Wyznania zimnej suki, czyli moje prawo do szczęścia

Czy na nieszczęściu jednej kobiety można zbudować własne? I czy jednocześnie warto tkwić w związku, w którym tylko jedna strona kocha? List naszej Czytelniczki na te pytania nie odpowie, ale z pewnością skłoni Was do zadania kolejnych.

Mojego obecnego partnera poznałam w pubie przy piwie. Siedziałam ze znajomymi, rozmowa niby się kleiła, ale jednak każdy myślami był gdzieś indziej. W końcu był to wieczór przed walentynkami, a przy stoliku same single z niezbyt miłymi wspomnieniami ze wszelakich relacji damsko-męskich. Nagle do stolika podszedł rudy drwal w kraciastej koszuli. Usiadł, przywitał się, postawił na blat butelkę whisky, coś się zaczęło dziać. Alkohol rozwiązał nam wszystkim języki i zdecydowanie ośmielił. Były tańce na stołach, zdarte gardła od śpiewu, toasty za piękne panie i przystojnych panów. Pod koniec imprezy dowiedziałam się, że drwal jest ode mnie starszy. Dużo starszy, jakieś 13 lat. Noc się skończyła, wszyscy rozeszli się do domów. Miałam już więcej nie spotkać rudego brodacza, zresztą nie zależało mi na tym jakoś specjalnie.

Nagle do stolika podszedł rudy drwal w kraciastej koszuli. Usiadł, przywitał się, postawił na blat butelkę whisky, coś się zaczęło dziać.

W następny weekend w pubie znów go zobaczyłam. Tym razem było grzecznie, pełna kultura - "Cześć. Cześć, pamiętasz mnie? Owszem. Miło mi". Krótka wymiana zdań, trochę drętwa, bo przecież ta "brudzia" to była po pijaku, a to było dawno i nieprawda. Kolejny weekend i ta sama sytuacja, podobna gadka, jednak na swobodniejszym gruncie. "Kim jesteś? Czym się zajmujesz? Masz kogoś?". Wtedy dowiedziałam się, że ma córeczkę, 9-letnią. Od słowa do słowa wyszło, że ja mam siostrę, też ma 9 lat, tak samo mają na imię, nawet chodzą do tej samej szkoły. Wow, to nie mógł być przypadek. Mój poziom zainteresowania jego osobą niebezpiecznie podskoczył, chociaż, cholera - przecież powinien drastycznie opaść! Dorosły facet z dzieckiem i matką dziecka, o której wiedziałam tylko tyle, że istnieje. Tydzień później usłyszałam historię pod tytułem: "Rudy, dziecko + matka dziecka". Mieszkali razem tylko ze względu na małą, nie sypiali ze sobą, on już kilkakrotnie się wyprowadzał, ale jednak wracał, bo dziecko i co rodzina powie? Ale ma już tego dosyć. Nie ma siły udawać szczęśliwej rodziny, kończy z tym. Pocałował mnie tak szczerze, że zmiękły mi kolana. Sam pocałunek, nic więcej i powrót do domu. Jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy się spotykać. Przyjeżdżał po mnie, szliśmy na spacer, albo do kawiarni, a później buzi i "do widzenia" pod drzwiami.

Tydzień później usłyszałam historię pod tytułem "Rudy, dziecko + matka dziecka".

Któregoś razu miał do mnie przyjechać rano przed pracą. Poprzedniego wieczora napisałam mu SMS-a na dobranoc i wtedy zaczęło się piekło. Pół godziny później po SMS-ie odebrałam telefon - na wyświetlaczu był jego numer, jednak w słuchawce usłyszałam kobietę. "Kim jesteś i od jak dawna się spotykacie?". Dzwoniła pani X, matka córki mojego adoratora. Sama rozmowa była krótka, jednak dramatyczna. Półtorej minuty wrzasków "Ty kur**, jak możesz niszczyć moje życie?! Mamy córkę! Kochamy się! Rozwalasz naszą rodzinę, zdziro!". Drżącą dłonią się rozłączyłam i próbowałam zasnąć, ciężko było. Nad ranem dostałam SMS-a "Muszę ci wiele wytłumaczyć. Przepraszam". Cały dzień czekałam na to spotkanie, ale tylko po to aby powiedzieć, że ja się wypisuję z tego interesu. Nigdy nie chciałam nikomu niszczyć życia, a już na pewno nie dziecku, które było niczemu winne. Poszłam z Rudym na piwo, słuchałam jego monologu. Mówił, że nie przekazał mi prawdy takiej, jaka ona jest, że tego żałuje, ale że nie żałuje tego, że mnie poznał. Że zdążył się zaangażować i nie chce tego stracić, a z X i tak już wszystko skończone. Wyprowadzi się. Nie będzie udawał szczęśliwej głowy udanej rodziny. Słuchałam tego i miałam mętlik w głowie. Przecież będę miała na sumieniu prawidłowe rozwijanie się niewinnej dziewczynki, która kocha swoją mamusię i tatusia tak samo mocno. Powiedziałam, że muszę się przespać z tym wyznaniem, z tą sytuacją. Rudy tak jak powiedział, tak zrobił. Wyprowadził się, ograniczył kontakty z X do wymaganego minimum. Szukał kontaktu ze mną. A ja tylko się zastanawiałam - co teraz? Jak to rozegrać? Posłać go na drzewo, czy zaryzykować?

Słuchałam tego i miałam mętlik w głowie. Przecież będę miała na sumieniu prawidłowe rozwijanie się niewinnej dziewczynki, która kocha swoją mamusię i tatusia tak samo mocno.

Sama nie miałam szczęśliwego dzieciństwa. Moi rodzice rozstali się krótko po moim urodzeniu, później między nimi cały czas toczyła się wojna z moją osobą w tle. Sądy, alimenty, robienie sobie na złość poprzez utrudnianie kontaktów ze mną i to ciągłe pokazywanie, który z rodziców jest lepszy. Jak dla mnie oboje są siebie sami warci, nie warci mojej uwagi. Po tych wydarzeniach urodziło się we mnie przekonanie, że lepiej, aby dziecko żyło tylko z jednym rodzicem, niż było świadkiem nienawiści dwojga ludzi, których kocha nad życie. Tak samo myślałam wtedy, gdy zaryzykowałam i zdecydowałam się na związek z Rudym. Dziewczynka nie rozumiała wszystkiego, nadal nie rozumie, ale dlaczego ma się wychowywać w kłamstwie, że tatuś kocha mamusię i na odwrót. Z czasem będzie starsza i sama zobaczy, że to nieprawda. Cisza przy stole, osobne spędzanie czasu, kłótnie, płacz, trzaskanie drzwiami, owiani tajemnicą partnerzy rodziców, bo tatuś coraz rzadziej jest w domu wieczorami, a jak mamusia wraca z miasta to jakoś się tak dziwnie uśmiecha, nie tak jak wtedy, gdy patrzy na tatę. Miałam swoje wytłumaczenie - mnie za gówniarza było źle, ale jej wcale tak nie musi być. Przecież oboje rodzice ją kochają i nigdy nie przestaną, nie będą robili sobie pod górkę z podziałem obowiązków nad małą. Po prostu nie będą ze sobą mieszkali i tyle. Reszta się nie zmieni.

Dziewczynka nie rozumiała wszystkiego, nadal nie rozumie, ale dlaczego ma się wychowywać w kłamstwie, że tatuś kocha mamusię i na odwrót.

Koniec końców i tak wyszłam na zimną sukę, która rozbija rodziny i niszczy wszystko i wszystkich dookoła. Ale kuźwa, czy ja nie mam prawa do szczęścia? Tak normalnie, po ludzku. Kocham kogoś to z nim jestem. Owszem, mogłam sobie odpuścić, zagryźć zęby i poszukać takiego bezdzietnego, bez ogona. Wiem, patrzyłam na tę sytuację, aby mi było lepiej. Zauroczyłam się, więc będę z nim, choćby się paliło i waliło. Na początku zastanawiałam się, co będzie jak mi się to znudzi. Przecież złamię mu serce, a X raczej już go do siebie nie przyjmie. Wydawało mi się, że podjęłam decyzję zbyt pochopnie. Ale nie. Zaczęłam się naprawdę zakochiwać i zupełnie nie żałuję tego, że zgodziłam się na ten związek. Kocham i czuję się kochana. W końcu jestem szczęśliwa, a każdy ma do tego prawo. Nawet taka zimna i wyrachowana suka jak ja.

[Od Redakcji: List nagradzamy książką Karine Lambert "Dom bez mężczyzn". ]

"Dom bez mężczyzn"

Więcej o: