Dlaczego młode dziewczyny to takie flejtuchy?!

Kto robi największy syf i bałagan? Młode dziewczyny! Tak przynajmniej twierdzi oburzona Czytelniczka, która ma dość wszechobecnego syfu wokół.

Mam dość. Mówicie, że faceci robią syf? Nic podobnego! Nie znam większych syfiar niż młode dziewczyny. W tym całym równouprawnieniu coś poszło zdecydowanie nie tak. Przecież nie chodziło o to, żeby kobiety przestały całkowicie dbać o porządek w domu. Mówię o takich elementarnych sprawach jak czysty blat (pozdrowienia dla Pana Kamila), zamieciona podłoga, czysta umywalka, wyrzucone śmieci. Dlaczego to stanowi taki problem? Próbuję to analizować, rozkładać na czynniki pierwsze, szukać przyczyny.

Mieszkanie w syfie to coraz częściej domena młodych dziewczyn, znam za to sporo mężczyzn, facetów i chłopaków, którzy wręcz pedantycznie podchodzą do porządku w mieszkaniu.

Czy one tego nie widzą? Czy im to nie przeszkadza? Jak w piosence Elektrycznych Gitar - „przewróciło się, niech leży”? Kiedyś usłyszałam historię o magicznych skarpetach. Jak to chłopcy rzucają brudne skarpetki na dywan, a następnego dnia znajdują czyste w szufladzie. Tylko tak się składa, że ta historia coraz częściej dotyczy młodych dziewczyn, a za to znam sporo mężczyzn, facetów, chłopaków, którzy wręcz pedantycznie podchodzą do porządku w mieszkaniu. I podobnie jak wspomniane wcześniej dziewczyny mieszkają sami (w sensie bez partnerek) - na stancji, akademiku itp.

Dzielę mieszkanie ze współlokatorką. Dzięki sitku w umywalce codziennie dowiaduję się, co jadła na obiad. Przestrzeń wspólna jak kuchnia, łazienka, przedpokój są dla niej ziemią niczyją.

Sama dzielę mieszkanie (czy raczej segment w akademiku) ze współlokatorką. Nie wiem, czy to ma znaczenie, ale jest między nami jakieś 5 lat różnicy (ja mam prawie 30, ona prawie 25). I na przykład dzięki sitku w umywalce (kupionemu zresztą przeze mnie) codziennie dowiaduję się, co jadła na obiad. Jeżeli sprząta, to jak już nie widzi podłogi (w swoim pokoju!), przestrzeń wspólna jak kuchnia, łazienka, przedpokój są dla niej ziemią niczyją. Taką samą sytuację ma mój znajomy. Sam ma około 30 lat i dwie kilka lat młodsze współlokatorki, które z powodzeniem stosują metodę magicznych zużytych butelek, worków ze śmieciami, pustych słoików... Wszystko cierpliwie wyrzuca znajomy. Ostatnio nawet organizuje happeningi podczas których ostentacyjnie odkurza w ich obecności albo myje podłogę w kuchni. Jakaś refleksja? Propozycja pomocy? Skąd! Dla nich to układ idealny, one robią syf, a jego w końcu coś trafia i sprząta za nie.

Czy one żyją w przekonaniu, że teraz, skoro mamy już to równouprawnienie, sprzątanie to obowiązek mężczyzny?

Nie dają nic żadne harmonogramy, rozmowy, kłótnie. Nie dociera i już. I tak się ze znajomym zastanawiamy... Czy one były takie same w domach rodzinnych? Czy to znaczy, że wszystko robiła za nie mama? Albo żyją w przekonaniu, że teraz, skoro mamy już to wspomniane równouprawnienie, to obowiązek mężczyzny? I jakie będą w swoich domach, ze swoimi partnerami, rodzinami? Czy im to nie przeszkadza? Może Wy mi powiecie, o co tu chodzi?

Pozdrawiam!

Wkurzona feministka

Więcej o: