Moje życie się zawaliło, a ja już nie chcę być silna

Wydaje ci się, że było źle. Wydaje ci się, że może być lepiej. I wtedy wszystko się sypie. Nie ma dobrej metody na poradzenie sobie z życiową tragedią. A rady: "bądź silna" sprawiają, że ma się ochotę wrzeszczeć. O tym pisze do nas Ewa.

Jeżeli opublikujecie mój list, może jeszcze ktoś zastanowi się nad sensem tego wiecznego pędu i nad tym co w życiu jest ważne. Ja już wiem że nie mam tego, co najważniejsze.

Nareszcie to mną się ktoś opiekował i o mnie troszczył. Jedynymi naszymi problemami były te finansowe i mieszkaniowe.

Mam 33 lata. Dwa lata temu moim największym problemem było to, że mój drugi mąż nie miał pracy a były mąż nie chciał płacić alimentów na syna. Ciągle szarpaliśmy się z brakiem kasy, z opieką nad dwójką dzieci, które często chorowały. Dwa lata temu też, głównie ze względu na parcie teściów, wzięliśmy ślub kościelny. Oni właściwie to wszystko załatwili i zapłacili, ja kupiłam sobie tylko suknię ślubną. Na Allegro, używaną, bez mierzenia. Była trochę za duża, ale mi było wszystko jedno. Cieszyłam, że B. był szczęśliwy, że jemu się podobałam. To był jego pierwszy ślub, mój nie. Mnie dobijał fakt, że kasa na to idzie, że zamieszanie, że trzeba ogarnąć w tym wszystkim dwójkę małych dzieci. Byliśmy szczęśliwi bez papierka, nasz związek potoczył się bardzo szybko. Poznaliśmy się przez internet, gdzie szukałam pocieszenia po hucznym rozwodzie. On szukał tej jednej, jedynej. Po pół roku byliśmy już zaręczeni, a B. przeprowadzał się do mnie z innego miasta. Po następnych dwóch miesiącach byłam już w ciąży. Szczęśliwa, kochana, traktowana jak królewna, mająca silne męskie ramię i wsparcie w każdej sytuacji. Nareszcie to mną się ktoś opiekował i o mnie troszczył. Jedynymi naszymi problemami były te finansowe i mieszkaniowe - chcieliśmy być na swoim, a nie kątem u mojej mamy.

Miesiąc po naszym ślubie dowiedziałam się przez telefon, że mój ojciec dostał udaru i jest w szpitalu. Miał zostać tam 10 dni na obserwacji, po półtora miesiąca w szpitalu zmarł. W wieku 52 lat. To była pierwsza śmierć bliskiej mi osoby. Przeżywałam to bardzo i długo nie mogłam się po niej pozbierać. Nie mieszkałam z nim już od dawna, rozwiódł się z mamą gdy byłam na studiach. Nasze stosunki były dość trudne. Ale jego śmierć mną wstrząsnęła.

O północy płakałam patrząc na fajerwerki i mówiłam jak mantrę: „skończył się ten przeklęty rok".

Kilka miesięcy później zachorowała mama. Diagnoza trwała bardzo długo, objawy były bagatelizowane, wyniki cały czas dobre, tylko mama czuła się coraz gorzej, nie mogła jeść, wymiotowała bez przerwy. Po pół roku badań, nawodnień i dwóch operacjach była diagnoza - rak trzustki. Zaczęły się chemioterapie i paraliżujący strach.

W tym samym czasie, nie wiem jak i kiedy, mój B. zaczął słabnąć i chudnąć. Nie chcieli mu podbić badań do pracy, którą nareszcie znalazł. I znowu zaczęły się badania i lekarze. Ciągle słyszałam od lekarzy, że to nic takiego - te guzy to tłuszczaki, jest silnym mężczyzną więc poradzi sobie. Od Niego słyszałam, że nic się nie dzieje, że teraz on musi się zająć pracą, żeby ją utrzymać - tak strasznie się nią cieszył.

30.12.2013 w moje 32 urodziny przyszły wyniki kolejnej tomografii. Diagnoza - prawdopodobnie chłoniak. Zamarłam. Dzień później szliśmy na Sylwestra. Pierwszy w moim życiu bal sylwestrowy, na który szłam z Moim Mężczyzną. Była prawdziwa kreacja, fryzjer i atak histerii, gdy B. ubierał się w garnitur ze ślubu, który z niego po prostu spadł. O północy płakałam patrząc na fajerwerki i mówiłam jak mantrę do B. „skończył się ten przeklęty rok, 2014 będzie już lepszy - zobaczysz”.

Zmarł we śnie. Dwa dni przed naszą drugą rocznicą ślubu. Dowiedziałam się o tym w pracy. Musiałam powiedzieć dzieciom.

W styczniu już wiedziałam, że na pewno nie będzie lepszy. Mama miała kolejne serie chemioterapii. B. znikał w oczach. Cały czas byłam w szpitalu z jednym lub z drugim. Odbierałam wyniki, rejestrowałam do lekarzy, załatwiałam transport medyczny, jeździłam z transportem medycznym, podbijałam recepty. W tym wszystkim były cały czas moje dzieci - nie wiedziały co się dzieje. Dlaczego tata nie może chodzić, czemu mama nie ma czasu, ciągle płacze i jest tak bardzo nerwowa. Do tego praca na zmiany, wymagająca również bardzo dużo czasu i zaangażowania. Z tego czasu pamiętam tylko mój strach, nerwy, płacz i coraz to gorsze wiadomości przekazywane przez lekarzy, rurki, worki do nefrostomii, zmienianie kroplówek, podawanie leków do motylka, wizyty domowe.

1.04.2014, gdy B. już był po założeniu nefrostomii i nie chodził, w końcu usłyszałam ostateczną diagnozę - gruczolakoraka, przerzuty do węzłów chłonnych. Nie ma możliwości leczenia, za późno. Tydzień później B. był już u swoich rodziców - mieli nadzieje że może tam będzie dało się coś zrobić jeszcze. Nie dało się. 12.04 B. zmarł we śnie. Miał 33 lata. Dwa dni przed naszą drugą rocznicą ślubu. Dowiedziałam się o tym w pracy. Musiałam powiedzieć dzieciom. Nie mogłam się rozkleić. Rozlecieć. Teściowa straciła jedyne dziecko. Przy niej też nie mogłam się rozkleić. Pogrzeb był piękny, moja mama nie mogła już przyjechać, ale wiele osób było, pomimo sporej odległości od miejsca naszego zamieszkania. Przeżyłam koniec mojego świata. Ale to jeszcze nie był koniec końca.

Miałam miesiąc na ogarnięcie życia. Potem była operacja mojej 3-letniej córki ze wszystkimi komplikacjami - łącznie z krwotokiem w domu. Bo dlaczego mogłoby być inaczej?

Od lipca mamie zaczęło się gwałtownie pogarszać, traciliśmy z nią kontakt, wpadła w straszną anemię, morfina była podawana co 2 godziny. Znowu zaczęły się kroplówki, leki, wizyty domowe, w końcu hospicjum. Mama była najważniejszą osobą w moim życiu. Była zawsze gotowa rzucić wszystko żeby być ze mną. ZAWSZE mogłam na nią liczyć. Miałam nieodciętą pępowinę i zdawałam sobie z tego sprawę. Dla moich dzieci była ukochaną babcią. Mama zmarła 19.09.2014 po bardzo bolesnej i wyniszczającej chorobie. Miała 54 lata.

Chcę znowu mieć takie problemy, jakie miałam dwa lata temu - to były bzdury, wtedy byłam szczęśliwa i bezpieczna - a nie miałam o tym pojęcia.

Zostałam z dziećmi sama. Bez rodziców i męża. Z problemami finansowymi i mieszkaniowymi, o których nie mam siły teraz myśleć. Muszę raczej myśleć, co zrobić z dziećmi, gdy idę do pracy, jak nie rozlecieć się, gdy mam ochotce przestać istnieć. Jak wejść do sklepu, do którego chodziłam zawsze z B. i nie rzucić się z płaczem na podłogę. Jak zapewnić dzieciom odrobinę poczucia bezpieczeństwa po tym wszystkim. Kogo wziąć ze sobą na pasowanie na ucznia syna i pasowanie na przedszkolaka córki, żeby wiedziały, że poza mamą mają kogoś jeszcze. I jeszcze w tym wszystkim nie myśleć o tym, co stanie się, gdy ja się rozchoruję.

Tylko błagam niech nikt mi nie mówi, że mam być silna. Już nie chcę być silna. Chcę znowu mieć poczucie bezpieczeństwa, chcę zapomnieć o tym, jak bardzo cierpieli moi bliscy. Chcę znowu mieć takie problemy, jakie miałam dwa lata temu - to były bzdury, wtedy byłam szczęśliwa i bezpieczna - a nie miałam o tym pojęcia.

Ewa

Więcej o: