Próbował mnie zgwałcić, ale nie mogę nikomu o tym powiedzieć

Jak suka nie da, pies nie weźmie - głosi porzekadło. Czytelniczka "dać" nie chciała, a i tak stała się tematem plotek. Wszystko przez mężczyznę, który próbował ją uwieść, a w końcu - zgwałcić.

Zbieram się, żeby do Was napisać od dłuższego czasu. Najpierw swoją historyjką chciałam nawiązać do innych nadsyłanych, potem myślałam, że się wyżalę po prostu. Sprawa znanego dziennikarza wydaje mi się idealnym pretekstem.

Wdałam się niechcący w "romans" z żonatym facetem. Zdzira!! - już krzyczą. Biorę krzyki na klatę, a teraz mi dajcie dojść do słowa, bo to nie takie oczywiste.

Trafiłam tu z synem pod pachą, po rozbitym związku, z zacięciem, że jeszcze nie wszystko stracone, że ja zacznę od nowa i jeszcze wszystko będzie dobrze.

Mieszkam na Wsi pod Łodzią. A może pod Warszawą? A może pod Koszalinem? Sama metropolia ważna nie jest. Ważne, że Wieś (nie jakaś zabita dechami, prawie Miasteczko, ale jednak Wieś). Trafiłam do niej z synem pod pachą, po rozbitym związku, z zacięciem, że jeszcze nie wszystko stracone, że ja zacznę od nowa i jeszcze wszystko będzie dobrze. 15 lat wcześniej wyjechałam z tej samej Wsi z misją zawojowania świata i odnalezienia swojego lepszego miejsca. Stało się jak się stało, wróciłam trochę na tarczy, trochę kurczowo tę tarczę trzymając - sama nie wiem, czy byłam wtedy przegrana (bo przecież nigdy nie chciałam Tu wracać), czy wygrana (bo przecież zaczęłam wszystko od nowa). Cóż, stawanie na nogi zajęło mi trochę czasu, wynajęłam dom, dziecko poszło do przedszkola, założyłam firmę, znajomych musiałam od nowa szukać, bo z lat młodości nie został Tu nikt. Brzmi całkiem sensownie. Ale samotność jest samotnością. Mimo, że mija szósty rok, syn zdążył dorosnąć (zaraz kończy podstawówkę) - ja nadal wiodę życie w dwuosobowej rodzinie.

Gdzie się zaczyna ciemna strona historii? Gram na pianinie. Mimo, że z zawodu jestem księgową, muzyka jest całym moim życiem. Zawsze wiedziałam, że mogę zarabiać na życie choćby obierając cebulę, bylebym mogła grać. W Wielkim Mieście to jest o tyle łatwiejsze, że zawsze się znajdzie jakaś możliwość ku temu. Na Wsi już ciężej. Ale udało się. W miarę powiększania się grona znajomych poznałam (nazwijmy go) Michała.

Zaczęliśmy rozmyślać, jakby to było cudownie, że może nie jesteśmy za starzy na muzykowanie w garażu, rozmyślania zamieniliśmy w działania. I wszystko szło świetnie.

Michał. Żonaty od 13 lat, dzieci brak, na Wsi pozycja ugruntowana - świadczy usługi z zakresu informatyki, znany każdemu, życzliwy człowiek, niespełniony basista (jak wspominałam, na Wsi ciężko się spełniać jako artysta). Zaprzyjaźniliśmy się. Z jego żoną również. W miarę upływu czasu do grona doszedł perkusista Konrad (na marginesie: rozwodnik). Zaczęliśmy rozmyślać, jakby to było cudownie, że może nie jesteśmy za starzy na muzykowanie w garażu, rozmyślania zamieniliśmy w działania. I wszystko szło świetnie. Serio. Garaż Michała zamienił się w miejsce naszych cotygodniowych prób, przewiozłam od dziadków pianino, ze składek wyposażyliśmy się w niezbędny sprzęt (trochę to wymagało czasu i pieniądza, ale wierzyliśmy, że warto, nawet jeśli miałoby się skończyć na graniu dla wąskiego grona). I tak mogłoby już zostać. Ale przyroda nie lubi próżni. W międzyczasie ja zaczęłam się podkochiwać w Konradzie (wydawało mi się, że z wzajemnością -  no mogłaby być bajka), a Michał we mnie (już nie taka bajka) co wyszło dużo później. O ile ja byłam skupiona na graniu i Konradzie, powoli zaczęło do mnie docierać, że chyba coś jest nie tak z Michałem i Iwoną (małżonka).

Żona jakby przygaszona (do pewnego momentu częsty gość na próbach, potem jakby rzadziej). No i Konrad jakby mniej zainteresowany mną. Ponieważ poza graniem każdy z nas miał swoje życie, powody tego wszystkiego mogły być różne. Ale Michał zaczął wykorzystywać każdą wolną chwilę, żeby ją spędzić ze mną. Zaczęły się smsy, częsty kontakt. Nie zwracałam na to uwagi, bo tematem zawsze była muzyka. Konrad? Raczej nie widział się w roli ojczyma, zresztą poznał w międzyczasie kobietę swojego życia. Nie tak miało być. Trudno się mówi, mam świadomość, że samotna matka to "towar z niższej półki" - jakkolwiek to brzmi.

Nagle się okazało, że żona nigdy nie podzielała jego pasji, nigdy go nie rozumiała, nigdy też nie chciała mieć dziecka. Zaczęły się smsy, często w nocy.

Mój błąd polegał na tym, że się zaczęłam zwierzać Michałowi z nadłamanego serca. I wtedy się zaczęło. Nagle się okazało, że żona Michała nigdy nie podzielała jego pasji, nigdy go nie rozumiała, nigdy też nie chciała mieć dziecka (według Michała), a Michał był zafascynowany moim synem, który zresztą Michała bardzo lubił i - ponieważ zaczął się interesować muzyką - stał się dla Michała wymarzonym dzieckiem. Traktowałam to wszystko z przymrużeniem oka. Przyjaźniliśmy się wszyscy. Narzeczoną Konrada polubiłam (pogodziłam się z tym, bo przecież nie można kogoś zmusić do uczuć). A Michała nie brałam na poważnie, bo w tym wszystkim najważniejsze było dla mnie granie. Poza tym żonaty facet, to żonaty facet. Ale Michał nie odpuszczał. Kontaktował się ze mną coraz częściej, zaczęły się dwuosobowe próby (bo Konrad w ostatniej chwili ponoć odwoływał obecność), zaczęły się nocne smsy (zwykle o treści "co robisz? jesteś sama?"), Iwona na dobre się przestała pokazywać, zaczęła wyjeżdżać w delegacje do Wielkiego Miasta. A ja dalej naiwnie przyjaźniłam się z Michałem, nie widząc w tym nic zdrożnego, bo przecież to przyjaźń, bo przecież ja osobiście kibicuję ich małżeństwu, bo przecież nie raz wspierałam Michała mówiąc, że rozwód nie jest rozwiązaniem. Przyznaję, przez moment uwierzyłam w bajkę o rozwodzie, o tym, że takie rzeczy się zdarzają - och nagle my tutaj po przejściach spotykamy się i możemy dalej przez życie iść razem. Tylko jakoś nie pasowało mi, żebym to ja była elementem pozwu. I dawałam mu do zrozumienia, że nie jestem zainteresowana rozbijaniem jego małżeństwa. "Rozwiedź się wtedy pogadamy". Taaa...

Poczęstował mnie piwem zaprawionym nie mam pojęcia czym. Wiem tylko, ze ocknęłam się na sofie z opuszczonymi spodniami i Michałem próbującym się dobrać do mnie od tyłu.

Pomyliłam się w ocenie. Bardzo gorzko. Nie zwróciłam uwagi na plotki krążące po Wsi (przecież nie robiłam nic złego), a skoro zaczęły docierać do mnie, do żony Michała też mogły. Nadmienię, że cały czas Michał chodzi po Wsi z Iwoną za rękę, a co roku od lat na Święta Bożego Narodzenia wyjeżdżają w Alpy, skąd mają nadzieję wrócić w trójkę (z opowiadań Iwony). Do czego zmierzam tą telenowelą? Pół roku temu odbyła się ostatnia próba. I nie chodzi o muzykę, tylko o próbę dopięcia swego przez Michała. Konrad w ostatniej chwili nie przyszedł (jak się później okazało - nie był od dłuższego czasu zapraszany), po przegraniu materiału Michał poczęstował mnie piwem zaprawionym nie mam pojęcia czym. Wiem tylko, ze ocknęłam się na sofie z opuszczonymi spodniami i Michałem próbującym się dobrać do mnie od tyłu. Jak się wyrwałam i ubrałam rzucił tylko chłodno, że żona nigdy by się nie zgodziła na anal.

Jaki morał? Iwonie nigdy nie powiedziałam o tym, a pewnie powinnam. Nie mam nic na swoją obronę - łaziłam przecież na próby, które od dłuższego czasu były dwuosobowe. Cała Wieś mnie widziała jak idę. Że szłam grać? O naiwności. Że to próba gwałtu była? No przecież sama lazłam i Wieś sobie huczała. Przypomnę, że to ja samotna jestem, zatem skoro samotna to spragniona i wiadomo po co idę. Że przyjaźniliśmy się? Jasne, przecież słowo rozwód padało. Czemu się wcześniej nie postawiłam? Choćby po pierwszym nocnym smsie? Bo byłam zapatrzona w granie i na tym mi zależało. Powiecie, że jestem głupia i naiwna? Cóż - macie rację.

Zespół się nie reaktywuje, bo Konrad niedługo zostanie ojcem. O mniej oficjalnych powodach nigdy się raczej nikt nie dowie. Za długo się starałam stanąć na nogi, żeby dać się teraz zjeść Maleńkiej Wsi. Zatem sprawa zakończyła się w ten sposób, że żadnej walki o sprawiedliwość nie będzie. Żadnego obcinania ani wieszania za przyrodzenie też nie.

Jak to mówią - jak suka nie da, pies nie weźmie.

Ja dać nie chciałam, mimo to mogło być wzięte.

Iga

PS. We wsi ostatnio pojawiła się samotnie chowająca córkę skrzypaczka. Mówią, że zastąpi pianistkę.

Więcej o: