin ze słodkim tortem, kiedy mu śpiewają. I ze szpitali, kiedy rodzice się martwią i przynoszą smakołyki. A kiedy dziecko zrobi się otyłe, mówią że jest pulchne. Nieważne, że cały świat uważa, ze grube. Pulchne jest i już. Do czasu.

Trzydziestoletnia kobieta bucząca, że jest gruba, bo rodzice mało się nią interesowali to przykre zjawisko.

Kiedy dorasta i narastają konflikty, te wszystkie śmieszne nastoletnie bunty, nie jest już dzieckiem, tylko nastolatkiem. Grubym nastolatkiem. Wrogo nastawionym, więc nagle problem staje się wyraźny. Pół biedy, jeśli rodzice się ockną i jakoś konstruktywnie zachęcą do ćwiczeń, pomogą takiemu człowiekowi, który przecież jest w wieku, w którym samoocena jest wyjątkowo krucha i delikatna. Gorzej - i tak było ze mną - jeśli rodzice swoje poczucie winy przerzucą na takie stworzenie i nagle z pulchnego dziecka przeskoczą na grubą świnię. Tacy rodzice obwiniają dziecko, nie siebie. I dziecko również, zamiast cokolwiek z tym zrobić, obwinia się. I ucieka w to bezpieczne miejsce, które sobie zbudowało.

To oczywiście tylko przykład. W pewnym momencie każdy człowiek dorasta i tłumaczenie swoich problemów błędami rodziców robi się niesmaczne. Trzydziestoletnia kobieta bucząca, że jest gruba, bo rodzice mało się nią interesowali to przykre zjawisko, ale sam fakt zdania sobie sprawy z mechanizmu zjawiska jest dobrym pierwszym krokiem do oparcia swojej samooceny na stabilniejszej i lepszej podstawie, niż podejście rodziców czy fakt posiadania grubej dupy. Jasne, że to niekoniecznie coś zmienia. Ale warto o tym wspomnieć.

Owca

Więcej o: