List w obronie Anny K.

Czytelniczka staje w obronie naszej autorki, Anny Konieczyńskiej i twierdzi, że wszyscy krytycy Ani w gruncie rzeczy kochają nienawidzić jej teksty, styl i... ją samą.

Postanowiłam wstawić się za Panią Anną Konieczyńską... choć niekoniecznie stanąć za nią murem

Jako czytelniczka Focha - stała, choć dorywcza (niemożliwe w przypadku pracy, w przypadku czytelnictwa wykonalne) - chciałam odnieść się do fali krytyki z jaką spotykają się felietony p. Anny Konieczyńskiej. Żeby się nie pogubić we własnych myślach zrobiłam to w punktach.

Do czytelników Focha:

P. Anna Konieczyńska drażni Was:

1. Stylem. Nieco chaotycznym, nieco naiwnym - według niektórych bardzo pretensjonalnym. Zrozumcie: Ona lubi tak pisać. Trochę jak bohaterka powieści dla nastolatek. Jeżeli Wy nie lubicie tego czytać (bo macie skojarzenia z Bravo Girl, a wszelka „dziewczyńskość” Was drażni, mierzi i przyprawia o skręt kiszek i inne nerwobóle) to przecież... wcale nie musicie. Nie katujcie się, nie traćcie swojego cennego czasu!

2. Samozadowoleniem. Czemu wysoka samoocena to taka zbrodnia? (Nawet jeżeli uważacie, że jest nieuzasadniona.) Czy przyjemniej czytałoby się wynurzenia kogoś zakompleksionego? Uwielbiam Bridget Jones za jej wieczne poczucie własnej niedoskonałości ale wcale nie życzę go wszystkim kobietom, nawet tym piszącym

3. Krytykanctwem. Coś w stylu „jaśnie panienka z wyżyn swej wieży pogardy ocenia, osądza, odsądza od czci i wiary tych którzy żyją inaczej”. Okej. Mnie na przykład zupełnie nie przypadł do gustu tekst o dziwnych zachowaniach dziwnych koleżanek singielek-feministek. Ale odczytuję go jako celowe przerysowanie, parodię. Ludzie mają różne poczucie humoru. I tyle. Lekkie pokpiwanie to nie zawsze atak.

4. „Moją mamą, moim tatą, moim chłopakiem”. Litości! To już jakiś absurd. W multum felietonów pojawiają się tego typu osobiste wtręty. I czytelnicy je lubią. Sto, jeśli nie tysiąc razy wolę: „mój chłopak powiedział mi, że boi się moich feministycznych poglądów” niż nieśmiertelne: „badania amerykańskich naukowców wykazały, że feministki budzą w mężczyznach paniczny, zabobonny lęk”.

5. „Przeintelektualizowaniem”. Może i dorabianie socjologicznego wyjaśnienia dla kwestii popularności jakiegoś serialu jest śmieszne. Może jest to pseudonaukowość. Ale czasem ciekawie i sympatycznie jest podorabiać teorie nawet do tak błahych rzeczy jak „przesłanie” popowych piosenek. Można się wtedy poczuć jak za studenckich czasów kiedy to człowiek potrafił godzinami roztrząsać wydumane problemy typu „czym jest wolność”. (Choć przyznaję, że takie dyskusje dużo lepiej prowadzi się po kilku głębszych. Może przed lekturą felietonów p. Konieczyńskiej czytelnicy powinni „walnąć” setkę wódki?)

Podsumowując: myślę, że tak naprawdę bardzo lubicie czytać felietony p. Konieczyńskiej... żeby móc je skrytykować. Nie ma w tym nic złego. Rozrywka jak każda inna. Nie robicie tym autorce żadnej krzywdy (tak duży odzew z waszej strony powinien ją raczej cieszyć). Tylko fajnie by było gdybyście w komentarzach nie odnosili się do osoby autorki a do jej tekstu. Jakoś tak milej. No i zdradzę Wam mały sekret: o ile człowiek może powiedzieć: „jestem tym co jem” o tyle publicysta raczej nie powie: „jestem tym co piszę” - to tylko taka kreacja.

P.S. Przyznaję, że do napisania tego listu skłoniła mnie nie tyle sympatia do p. Konieczyńskiej, co ogromne pragnienie żeby został on opublikowany i zebrał tyle krytycznych komentarzy co felietony wyżej wspomnianej. Taka moja masochistyczna próżność. Wszak hejt=fejm=sens i cel życia.

Pozdrawiam Czytelników i Redakcję,

Kasia Lewcun

Więcej o: