Przykazania przyjaźni - czy nie byłoby łatwiej z taką ściągawką?

Nasza Czytelniczka chciałaby mieć pod ręką spisany kodeks przyjaźni, w którym znalazłaby odpowiedzi na pytania, które ją trapią.

Jakiś czas temu zastanawiałam się, że to wielka szkoda, że Jezus dał nam tylko 10 przykazań. Dużo łatwiejsze byłoby życie, gdyby spisane były takie scenariusze, wiecie, dwie odpowiedzi: tak czy nie, a potem kolejne i kolejne, a na końcu uniwersalne rozwiązanie. Tak, zrezygnuj z pracy. Nie, nie zrywaj kontaktu z ojcem. Tak, odejdź od niego i zabierz mu dziecko.

Nie ma gotowych rozwiązań. I oto pytanie: czy istnieje taki zbiór zadań i rozwiązań w przyjaźni?

Na przykład uniwersalne porady: Co zrobić, jeśli poroniłam? Co zrobić, jak pracodawca długo nie wypłaca pensji i mówi, że przecież i tak nie mam umowy? Co się robi jak mąż najlepszej przyjaciółki na imprezie wsadza Ci rękę między nogi? Oczywiście żartuję. Nie ma gotowych rozwiązań. Jedyne, co może nam pomóc w szukaniu odpowiedzi na nasze pytania, to przyjaciele. I oto pytanie: czy istnieje taki zbiór zadań i rozwiązań w przyjaźni?

Zawsze mi się wydawało, że są niepisane zasady, których należy przestrzegać wobec przyjaciółek. Na przykład taka, że nie krytykuje się ich metod wychowawczych, nie wyjawia się tajemnic, że powinno się je wspierać w ich decyzjach niezależnie od naszego zdania, a najważniejsze: nigdy nie powinno się tykać byłych, obecnych ani potencjalnych facetów, niezależnie od tego, jak bardzo by się nam podobali.

Poznałyśmy się z najlepszej i najgorszej strony. Mieszkanie nazwałyśmy Naszym Królestwem.

Po tym wstępie opiszę na zimno sytuację, która jest głównym tematem tego listu. Ja, ona i on. Ja i ona mieszkamy ze sobą. Poznałyśmy się przy okazji wynajmu mieszkania i od razu zaprzyjaźniłyśmy. Przegadałyśmy niejedną noc, zmierzałyśmy się z problemami z pracą, rodziną, studiami i zdrowiem. Nie miałyśmy przed sobą tajemnic. Poznałyśmy się z najlepszej i najgorszej strony. Mieszkanie nazwałyśmy Naszym Królestwem. Siadałyśmy „przy naszym stole” w kuchni (czyli na podłodze) opowiadając sobie swoje najbardziej skrywane sekrety.

On pojawia się w moim życiu w grudniu. Wydaje się być dojrzałym 27-latkiem. Samodzielny, przystojny, z fajną pracą, dobrym poczuciem humoru i podobnym spojrzeniem na świat. Od sylwestra rozmawiamy codziennie, po kilka godzin. Spędzamy ze sobą czas rozmawiając o bzdurach i rzeczach poważnych. Po pierwszym spotkaniu mówi mi, że mógłby mieć ze mną dziecko. Że był z wieloma dziewczynami, ale ja mam to coś, tę charyzmę, energię, no i jestem młodsza. Śmieję się. Niby uzgadniamy, że będzie między nami friendzone, że nie będziemy oczekiwać czegoś więcej, ale czuję sygnały.

Nigdy nie powiedział mi dosadnie: między nami nie będzie nic więcej.

Odwiedzam go w szpitalu, kupuję mu jego ulubione orzechy. Innym razem pijemy herbatę po której oboje lądujemy na pogotowiu z alergią. Po skrętach rozwiązujemy problemy materii i energii, czy kosmos jest skończony, skąd się biorą sny?

Po pewnym czasie minęło mi zauroczenie, bo zauważyłam, że nie jest wobec mnie do końca fair. Wspominał o innych dziewczynach, mówił dwuznaczności. Nigdy nie powiedział mi dosadnie: między nami nie będzie nic więcej. Więc, myśląc sobie że jest po długich związkach, że chce oddechu, czekałam w cieniu. O wszystkim mówiłam Jej podczas codziennych rozmów. Wiedziała, co było, od początku. Znała moje uczucia.

Powiedziała, że chciałaby, żeby ktoś ją zgwałcił. Co. Moje. Uszy. Słyszą?

W walentynki powiedział, że może na spotkanie wezmę też Ją, bo może być jej smutno samej w walentynki i w ogóle „im nas więcej tym lepiej”. Mieliśmy palić skręty i piec pizzę. Po kilku godzinach zauważyłam, że Ola zachowuje się inaczej niż zazwyczaj. Kręciła włosy na palec, wydymała usta i była bardzo eteryczna. Cóż, każdy po upaleniu zachowuje się dziwnie. „Może sobie coś wkręcam”- myślałam.

W pewnym momencie tematy zeszły na seks. Powiedziała, że chciałaby, żeby ktoś ją zgwałcił. Co. Moje. Uszy. Słyszą? Myślę: niee, przesłyszałam się, to żarty jakieś. To przecież On, halo, co ty robisz, królewno? Pomysł gwałtu mu się bardzo spodobał. Rozmowa się rozkręciła. Weszło na orgie. Zrobiło mi się trochę niedobrze, więc zamówiłam taksówkę i wróciłyśmy do mieszkania. W ciszy poszłyśmy spać.

Nie jest przecież moją własnością, a między nami jest tylko koleżeństwo.

Rano nie odebrałam od niego wiadomości: dzięki za wieczór, pizza była super, co tam? Odebrałam wiadomość: - Królewna to ma chyba duże cycki, co? Tylko chowa. Aha - pomyślałam. - Może spytaj samej zainteresowanej?

Zaczęli ze sobą pisać, spotykać się. Więcej i więcej, i więcej. Pojawiły się pytania: czy mam coś przeciwko? Nie, nie mam. Nie jest przecież moją własnością, a między nami jest tylko koleżeństwo. Stoję sobie przecież z boku i czekam, aż będzie może dla nas odpowiedni moment. W głębi duszy myślę: ogarnij się, dziewczyno.

Chciałabym tylko, żeby pod ręką był spisany jakiś kodeks. Którym mogłabym go jej wybić z głowy.

Przychodzi do nas do domu, na trzecim ich spotkaniu całują się w usta. Przy mnie. Po czwartym uprawiają seks. W Królestwie. Od tego momentu to miejsce staje się dla mnie zwykłym mieszkaniem. Z jednej strony jako przyjaciółka powinnam chcieć jej szczęścia. Może on jest pisany jej, a nie mnie? Tylko jak to przełknąć? Czy to ona jako przyjaciółka powinna była powiedzieć: kurwa, przecież ona coś do niego czuła. Nie powinnam się z nim widywać.

Która z nas popełniła błąd wobec drugiej? Czy ja, stawiając sprawę jasno: przecież jeśli go wybierzesz po tygodniu znajomości, nasza przyjaźń nie będzie już taka, jak kiedyś ? Czy ona wchodząc w bliższą znajomość z nim i nie stosując się do zasady „nietykalności” faceta? Logiczne, że nie jest moją własnością. Że nie powinnam stawiać żadnych warunków. Zamierzam, tak jak mnie wychowano, odpuścić i zająć się sobą. Emocje opadną, może im wyjdzie, może nie wyjdzie. Ale ja będę musiała wtedy być przy niej i ją wesprzeć, jak na przyjaciółkę przystało.

Chciałabym tylko, żeby pod ręką był spisany jakiś kodeks. Którym mogłabym go jej wybić z głowy.

Joanna

Więcej o: