Czy można być świadkiem na ślubie ludzi, w których związek się nie wierzy?

Czy jest hipokryzją podpisanie się pod małżeństwem siostry, która z rozsądku wychodzi za człowieka, którego nie kocha? Nasza Czytelniczka zastanawia się, czy może być świadkiem małżeństwa, w które nie wierzy.

Mam taki kłopot. Moja siostra jest od kilku lat w związku z facetem, który jest - delikatnie rzecz ujmując - totalnie nietrafionym partnerem. Niby wszystko z nim w porządku, ale nie przepadam za nim ja, nasi rodzice, jej przyjaciółki czy znajomi. Mam czasem wrażenie, że nie przepada za nim także moja siostra. Nie ma tu mowy o wielkiej (czy choć małej) miłości z jej strony. To po prostu związek z rozsądku, z samotności.

Wcześniej K. była z jego przeciwieństwem w tym względzie - wszyscy uwielbiali jej poprzedniego chłopaka, ona przy nim była zupełnie inną (niż dziś) osobą - wyluzowaną, radosną, ciekawą świata. Niestety. Tamten związek się skończył, bo on poznał kogoś innego. Nie okłamywał jej, po prostu któregoś dnia przyszedł i powiedział, że musi spróbować z tamtą dziewczyną, bo się zakochał i nie może inaczej - odszedł, dziś już ma z tamtą dzieci.

Nie są nieszczęśliwą parą, nikt tu nikogo nie bije, nie dręczy. Seksu namiętnego nigdy nie było.

K. leczyła rany kilka lat, miała problem, by zaangażować się w jakąkolwiek relację, bo bała się zranienia. Gdy pojawił się M., kręcił się wokół niej nieśmiało kilka miesięcy, na początku nawet się cieszyliśmy, że wyciągnie ją z tego marazmu. Nie podejrzewaliśmy, że to początek czegoś poważniejszego, bo był on zupełnie „z innej półki”, sama K. nie traktowała tego serio - ot, chłopak do kina. Trochę odżyła, co było nie tyle jego zasługą, co faktu, że wreszcie zaczęła wychodzić z domu i śmiać się wśród ludzi.

Po roku randek zamieszkali razem, co było zaskoczeniem nawet dla niej samej - mówiła, że to tak na próbę, że nie jest pewna, co do niego czuje, ale fajnie być z kimś, gdy wszyscy dookoła już w związkach, małżeństwach, z dziećmi... Nie są nieszczęśliwą parą, nikt tu nikogo nie bije, nie dręczy. On jest w nią wpatrzony jak w obraz, ona lubi się do niego przytulić po pełnym dniu pracy. Seksu namiętnego nigdy nie było, ale bywa - cytuję: „miło”.

Nie kocha go. Bardzo lubi. No kocha tak po przyjacielsku. Czy to starczy?

Mam w pamięci rozmowę z K., jakiś rok temu, wczesną wiosną, gdy mówiła mi, że czuje się w tym związku nijako, ani źle, ani dobrze. Boi się samotności, więc cieszy się, że M. jest w jej życiu, bo wracanie do pustego mieszkania było dla niej koszmarem. Ale nie kocha go. Bardzo lubi. No kocha tak po przyjacielsku. Czy to starczy? Pocieszałam ją, że może nagle pojawi się ktoś, kto jej pomoże odpowiedzieć na to pytanie. Nie pojawił się. Za to niedługo potem pojawił się M. z pierścionkiem, który K. przyjęła, bo przecież „co miałam powiedzieć, on mnie kocha, jesteśmy razem już prawie trzy lata, nie jestem już taka młoda, nie ma co się zastanawiać”.

Nie chcę świadkować temu małżeństwu, bo czuję, że byłaby to z mojej strony hipokryzja.

Ja się zastanawiam. Bo fakt, że K. ma 34 lata i „może już nikogo nie spotkać” nie jest dla mnie argumentem, by wiązać się z człowiekiem, który ani do niej nie pasuje, ani nie jest obiektem jej choć letnich uczuć (i nigdy nie był!). A zastanawiam się tym intensywniej, że poprosiła mnie, bym była jej świadkową na ślubie. I mam z tym poważny problem. Bo dla mnie nie jest to czysto formalny gest. To obietnica, że będę jej (im) pomagać dbać o ten związek, że wierzę w niego. A ja nie wierzę.

Nie uszczęśliwię jej na siłę, wiem. Jest dorosła. Wie co robi. Ja tylko nie wiem, jak jej wyjaśnić, że nie chcę świadkować temu małżeństwu, bo czuję, że byłaby to z mojej strony hipokryzja. Nie chcę jej zranić, ale nie chcę też postąpić niezgodnie ze sobą. A z drugiej strony - może ona go pokocha z czasem? Może jestem niesprawiedliwa, oceniam ją i jej szczęście przez swój pryzmat? Ja wolałabym być sama, niż wychodzić za mąż z rozsądku, za kogoś, kogo jedynie lubię...

Ewa

Więcej o: