Adopcja po polsku, czyli Bareja wiecznie żywy [LIST]

Czytelniczka opisuje nam sytuację żywcem wyjętą z przezabawnej komedii. Tylko że historia jest prawdziwa i dotyczy procedury adopcyjnej...

Piszę anonimowo, bo boję się, że ten tekst mógłby mi zaszkodzić. Na pewno mi by zaszkodził. Wciąż czekam na przyznanie dziecka adopcyjnego. Co miesiąc melduję się w ośrodku, potwierdzając wszem i wobec, że dalej jestem zainteresowana, dalej mam pracę i mieszkanie, dalej jestem mężatką. Od czasu, kiedy zaczęłam starać się o adopcję minęło niedawno dwa lata. Było dziwnie i dziwniej. Bywało absurdalnie. Chcecie wiedzieć dlaczego tyle rodzin zastępczych oskarżanych jest o zaniedbywanie dzieci? Dlatego, że procedury są idiotyczne. Mogłabym być schizofreniczką, alkoholiczką i psychopatką. A i tak mam na wszystko papiery. Witamy w Polsce.

Muszę udowodnić, że jestem kim jestem, mam dach nad głową. Ale później jest już zabawniej.

I nie mówię nawet o testach psychologicznych, których musisz po drodze wypełnić co niemiara. Nie jestem psychologiem, muszę więc przynajmniej założyć, że istnieje jakiś potencjał z rysowania przeze mnie ołówkiem drzewa owocowego. Narysowałam jabłonkę. Później znajoma psycholożka powiedziała, że dobrze, iż w moim drzewie nie było dziupli. Dziupla to podtekst seksualny.

Ale wracając do zaświadczeń. Polacy lubią oświadczenia, zaświadczenia i inne -enia, każde najlepiej w trzech kopiach. Aby przejść kolejną bramkę w procesie adopcyjnym trzeba dostarczyć masę przeróżnych dokumentów. Zaświadczenie o niekaralności (ważne 3 miesiące), zaświadczenie o zarobkach lub PIT, świadectwo urodzenia. To jeszcze rozumiem, w końcu muszę udowodnić, że jestem kim jestem, posiadam też jakieś środki utrzymania i dach nad głową. Ale później jest już zabawniej.

Czy po 10 minutach widać, że nie jestem maniaczką, socjopatą, nie ukrywam jakiejś głębokiej choroby?

„Proszę przynieść zaświadczenie z poradni uzależnień” usłyszałam. Której? Nieważne której, może być ta najbliższa domu. Dodam, że takie poradnie nie mają wspólnej bazy. Dostałam od ręki, chociaż mogłabym przecież być narkomanką i alkoholiczką, a leczyć się na drugim końcu miasta. Poprosimy zaświadczenie od internisty. Jakiego? Wszystko jedno jakiego. Dostałam od ręki, na przysłowiowe ładne oczy. Nie zapytał mnie o ani jedną chorobę czy dolegliwości. Podobno nie byłam pierwsza u Pana Doktora.

Przynieście to od psychiatry. A jakże, dowolnego. Pani psychiatra, umówiona w pobliskiej klinice bardzo się zdziwiła naszą prośbą i nawet poświęciła nam 10 minut na rozmowę, podpisując potem papier, że jesteśmy całkiem normalni. Specjalistą nie jestem, ale czy po 10 minutach widać, że nie jestem maniaczką, socjopatą, nie ukrywam jakiejś głębokiej choroby?

Nie nauczyłam się niczego, przypomniałam sobie za to jak udawać, że słucham.

Potem była wizyta w domu. Mieszkamy na 55 metrach, już z jednym dzieckiem. Dowiedzieliśmy się, że na takim metrażu absolutnie nie możemy wychowywać więcej niż dwójki. Jedna z odwiedzających nas Pań poszła do łazienki, gdzie spędziła 20 minut, być może szukając jakichś śladów naszej niecnej działalności. Dodam, że wszystkie leki trzymam w kuchni, w której stoi też kilka butelek wina. Coś mocniejszego też by się znalazło, chociaż raczej w lodówce.

Przeszliśmy też przez kurs. Raz w tygodniu, przez 3 godziny. Przez 9 tygodni. Nie nauczyłam się niczego, przypomniałam sobie za to jak udawać, że słucham, podczas gdy mój umysł znajduje się daleko od ciała. Wszystko to ma mnie prowadzić do wymarzonego celu. Przechodzę z zaciśniętymi zębami. Czekam. Ale dziwię się regularnie.

A.

Więcej o: