Odpowiedź na list Prawie-rozwódki: nie krzywdź swoich dzieci!

Burzliwą dyskusję wywołał list o wyjeździe dzieci z kochanką taty. Napisała do nas Czytelniczka, która przedstawia, jak wygląda sytuacja po drugiej stronie barykady.

Nieraz czytałam ckliwe wypowiedzi, jak ciężko być kochanką (czytaj: nową kobietą w życiu mężczyzny, który się rozwodzi), zawsze mnie to irytowało. Nie sądziłam, że kiedyś sama zabiorę głos w dyskusji, jednak po lekturze listu Prawie-rozwódki naprawdę się wkurzyłam i postanowiłam to przelać na papier, czy raczej maila. Nie znam sytuacji tej pani, z listu trochę wynika, ale przecież szczegółów nie znam i nie poznam. Chodzi mi jednak o pewne ogólne założenia i podejście, które - choć uczciwie wyrażone: nie wiem co robić - nie ratują sytuacji ogólnej.

Nie chcę, by mój były-nie były mąż znikał z życia dzieci, potrzebują ojca. Nie chcę też, żeby one miały wyrzuty sumienia, że jadąc z nim ranią moje uczucia. I w końcu - nie chcę, by na wakacje jechali w czwórkę. Nie wiem, co robić.

Tak napisała Prawie-rozwódka i ja to rozumiem, a przynajmniej się staram. Nie byłam w takiej sytuacji, więc ciężko mi ocenić ze stuprocentową pewnością, jak bym się zachowała. Mogę jedynie przedstawić swój punkt widzenia, a tak się składa, że jestem tą straszną „kochanką”, z którą dzieci mają do czynienia.

Z listu Prawie-rozwódki wynika, że jej prawie były mąż zmienia partnerki, by się wyszaleć. Zatem rozumiem, że wyjazd dzieci w lipcu z panią X, a już w grudniu z panią Y może dzieciom namieszać w głowach. Ale ja jestem stałą partnerką mojego rozwodzącego się w bólach (bo jest straszny opór i kłody pod nogi ze strony obrażonej „wciąż żony”) i co innego miesza w główkach jego dzieci. Czy raczej kto inny - a mianowicie „wciąż żona”.

Nie ma mowy o wyjeździe we czwórkę, bo to by był koszmar dla nas wszystkich.

Dzieci z ojcem się widują, bo chcą i on bardzo tego chce, a „wciąż żona” ma na szczęście tyle rozumu, by AŻ tak tego nie utrudniać. Ale ma potrzebę, by nijak nie ułatwić. Dzieci są koszmarnie nastawione przeciwko mnie. I przeciwko ojcu też, choć na szczęście mają na tyle silną więź i fajny kontakt, że aż tak to nie szkodzi. Ich dwunastoletnia córka powiedziała mi w szczerej i smutnej rozmowie, że ona zupełnie nie ma nic przeciwko temu, że jestem w związku z jej tatą, ale niestety nie może ze mną zbyt długo przebywać i rozmawiać (nie wchodzą w grę wspólne wypady do kina, chyba, że ukryjemy je skrzętne - ale to by przecież było chore!), bo mama ją szczegółowo o wszystko wypytuje, a ona nie umie i nie chce kłamać. Dziewięcioletni chłopiec udaje, że mnie nie zna, nie widzi. W ogóle się do mnie nie odzywa. Nie mówię o jakichś poważnych rozmowach, mówię o zwykłym „cześć”, gdy się widzimy czy „dziękuję”, gdy coś mu podam. Zachowuje się jak niemy. I to jest (wiem od jego starszej siostry) strategia narzucona mu przez mamę.

Nie ma mowy o wyjeździe we czwórkę, bo to by był koszmar dla nas wszystkich. Mam na tyle rozumu, by się wycofać i przeczekać. Może sytuacja się zmieni - może, jak pisze Prawie-rozwódka po rozwodzie będzie już normalnie, „po bożemu”.

Trochę więcej perspektywy, myślenia szerzej. Myślę, że to by wystarczyło.

Fatalne jest tylko to, że ona nie widzi, jak bardzo krzywdzi swoje dzieci. Rozumiem, że ogólnie cała sytuacja jest dla wszystkich trudna. Ale ja nie byłam przyczyną rozwodu (a nawet gdybym była - to szczerze: uważam, że nie ma co robić takiej tragedii z tego, co już się stało i nie odstanie). Małżeństwo mojego partnera rozpadło się wcześniej, z powodów zupełnie niezwiązanych z (jego - to najczęstsza przecież interpretacja) zdradą.

A ona, mszcząc się de facto na mnie - krzywdzi swoje dzieci. I to bardzo. Trochę więcej perspektywy, myślenia szerzej. Myślę, że to by wystarczyło.

Prawie-żona prawie-rozwodnika

Więcej o: