Toksyczne związki należy kończyć! Nawet, gdy to "tylko" przyjaźń

Czy zrezygnowanie z przyjaźni, bo czujemy zbyt wielki ciężar, świadczy o tym, że jesteśmy złym człowiekiem? Takie przemyślenia nadsyła Czytelniczka.

Przyjaciół człowiek sobie wybiera, kocha ich nie ze względu na więzy krwi, a właśnie z wyboru. Ale czasami przyjaciel staje się nagle osobą, której kochać się nie da. Co wtedy? Olewamy „na dobre i na złe”? Długo dojrzewałam do tej decyzji, bo wydawało mi się, że tak się nie robi. Dziś żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej, bo sporo mnie to wszystko kosztowało.

Poznałyśmy się przez wspólną znajomą i zupełnie naturalnie, niemalże następnego dnia, zaczęłyśmy się przyjaźnić.

Łatwo (to nie jest właściwe słowo, ale z kontekstu wyjdzie o jakie „łatwo” mi chodzi) jest zerwać przyjaźń, gdy ktoś nas skrzywdził. Intencjonalnie, świadomie, bez próby wytłumaczenia sytuacji, naprawienia jej. Wtedy można się obrazić, odciąć, z bólem - ale zapomnieć. A co należy zrobić, gdy osoba, która była bliska i ważna nagle staje się ciężarem? Przez swoje wymagania, przez impregnat na argumenty, odporność na wszelką pomoc? Co, gdy obserwujemy, jak osoba sama sobie szkodzi, pogrąża się na własne życzenie, głucha jest na jakiekolwiek próby rozmowy? Więcej - reaguje agresją, gdy podejmujemy kolejną próbę.

Konkrety. Ewa stała się moją przyjaciółką przez przypadek. Poznałyśmy się przez wspólną znajomą i zupełnie naturalnie, niemalże następnego dnia, zaczęłyśmy się przyjaźnić. Nie miałyśmy wspólnej historii chodzenia do szkoły, żadnych wspomnień sprzed lat, a natychmiast poczułyśmy się sobie bliskie. Relacja między nami dawała obu nam sporo satysfakcji. Obie przechodziłyśmy wówczas przez różne zawodowe i prywatne zawirowania - wspierałyśmy się, dużo rozmawiałyśmy. Przyjaźń rozkwitła.

Jakakolwiek próba podjęcia tematu - co się z nią dzieje, o co chodzi - kończyła się atakiem na moją osobę.

Po trzech latach dość intensywnego kontaktu (takiego, na jaki pozwala życie - więc nie, że co dziennie, czasem nawet nie raz w tygodniu - ale wciąż byłyśmy na bieżąco) nagle coś się załamało. Ewa z dnia na dzień zaczęła zachowywać się dziwnie. Z wesołej, otwartej młodej kobiety przeistoczyła się w znerwicowaną, nienaturalną i smutną szarą masę. Nie wydarzyło się nic spektakularnego, nie stała za tym żadna tragedia. Po prostu jakby nagle ktoś nacisnął jakiś przycisk - i zachowanie, psychika, wygląd Ewy zmieniły się o 180 stopni. Depresja? Możliwe. Więc próby rozmów, skierowanie na terapię. I pretensja.

Miałam wrażenie, że wszystko co złe, to ja. Ilekroć próbowałam porozmawiać, nawiązać jakąś nić porozumienia, które przecież było między nami przez kilka lat, zupełnie naturalne (chyba?) - dostawałam po uszach. Jakakolwiek próba podjęcia tematu - co się z nią dzieje, o co chodzi - kończyła się atakiem na moją osobę.

Po ponad dwóch latach wątpliwości, wahania i ciężkich przemyśleń postanowiłam zakończyć tę znajomość.

Po wielu (mniej lub bardziej udanych) próbach dojścia do sedna problemu, zrozumiałam, że nie ja jestem problemem - co usilnie mi wmawiała, mniej lub bardziej bezpośrednio. Ewa boryka się z niskim poczuciem własnej wartości, nie radzi sobie z problemami (nawet tymi zwykłymi, codziennymi, „naturalnymi” dla większości ludzi) i potrzebuje wyżyć się, przerzucić frustrację na kogoś, kto jest obok. A ja, jako przyjaciółka, chcąca pomóc, wciąż byłam obok - więc dostawałam cios za ciosem. Może jest rolą przyjaciółki przyjmować takie ciosy. Ale nie jest rolą przyjaciółki takie ciosy wymierzać. Więc - ewidentnie - nie ma tu już takiej relacji.

Po ponad dwóch latach wątpliwości, wahania i ciężkich przemyśleń postanowiłam zakończyć tę znajomość. Uświadomiłam sobie, jak bardzo ciągnie mnie to w dół, jak bardzo rzutuje na moje relację z mężem, z innymi przyjaciółmi. Czuję się złą osobą, bo przecież przyjaciół trzeba wspierać, na dobre i na złe. Ale z drugiej strony - toksyczne relacje należy ucinać, a nie czekać, aż nas zatrują.

Irka

Więcej o: