Wesele - najlepsza impreza dla singla [SARKAZM]

Czytelniczka dostała zaproszenie na wesele. Fantastycznie, prawda? Tymczasem ona opisuje swoje emocje następująco: Dziękuję, nie wybieram się. To była pierwsza myśl. Myśl numer dwa: Za jakie grzechy?!

Nie żebym nie była towarzyską osobą, ale śluby i co gorsza WESELE?? Nie! Ja nie chcę. Jedyny ślub, na który w tej chwili stawiłabym się z nieukrywaną przyjemnością to mój własny. Problem w tym, że nie mam chętnego. Nikt konkretny nawet nie przychodzi mi na myśl. No, może oprócz młodego Bruce'a Willisa, ale on już nie jest młody.

Wypisana na białym kartoniku wrześniowa data coraz bliżej, a ja:

1. Nie mam się w co ubrać

2. Szkoda mi pieniędzy na sukienkę

3. Nie mam pieniędzy na prezent (dobra mam, ale szkoda mi ich ruszać)

4. Nie mam osoby towarzyszącej!

5. Nie mam ochoty na wiejskie wesele (tak, to będzie wiejskie wesele).

Ratuuunku!

Może jakiś wyjazd, może jakiś koncert, może szpital (dobra, nie rozpędzajmy się). Może wydawać się, że moje problemy to nie problemy, no ale jednak. Jedna noc zaburzyła mój spokój wewnętrzny na całe lato. Jedna noc, na którą wydam nie wiadomo ile. Bo przecież musi być prezent albo przysłowiowa koperta, bo sukienka, buty i inne takie pierdoły. Fryzjer i kosmetyki. I jeszcze na poprawinach trzeba jakoś wyglądać (tak, na wsi są poprawiny, oczepiny, bimber i jest zapraszanie gości, których się nie lubi albo nie zna, bo przecież nie wypada nie zaprosić).

Lista zakupów: bielizna modelująca! Za to do jedzenia - NIC.

Jedynym krokiem jaki do tej pory wykonałam to ostra dieta, w końcu cała rodzina będzie, to też trzeba się dobrze zaprezentować. O właśnie! I trzeba jeszcze kupić jakieś porządne gacie wyszczuplające, najlepiej coś w stylu kombinezonu do nurkowania, żeby nic nie wyłaziło i nie zjeżdżały podczas przyjmowania pozycji siedzącej. Same problemy! Ale to nie jest najgorsze. Ten minus na koncie jakoś przełknę. Gorzej będzie z partnerem.

"Przecież na ostatnim ślubie byłaś sama, jak to będzie wyglądać"! - to akurat słyszę już od stycznia. I nikogo nie obchodzi, że ty NAPRAWDĘ chcesz iść sama. Bo nie chcesz umilać komuś wieczoru, nie chcesz mieć kuli u nogi, dziwnych humorów i nie chcesz bawić się z jedną osobą, tylko ze wszystkimi. I jak diabeł święconej wody, chcesz uniknąć krępujących domniemywań ze strony ledwo znanej ciotki Zdzisi, Krysi czy Stasi, które natarczywie wypytują - kiedy wasz ślub. Wasz, twój i twojej z przymusu zabranej osoby towarzyszącej. Poza tym ślub to bardzo dobra okazja, żeby się zdrowo nawalić (najlepiej wśród swoich). Wszak jest powód. Wszystkich po kolei dosięga ołtarz, a ty bidulko dobiegająca trzydziestki nawet nie masz nikogo w zasięgu, z kim chociaż chciałabyś się umówić na kawę. No oprócz na przymus zabranego partnera, którego gdzieś tam znalazłaś, albo po prostu wcisnął ci go brat, bo przecież nie wypada.

Proszę, tylko dbajcie o ten związek! Obecność na waszym ślubie sporo mnie kosztowała.

Najgorsze przede mną. Czas przejrzeć listę męskiej części znajomych na fejsbuku. Może się jakiś (zacny) kawaler nawinie. Żeby chociaż finał tej desperacji był godny moich nieprzespanych nocy i tego całego zachodu. Młodej parze sto lat i oby to był wasz ostatni ślub, bo na kolejnych się nie pojawię.

M

[Od Redakcji: List nagradzamy książką Jacqui Marson "Bycie miłym to przekleństwo".]

Bycie miłym to przekleństwoFoch poleca!

Więcej o: