"Prawie zachlał się na śmierć" - historia alkoholika, który wygrał z nałogiem

Co robić, gdy ktoś znajomy - ale nie na tyle bliski, by móc zainterweniować - stacza się w przepaść nałogu? Jak często ludzie upadają, bo każdy z otoczenia myśli "to nie moja sprawa"? Nasza czytelniczka opisuje historię nałogu swojego nauczyciela.

Chciałabym podzielić się historią, którą obserwuję od lat, w której nawet poniekąd uczestniczę. Historią skłaniającą do przemyśleń i dającą nadzieję. Pokazującą, że można, że trzeba dawać kolejną szansę i wierzyć. I że czasem trzeba cholernie mocnego kopa od życia, żeby wreszcie się obudzić. Historią alkoholika. Bohater tej opowieści był moim nauczycielem. Lubiłam zarówno jego, jak i przedmiot, którego nauczał. I mimo że nie raz i nie dwa śmierdziało wódą w całej klasie, lubiłam te lekcje.

Zdarzało się czasem, że lekcji nie było, bo nauczyciel nie przyszedł (...). Wszyscy byli zadowoleni i siedzieli cicho.

Zwykle miałam u niego dobre oceny. Przeważnie dlatego, że się uczyłam, ale czasem też zdarzało się, że przez roztargnienie wywołane spożywanymi trunkami źle podliczał punkty, stawiał je na oślep, albo w ogóle oceny brały się z... kosmosu. Oczywiście nikt nie narzekał, jeśli tylko nie został pokrzywdzony. Zdarzało się czasem, że lekcji nie było, bo nauczyciel nie przyszedł albo wychodził gdzieś, nie wiadomo gdzie, na pół godziny, po czym zapach w klasie stawał się jeszcze bardziej intensywny. Nikt z nas nie zwracał na to uwagi. Bo i co mielibyśmy zrobić? Nikt nie chciał, żeby ten człowiek stracił pracę, bo jak się postarał (i był trzeźwy), to naprawdę można było z tych lekcji coś wynieść. A jeśli ktoś nie chciał, to też większych problemów nigdy nie miał. Wszyscy byli więc zadowoleni i siedzieli cicho.

Zaczęło się jednak dziać coraz gorzej. Pewnego dnia szłam z małą grupką na kolejną lekcję (chociaż od pewnego czasu to słowo niezbyt dobrze pasowało do realiów), w połowie korytarza natknęliśmy się na naszego nauczyciela. Kompletnie ubranego (była zima), idącego ku wyjściu. Jako ludzie kulturalni pożegnaliśmy się i poszliśmy pod klasę z radością oznajmiając, że lekcji nie będzie i można iść do domu, bo nauczyciel już sobie poszedł.

A potem się stało.

Prawie zachlał się na śmierć. Żadne z nas nigdy do niego nie poszło.

Najpierw odwołali kilka lekcji, potem dali nam zastępstwo. I kolejne. I kolejne. Ktoś w końcu gdzieś usłyszał, że nasz nauczyciel leży w szpitalu z zagrożeniem życia. Szok. Martwiliśmy się o niego, ja przynajmniej na pewno. Długo to trwało, w końcu wyszedł z tego. Ale był już na skraju... Odetchnęłam z ulgą, kiedy wyszedł ze szpitala. Żadne z nas nigdy do niego nie poszło. Chyba było nam głupio, a i jego nie chcieliśmy stawiać w jakiejś dziwnej sytuacji. No bo jak by to miało wyglądać: "- Psorze, co się stało? - Nic takiego, prawie zachlałem się na śmierć."? Lepiej było po prostu nie iść. Skończyliśmy szkołę, on wyszedł ze szpitala i słuch po nim zaginął. Nikt nie wiedział co się dzieje, ja tylko myślałam o nim od czasu do czasu i miałam nadzieję, że nie popełni po raz kolejny tego błędu, że otarcie się o śmierć go obudzi i że już więcej nie będzie pił. Było mi go żal, młody, fajny facet, a już prawie stracił życie.

Po kilku ładnych latach od tamtego wydarzenia nauczyciel wprowadził się do mojego bloku! Od tego czasu obserwuję jak bardzo zmieniło się jego życie. Ogarnia mnie radość za każdym razem, kiedy go widzę. Odmienił swoje życie, ma żonę, dwójkę dzieci. Widać, że są szczęśliwi. On, jako jedyny z rodziców na osiedlu, kopie piłkę z synem pod blokiem. Spędza z dziećmi dużo czasu i chyba to jest to, co nadaje jego życiu sens. Rodzina, którą stworzył. Nie wiem czym się zajmuje na co dzień, czy nadal uczy, czy robi coś innego. Tak naprawdę to nie jest istotne, ważne jest to, że odnalazł w życiu jego sens. I że napędza go to każdego kolejnego dnia. Każdego trzeźwego dnia.

Superwoman

Więcej o: