"Pigułka po" dla każdego bez recepty? To chyba żart!

Miało być pięknie - pigułka "awaryjna" dostępne bez recepty, dla każdego. Jak jest w rzeczywistości? Czytelniczka dostała po oczach serią chamskich uwag i upokorzeń.

Niedawno przez kraj przetoczyła się wieść o dostępnej bez recepty, nowoczesnej pigułce antykoncepcji awaryjnej. Pisząc ze sterty zasmarkanych chusteczek higienicznych i z głębi upokorzenia i bezbrzeżnego zdumienia, uprzejmie donoszę, jak wygląda to w praktyce.

Pani za ladą patrzy na mnie z obrzydzeniem i cedzi, że TAKICH rzeczy nie sprzedają.

Miasto wojewódzkie, duży ośrodek akademicki. Słoneczny niedzielny poranek i stało się - potrzebuję pigułki "72 po". Nic wielkiego, coś czasem pęknie lub się zsunie, jesteśmy dorośli i zaręczeni, spokojnie ubieramy się i idziemy do dyżurnej apteki. Pani za ladą patrzy na mnie z obrzydzeniem i cedzi, że TAKICH rzeczy nie sprzedają. Cóż, nie ta, to inna. W aptece w pobliskim centrum handlowym farmaceutka patrzy ze współczuciem i mówi, że co prawda zamawiają, ale w hurtowniach środka nie ma. W kolejnej aptece słyszę to samo - brak w hurtowni. Trzy apteki i trzy centra handlowe potem jestem już coraz bardziej zaniepokojona. W domu obdzwaniam osiem pozostałych, czynnych w weekend aptek, wszędzie słyszę to samo. W jednej pani warczy - nie ma! - i rzuca słuchawką.

Nigdy w życiu nie czułam się tak zgnojona.

W poniedziałek rano wiem już, że w całym mieście nie ma ani jednej pigułki EllaOne. Zawsze zostaje jednak lek starszej generacji, dostępny na receptę, więc spokojnie umawiam się na wizytę do ginekologa. Pierwszy termin na środę, więc zaklepuję także dzisiejszy termin do internisty, który przecież może asekuracyjnie wypisać mi jedno opakowanie. W przychodni Akademickiej - wydawałoby się, dla studentów, odczekuję swoje w kolejce, żeby usłyszeć od lekarza, że on TAKICH rzeczy nie przepisuje, zresztą są dostępne od ręki "w każdej aptece". Na tłumaczenie, że w całym mieście nie ma, chamsko każe mi wyjść. W lekkim szoku proszę o pomoc dwóch kolejnych internistów, w tym jedną kobietę - wszyscy wyrzucają mnie za drzwi, wszyscy po chamsku. Ryczę z bezsilności przed przychodnią.

Kompletnie upokorzona i zszokowana, dzwonię do prywatnej przychodni i umawiam się na wizytę. Pytam pani w rejestracji, czy dany lekarz wypisuje recepty tego typu, bo jeśli nie, to poszukam innego. Tym razem zszokowana jest rejestratorka - dlaczego miałby tego nie zrobić? Nigdy w życiu nie czułam się tak zgnojona. Nie miałam wcześniej żadnego problemu z uzyskaniem tego rodzaju pomocy i wydawało mi się, że problem ze "zdobyciem recepty" jest mocno rozdmuchany, a zresztą nie potrzeba już recept... Cóż, dostałam prawdą po twarzy.

B.

Więcej o: