Stare przyjaźnie jednak trochę rdzewieją?

Kobiece przyjaźnie - trwałe i na całe życie? To możliwie, ale z uwzględnieniem faktu, że się zmieniamy i zmienia się nasze życie. Czy może nasza Czytelniczka zbyt surowo ocenia siebie i swoje przyjaciółki?

Przeczytałam tekst Ani Konieczyńskiej o przyjaciółkach i zadumałam się nad swoim losem. A raczej nad losem moich przyjaźni. Bo gdzieś, nie wiem sama gdzie, moje przyjaźnie się rozpełzły. Niby wiem, co która robi, wiem, że zawsze mogę zadzwonić i może choć parę minut uda się wyrwać z napiętego harmonogramu dnia każdej z nas, ale... To już nie to samo, co kiedyś. I zastanawiam się, czy popełniłam gdzieś jakiś błąd, czy to jednak jest ta kolej rzeczy, o której nieraz słyszałam, gdy byłam młodsza. Że tak to będzie, jak każda z nas zacznie układać sobie życie, że nasze drogi się rozejdą i ciężko nam będzie znaleźć takie momenty, gdy uda nam się je na powrót skrzyżować, tak naprawdę, a nie na chwilę, na szybką kawę.

Trudno oczekiwać, że zawsze będzie tak, jak w czasach beztroskiego dojrzewania i wczesnej dorosłości.

Jedna wyjedzie na studia na drugi koniec Europy i będzie wpadać raz na pół roku na trzy wyrwane siłą z kalendarza dni i przez ten mikroskopijny fragment czasu będzie się starała nadrobić wiele zawieszonych znajomości. Inna wyjdzie za mąż, a potem stanie w obliczu rozwodu i będzie kłębkiem nerwów, który stroni od kontaktów międzyludzkich. Kolejna się mnogo „odzieci” i będzie żyła między ząbkiem a pieluszką, względnie między gotowaniem obiadu, odrabianiem lekcji i dowożeniem na zajęcia pozalekcyjne. A jeszcze inna skupi na karierze, będzie się pięła i wygryzała wszystkich po drodze, aż stanie się wspomnianą przez Anię „korposuką”.

Trudno oczekiwać, że zawsze będzie tak, jak w czasach beztroskiego (o tak, teraz to widzę!) dojrzewania i wczesnej dorosłości. Gdy wielkimi problemami były: niemożność poznania tego bruneta z równoległej klasy, pała z geografii, rodzicielski szlaban na całonocną imprezę. Dziś, gdy mamy kredyty, dzieci, problemy z partnerem, szefem - tamto wszystko wydaje się takie małe i zabawne.

Czy okazałoby się, że nic się nie zmieniło między nami, że wrogiem jest jedynie czas, którego mamy niedostatek.

Marzy mi się taki wyjazd, jaki potrafiłyśmy celebrować w czasach licealnych i studenckich. Na działkę do rodziców czy dziadków jednej z nas. Butelka (z czasem wiele butelek) wina, rozmowy do rana, maseczki na twarzach i śmichy z chłopaków i innych dziewczyn, tych spoza naszego magicznego kręgu. Gdyby teraz udało nam się rzucić wszystko na parę dni, założyć dresowe spodnie i wyciągnięte podkoszulki i znów przegadać całą noc - ciekawe, co by wyszło. Czy okazałoby się (w co bardzo chcę wierzyć!), że nic się nie zmieniło między nami, że wrogiem jest jedynie czas, którego mamy niedostatek. Czy może jednak nie umiałybyśmy już na siebie patrzeć tak jak kiedyś. Dziś już oceniamy, porównujemy (wtedy też, ale jednak inaczej, bez zawiści), nie potrafimy się wyłączyć z trybu codzienności. I ta nas skaża, sprawia, że te relacje już nie są tak beztroskie. A może tylko tak czuję, bo akurat mam kiepski moment. I przydałyby mi się przyjaciółki.

Nie wiem sama. Może powinnam to sprawdzić. Ale jakoś się boję.

Przyjaciółka

Więcej o: