Na czym opiera się prawdziwy związek według mężczyzny?

Recydywista romantyk. Ale mamy do niego słabość, bo z rzadko spotykaną delikatnością opisuje emocje. Tym razem przedstawia podwaliny bliskości, bez których miłość - nawet jeśli się zrodzi - to szybko zgaśnie. Nasz tajemniczy Czytelnik ukrywający się pod literą A (nie, nie szkarłatną).

Serdeczne dzięki wszystkim, którzy zabrali głos w dyskusji nad listem - 5 przykazań kobiety idealnej - według faceta. Dzięki za powagę i blagę, ironię i szczerość. Szczególne dzięki tym, którzy wykazali się ponadprzeciętną wrażliwością i poczuciem humoru. Zginiemy bez tych cnót! Pozostałym na wszelki wypadek wyjaśniam: konwencja „przykazań” czy forma „chłopiec” to znaki dystansu od śmiertelnej powagi, ironiczne mrugnięcia. Podobnie rozumiem intencje Redakcji, która opatrzyła tytuł listu określeniem „kobieta idealna”.:)

Niemniej temat jest bardzo serio i bardzo niepokojący, tym bardziej chciałem uchronić go przed zbędnym i szkodliwym patosem. Odrobina ironii i poczucia humoru nikomu nie szkodzi! A oto kilka zdań zupełnie na serio.

Wypowiadając się o kobietach, bazuję na doświadczeniach ze swojego życia. Piszę o kobietach, które znam osobiście.

Problem dotyczy zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Ponieważ jednak w aspekcie uczuciowym i związkowym jestem zainteresowany płcią przeciwną, wypowiadam się na temat kobiet. Co ważne - wyłącznie tych, które poznałem osobiście. Myślę, że to uczciwe podejście do sprawy, bo przecież pokusa uogólnienia czai się na każdym kroku.

Zaufanie. Kiedy wsiadamy do autobusu, ufamy, że kierowca jest trzeźwy i zawiezie nas bezpiecznie do celu. Ufamy, chociaż go nie znamy. Nie wiemy, czy miał dotąd jakieś wypadki, czy nie nadużywa alkoholu, czy jest odpowiedzialny.

Skoro tak, to ufam również kobiecie, z którą się dobrowolnie spotkałem. Nic jeszcze nie wiem o jej przeszłości. Być może kogoś skrzywdziła, być może sama jest pokrzywdzona. Ale powitalnie ufam. A potem, jeśli mamy ochotę kontynuować znajomość, jakoś „sprawdzam” to swoje wstępne „ufam”. W normalnym - odświętnym i powszednim - rytmie życia: na randce, co tydzień, na co dzień.

Konsekwentnie hodujemy w sobie lęk przed zaangażowaniem się. Chowamy się w schronach.

Co się dzieje, kiedy brakuje wstępnego zaufania? Dzieje się to, że jesteśmy dla siebie tylko załącznikami do osobistych urazów, zaszłości i rozmaitych żalów. Nie odsłonimy siebie, bo nie warto - przecież to parzy. Nawet, jeśli coś zaiskrzy - słyszymy w sobie to asekuranckie „lepiej nie ryzykuj”. Szczytem naszych możliwości bywa wtedy „ryzyko bezpieczne”: miła chwila, kilka ciepłych zdań, garść dobrej zabawy, owe „zapraszam, ale nie wyobrażaj sobie”, „dzisiaj jest fajnie, ale co będzie jutro”. I tak hodujemy w sobie nowy, jakże konsekwentny nawyk: strach przed zaangażowaniem.

„Chcę i staram się móc” zamiast „chcę i boję się”. Dwa słowa na „n” są bardzo często ze sobą mylone. Naturalność i naiwność. Naturalność to dla mnie „przyleganie do siebie”, a naiwność oznacza beztroskie „obnażanie siebie”. Człowiek naiwny pozbywa się w relacjach twórczego napięcia i niezbędnej dyskrecji. Człowiek naturalny nie „dubluje” ani nie „sprzedaje” siebie, tylko sobą w każdym calu po prostu jest. Podobnie szczerość nie jest odkrywaniem wszystkiego i zawsze, tylko konstruktywną przejrzystością. W sobie i wobec innych.

Doświadczenie i obserwacja prowadzą mnie do wniosku, że zbyt często - z obawy przed przejrzystością i konsekwencjami zaangażowania - budujemy schrony: kpinę z nieznośnej konwencji, zblazowany teatrzyk gestów, słów i min, sarkazm w miejsce ironii, nerwowy śmiech, kompulsywny sceptycyzm. Ale w prostych sytuacjach te barwy ochronne po prostu nas zdradzają. Wirtualnie możemy wszystko, a w cztery oczy nagle tak jakby niewiele. Pewna dziewczyna napisała mi wprost: przepraszam, boję się przeskoku do realu, zostaję tutaj, nie obraź się. To przynajmniej uczciwe postawienie sprawy. Ale problem pozostaje. Mamy te dwa komunikacyjne światy do dyspozycji, ale nie spinamy dwóch brzegów, tylko budujemy wysokie mury. Jest w tym - przyznajmy - jakiś neurotyzm.

Jednorazowe przygody mają urok niedzielnej zabawy na symulatorze, kiedy marzy się licencja pilota.

Nie chodzi o listy wzajemnych wymagań. Każda relacja to żywioł. Chodzi o fundamenty, bez których można najwyżej rzeźbić w powietrzu. Budowle mogą być rozmaite, ale na czymś muszą się wspierać. Ewentualna euforia nie trwa jak wiemy bez końca, a jednorazowe przygody mają urok niedzielnej zabawy na symulatorze, kiedy marzy się o licencji pilota. Bywa miło, ale lepiej poszukać porządnej szkoły.

Na koniec, specjalnie dla wszystkich rozczarowanych brakiem „chłopca”, „przykazań” czy „kobiety idealnej”, uroczy cytat z literatury polskiej (brawo dla tych, którzy wytropili w niżej podpisanym filologa!). Tak, z taką dziewczyną można iść przed siebie!

Chciałem ją objąć, ale odepchnęła mnie i powiedziała ze złością:

- Nie bądź taki zdobywczy samiec. Przypominasz Curda Jurgensa w filmie "Szatan w jedwabiach". Chodźmy stąd.

No to chodźmy.

A.

[Od Redakcji: Autorom nadesłanych do redakcji i opublikowanych przez nas listów rewanżujemy się drobnym upominkiem.  Tym razem jest to książka "Gdyby burmistrzowie rządzili światem"  Benjamina R. Barbera. Życzymy miłej lektury.]

Foch.pl poleca!Foch.pl poleca!


Więcej o: