Co zrobić, gdy nowe życie chce się zacząć chwilę przed rozwodem?

Kolejny głos w dyskusji wywołanej listem Prawie-rozwódki. Nie zawsze przyczyną rozwodu jest zdrada. A co zrobić, gdy któreś z "jeszcze małżonków" pozna kogoś tuż przed rozprawą rozwodową?

Czytam komentarze pod listem Prawie-żony prawie-rozwodnika i włos mi się jeży. Ale po kolei. Żeby była jasność: nie jestem absolutnie po stronie kobiet (czy mężczyzn, bo przecież to działa w obie strony), co sięgają po zajętą, związaną formalnie czy nieformalnie, dzieciatą, zakredytowaną osobę. To jest złe. Rozbijanie małżeństw jest złe. Wiadomo, że nie zawsze w związku jest różowo, są gorsze momenty, czasem całe okresy. Gdy się wtedy pojawi kusząca inna opcja, pewnie są tacy, co się skuszą, ale moja wiara w ludzi każe mi mieć nadzieję, że jednak każdy ma rozum, zna konsekwencje i niekoniecznie rzuci się w romans, zostawi rodzinę i ucieknie na drugi koniec świata. Ale są i tacy, oczywiście. Jednak ja nie o nich.

Ludzie mają mnóstwo zależności - finanse, dzieci, mieszkanie. To nie pozwala im wstać i wyjść.

Ja chciałam zwrócić uwagę wszystkich, którzy wylewają na autorkę listu wiadro pomyj na fakt, że są i takie sytuacje, gdy związek dwojga ludzi po prostu się rozpadł. Z różnych przyczyn, nie jest to doprawdy istotne dla sprawy - jakich. Dwoje ludzi podejmuje decyzję o rozstaniu - także formalnym. To nie jest decyzja, którą się podejmuje rano między jednym łykiem kawy a drugim. To są długie godziny rozmów, często próby konsultacji z terapeutami. To są tygodnie, miesiące, a czasem nawet lata zastanawiania się, jak to wszystko poukładać, zamknąć, z może jednak jakoś uratować. Ci ludzie mają mnóstwo zależności - finanse, dzieci, mieszkanie. To nie pozwala im wstać i wyjść. To wszystko wymaga czasu.

Na rozwód się czeka, a decyzja o nim - dodajmy, że często podjęta wspólnie, na spokojnie, bez zbędnych emocji - zapada znacznie wcześniej. I teraz okazuje się, że któreś z pary poznaje inną osobę, widzi szansę na nowy związek. Naprawdę uważacie, że ma siedzieć i czekać długie miesiące, aż wszystkie stemple i podpisy będą, aż FORMALNIE zostanie zamknięty tamten etap? Pewnie, byłoby dobrze poczekać. Zwłaszcza, że często w takich sytuacjach w „prawie-rozwiedzionym małżonku” może się obudzić uraza, gniew, żal - te wszystkie złe emocje, które potem ulewają się na lewo i prawo. I koniec końców okazuje się, że tak naprawdę to jakaś wytapirowana zdzira jest przyczyną rozstania. Choć gdy do niego doszło, nie było jej wcale na orbicie, nikt jeszcze o niej nie słyszał.

W idealnym świecie ludzie na siebie poczekają i rok, i dwa. Ale nie żyjemy w idealnym świecie.

W trudnych sytuacjach ludzie lubią znaleźć sobie jakiegoś wroga, jakiś cel, w który mogą wyładować cały magazynek. Choć wcześniej nie mieli ochoty na agresję, wszystko już było ułożone. Nie mogę się zgodzić na takie myślenie, że zawsze trzeba czekać na oficjalny koniec. Ok, powinno się, byłoby fajnie. Ale proszę Was - jeśli jest się już wolnym człowiekiem, bo żyje się oddzielnie, bo się wie na sto procent, że tamten etap już zamknięty, a sprawa rozwodowa najwcześniej za pół roku - i coś się pojawia, to naprawdę trzeba z tego skorzystać, bo życie jest krótkie. I może się więcej nie zdarzyć coś takiego, potem się będzie w samotności tego żałować.

Oczywiście - w idealnym świecie ludzie na siebie poczekają i rok, i dwa. Ale nie żyjemy w idealnym świecie, boimy się takich utraconych szans. Nie odbierajmy ich więc sobie dla zasady. I nie osądzajcie kogoś TYLKO dlatego, że czeka z kimś na jego rozwód. Bo za tym może stać naprawdę nie taka koszmarna, pełna kochanek i krzywdy, historia.

Pomyślcie o tych wszystkich kobietach, które potem wylewają żale, że ktoś je w lata wpędził, a potem zostawił. To nie zawsze jest takie proste. Czasem stoją za tym lata prób ratowania związku, który już dawno przestał istnieć, poza formalną jego odsłoną. Czy nie lepiej by było wcześniej pomyśleć, że może można inaczej sobie ułożyć życie? Że jeszcze tyle przed nami - tyle że osobno? Mnie się też pewnie dostanie, ale trudno. Mam po prostu prośbę, by nie myśleć stereotypowo. Bo nic nie jest takie czarno-białe.

Wierząca w ludzi

Więcej o: