Mój tata - obcy człowiek. Po co mi on?

"Chcę pozbyć się taty z mojego życia, bo jest dla mnie, tylko i aż, obcym człowiekiem. Można tak?" - z takim zapytaniem zwraca się nasza Czytelniczka.

Przykro mi się przyznać do tego, ale szukam rozgrzeszenia i tego ciepła w oku (choćby i wirtualnego), które będzie znaczyło tyle, co „miałaś prawo to zrobić”.

Zaczęłam dramatycznie, ale nie jestem bohaterką żadnych specjalnych okruchów życia. Historia, jakich wiele. Studencka wpadka (trzeci rok), tatuś się wystraszył, rodzicielstwo uzurpujące sobie jedynie prawo do weekendowego, bo częstotliwość spotkań malała.

Dość wspomnieć o nierozpoczętych i niedokończonych związkach - bękart na to wszystko rzutował.

Wychowywała mnie mama, która poświęciła dużo, by móc to w sposób przyzwoity zrobić - kolejny banał w tego typu sytuacji, lecz bardzo prawdziwy. Musiała to zrobić. Ona. Bo kto? Tatuś? Nie, on za młody, wystraszony, cała przyszłość przed nim, chłopcy dojrzewają późno (słowa babci). Ale on nie z tych chamów, co przepadną, nie, on był na tyle wspaniałomyślny, by raczyć się dzieckiem interesować, choć za sprawą jego przyjścia na świat zawalił mu się cały świat (słowa ojca).

A później babrał się w tych gruzach całe życie. Dość wspomnieć o nierozpoczętych i niedokończonych związkach - bękart na to wszystko rzutował. To poczucie w tyle głowy jakiejś porażki, falstartu. Jednak mimo tego żalu, tego wściekłego rozczarowania, łaskawy pan spotykał się z dzieciątkiem, myśląc, że robi mu wielką przysługę.

Z czasem zaczęłam się czuć jak irytujący kumpel z pracy, którego trzeba znosić.

Zamiast poczucia bycia obdarowaną przez los, w wyniku posiadania tak dobrotliwego ojczulka, zostało mi wszczepione - niechcący - poczucie winy. Stres przed każdym spotkaniem z tak naprawdę obcym, zimnym człowiekiem, z dorosłym chłopczykiem, który odpowiedzialność za rachityczność relacji przelewał na dziecko - bo jakieś dziwne, wyalienowane, nie rzuca się na szyję, nie rozłoży czerwonego dywanu Łaskawcy.

I tak rósł ten dziwny twór, ból narastał, żal, suma niedopowiedzeń także. Z czasem zaczęłam się czuć jak irytujący kumpel z pracy, którego trzeba znosić, można porozmawiać z nim o polityce czy pogodzie. Mój ojciec nigdy nie zdołał dowiedzieć się, że mój najlepszy przyjaciel ma na imię Konrad, że wielbię Camusa, że nie cierpię papryki, że okropnie często płaczę.

Może po prostu za dużo wymagam? Jestem jednym z tej bandy roszczeniowych bachorów?

Z jego powodu także - bynajmniej nie z tęsknoty, z żalu, że odszedł, tylko ze złości, że nigdy się nie zbliżył, że nie był ciekaw mnie, nie zabrał na weekend w góry, by zobaczyć, że świetnie daję sobie radę na nartach, nie wyraził dumy, nie kochał - wszystko to było dla mnie, obrzydliwego nadwrażliwca, przyczyną wielu nieprzespanych nocy i wielu nerwów. Dlatego postanowiłam, że nadszedł czas, by skończyć z fikcją.

Zerwałam kontakty z ojcem, będąc przekonana, że samo to piękne miano nic nie znaczy, jeśli nic się za nim nie kryje. Że posiadanie rodzica nie jest wartością samą w sobie. Zaczynają mnie nękać jednak wyrzuty, czy może po prostu nie za dużo wymagam? Czy nie jestem jednym z tej bandy roszczeniowych bachorów? Czy może przeoczyłam coś, co mogłoby ojca rozgrzeszyć? Przecież dzieci domowych katów opiekują się nimi, gdy już, niedołężni, nie mogą podnieść na nie ręki, gotowe są wybaczyć, zapomnieć... A ja chcę pozbyć się taty z mojego życia, bo jest dla mnie, tylko i aż, obcym człowiekiem. Można tak?

S.

Więcej o: