W różowej bańce urlopu macierzyńskiego

Macierzyństwo niekoniecznie jest ciężką orką na ugorze! Czy świat jest przyjazny, a ludzie mili dla matek z małymi dziećmi? Nasza czytelniczka twierdzi, że tak.

Jeżeli ktoś jest na bieżąco z aktualną prasą i internetami, to z pewnością wie, że matki w tym kraju mają, nie sposób tego ująć inaczej, przejebane. W ciąży to podobno jeszcze jakoś, ale już bycie matką to samo zło i w ogóle nawet nie wiesz, w jaką otchłań braku pomocy i niezrozumienia dla ciężkiego twego losu się zanurzasz, gdy decydujesz się mieć potomstwo. Tako rzeką Internety, więc to musi być prawda (a jak ktoś mi wierzy, to może sobie poczytać np. TUTAJ).

Jeżeli ktoś dodatkowo zna mnie, to wie, że (jak na psychologa z wykształcenia przystało) pokładam ogromną wiarę w ludzkość. Wierzę mianowicie, że ludzkość powinna spotkać zagłada - w miarę możliwości szybko. W tym niektórych przedstawicieli ludzkości najlepiej natychmiast.

Dlatego teraz uwaga: w jakim ja cudownym, przyjaznym, pełnym życzliwości mieście żyję!!! TO NIE SARKAZM!!!

Dziś po raz pierwszy wybrałam się z moim czteromiesięcznym synkiem do centrum w godzinach szczytu komunikacją miejską. To znaczy tak w ogóle to nie pierwszy raz, bo i w centrum już byłam, i nawet w godzinach szczytu, i komunikacją też (tak, wiem, powinnam siedzieć w domu i cierpieć macierzyństwo, ale to osobny temat); tylko jeszcze nigdy dotąd nie było całego zestawu na raz. Ani razu nie musiałam sama targać wózka po schodach. Ani razu nie musiałam go sama wnosić do środka komunikacji publicznej. Prawie na pewno stratowałam przez nieuwagę kilka osób w tramwaju, ale nikt mnie nie opieprzył, wszyscy się tylko uśmiechali do młodego. W przybytku zła znanym jako Złote Tarasy okazało się, że jest całkiem sympatyczny pokój matki z dzieckiem (bez cudów, ale jest, osobno od kibla) i przewijaczek w Smyku. A i tak młody zjadł w restauracji przy stole (w miarę na uboczu) i też nikt się nawet na mnie krzywo nie popatrzył (karmię piersią). Albo przynajmniej nie zauważyłam - umiejętność ignorowania oczywistych sygnałów od otoczenia zawsze była moją mocną stroną

Ludzie przytrzymują drzwi w sklepie, a sąsiedzi, którzy do tej pory nawet nie poznawali, wszyscy mówią „dzień dobry”.

I mało tego, nie jest to jakieś odosobnione doświadczenie. Codziennie samochody ustępują nam na przejściu, ludzie przytrzymują nam drzwi w sklepie, a sąsiedzi, którzy do tej pory nawet mnie nie poznawali, wszyscy mówią „dzień dobry” i uśmiechają się do młodego. I pomagają mi znosić wózek po schodach, prawda, że z parteru, ale też się liczy. Do tej pory sądziłam, że to tylko moja dzielnica jest taką różową bańką, w której nawet za płacenie podatków można mieć coś wymiernego, a w urzędzie dzielnicy kobiety z małymi dziećmi obsługiwane są bez kolejki (dlatego właśnie, kiedy szłam się dopisać do listy wyborczej, oczywiście w ostatni możliwy dzień, no bo przecież kiedy, to wzięłam dziecko, i zamiast czekać 50 numerków, podeszłam do okienka od razu. I też nikt na mnie krzywo nie popatrzył, i nawet mi było trochę głupio, że zrobiłam to specjalnie, zamiast poczekać). I jak pojadę tramwajem do centrum w godzinach szczytu - no, to wtedy się przekonam! Tym bardziej, że w ciąży się na odbiorze społecznym się nie „zawiodłam” - miejsca w środku komunikacji publicznej ustąpiono mi dokładnie 7 razy (liczyłam), a do ósmego miesiąca codziennie jeździłam do pracy, godzinę w jedną stronę, z przesiadką. Nie ustępowano mi po równo, czy byłam w bluzie i tenisówkach (zapewne w myśl zasady „wpadła gówniara to niech ma”), czy w obcasach i z torbą na laptopa (tu zapewne w myśl zasady „skoro jest w stanie pracować, to i jest w stanie postać sobie w tramwaju”). Choć dla uczciwości muszę dodać, że kiedy już naprawdę nie mogłam wytrzymać i prosiłam o ustąpienie miejsca, nigdy mi nie odmówiono. Inna sprawa, że zawsze starannie wybierałam ofiarę.

Pozwólcie mi żyć w mojej różowej bańce.

Oczywiście, wszystko to piszę z niezwykle komfortowej pozycji matki zdrowego dziecka, sztuk jeden, przebywającej aktualnie na urlopie macierzyńskim. Jest to dla mnie stan absolutnie błogi. Kiedy jest piękny, słoneczny dzień, mogę sobie wyjść do parku, wywalić się na trawce i poczytać (prawda, przez chwilę, zaraz trzeba jechać dalej, ale ludzie chodzą z kijkami i nazywają to sportem, to ja mogę się odprężać i usportawiać pchając wózek i robiąc głupie miny, kto mi zabroni). Tak w środku dnia. I następnego dnia też. I następnego też, chyba, że pada. To wtedy nie muszę wychodzić. Nie muszę wstawać skoro świt - to znaczy oczywiście muszę, żeby ogarnąć syna, ale nie muszę ogarniać siebie, przebierać się za człowieka i wlec się w pizgawicy na drugi koniec miasta. NIE MUSZĘ.

Urlop macierzyński niebawem się skończy, i wtedy pewnie „się przekonam”. Ale na razie pozwólcie mi żyć w mojej różowej bańce.

Febe

Więcej o: