Adwokat rozpieszczonych bachorów - list w obronie "Małych Gigantów"

Po tekście Magdy Acer o motywacjach rodziców, którzy wysyłają dzieci do talent show - w komentarzach zawrzało. Czytelniczka z oburzeniem odnosi się do tematu.

Podziwiam elastyczną cierpliwość autorki tekstu, która z pewnym takim zażenowaniem wytrwała do końca trzeciego odcinka odsądzonych od czci i wiary "Małych Gigantów". Podziwiam, bo moją cierpliwość boleśnie naruszył już czwarty akapit.

Z całą rzekomą troską o dzieci, jaka przewinęła się przez tekst, boleśnie kontrastuje pogarda wobec jeszcze małoletnich uczestników show.

Komentarze dolały oliwy do ognia i chociaż postanowiłam nie zabierać publicznie głosu w tej sprawie, to jednak zmieniam zdanie i oficjalnie strzelam focha. Obrażam się w imieniu własnym raz, jako naoczny świadek zabawy, dwa, jako nauczycielka dziecka, którego imieniem i nazwiskiem rzuca się bezpardonowo w komentarzach, trzy, jako znajoma matki, której odmawiacie zdrowego rozsądku.

Z całą rzekomą troską o dzieci, jaka przewinęła się przez tekst, boleśnie kontrastuje pogarda wobec jeszcze małoletnich, ale już bardzo utalentowanych uczestników telewizyjnego show, więc pewnie powinam się obrazić jeszcze w ich imieniu. Albo też przekuć całe doświadczenie w lekcję, z której wyciągną wniosek równie banalny, co prawdziwy: konkursy są nam pisane. Zawsze było, jest i będzie jakieś jury. Zawsze znajdzie się jakaś pani, która tuż pod "faceci, ciuchy, seks..." powie nam, jak żyć.

Jako były przemądrzały bachor, który pamięta Gawędę, Słowiki Poznańskie i prawie wszystkich z ferajny Pana Tik-Taka, proponuję jeszcze pochylić się nad zmarnowanym dzieciństwem sióstr Radwańskich.

Anna Pielak

Więcej o: