"Podczas tygodniowego ciągu możesz stracić dorobek 30 lat życia" - alkoholizm kobiet. Bez pudru [LIST]

"Dlaczego żadna z alkoholiczek nie powie, jak to wszystko wygląda? Skoro miały w sobie odwagę, by się przyznać do nałogu, dlaczego robią to po macoszemu?"

Ostatnio wiele się mówi w mediach o alkoholizmie wśród kobiet. Rozpoznawalne twarze dokonują coming outu i chętnie dzielą się swoimi doświadczeniami. Cieszy mnie to, bo do tej pory w przeświadczeniu społeczeństwa polskiego panował stereotyp matki Polki, która co najwyżej mogła być ofiarą męża alkoholika. Niestety, prawda jest bardziej brutalna. Kobiety piją. Zjawisko to istniało zawsze, aczkolwiek było skrzętnie ukrywane. Odnoszę jednak takie wrażenie, że wypowiedzi alkoholiczek są stonowane, wyważone i nie do końca mówiące o gównie, jakim jest alkoholizm.

To, jak kobiety opowiadają o swoim nałogu, nie oddaje pełnego upodlenia, jakie alkoholizmowi towarzyszy.

Wiadomo, na ten temat napisano milion książek i każdy może z nich zaczerpnąć wiedzy, jednak zupełnie inaczej jest wysłuchać prawdziwej historii kogoś dotkniętego tym przekleństwem. Na moich ustach pojawia się lekki uśmiech, gdy czytam zwierzenia typu: „Podbierałam dzieciom pieniądze ze skarbonki" lub „Nad ranem budziłam się bez szkła kontaktowego”. To jest jedynie wierzchołek góry lodowej. Dlaczego nie napiszą, że podczas tygodniowego ciągu tracisz wszystko, co zbudowałeś przez pół roku niepicia? Na wszystkich płaszczyznach.

Byłam na terapii, ale powróciła tęsknota za alkoholem. Była silniejsza ode mnie.

Mam 30 lat. Jestem wykształcona. Podobno jestem atrakcyjna, inteligentna, elegancka, zadbana i dowcipna. Robię dobre wrażenie. Na ulicy nikt by nie poznał, że piję. Od kilku lat walczę z tym okropnym demonem - wódą. Chociaż nie powinnam walczyć, bo z tym nie wygram. Powinnam uznać swoją bezsilność wobec alkoholu i zejść z ringu. Tak też zrobiłam kilka miesięcy temu. Pojechałam na terapię. Na 6 tygodni. Po wyjściu ze szpitala przez kilka miesięcy miałam cudowne, piękne, trzeźwe życie. Raptem iskra, problem nie do pokonania, koniec świata i myśl: Kupię dwa piwa, wypiję i jutro pójdę normalnie do pracy.

Nie dało się wypić dwóch piw. Róża pustyni, która przez tyle miesięcy była uśpiona, pięknie rozkwitła podlana kroplami, a później rzeką piwa. Chciała więcej. I tak przez 12 dni.

Od rana do wieczora. Nie ma już pracy, nie ma żadnych obowiązków, liczy się jedynie chlanie. Jestem nieumalowana, nieumyta, śmierdzę. Zakładam jedynie ciemne okulary, by nikt mi w oczy nie spojrzał i z rozkołtunionym łbem lecę po kolejne piwa. Nic innego mnie nie interesuje. Nie jem praktycznie nic. Do tego papieros za papierosem. Ręce mi drżą.

Może piwo mi pomoże. I znowu kolejny dzień chlania. Po wypielęgnowanych paznokciach nie ma ani śladu.

W nocy szczę na dywan, a później w spodnie. Śpię na zaszczanym łóżku. Nie kontroluję już siebie. Rano nawet nie zmieniam ubrania, tylko pędzę po piwa, bo mam wrażenie, że jeśli się nie napiję, to zdechnę. Chcę coś nawet zjeść, ale jestem tak zatruta, że nie mogę wziąć niczego do ust. Może piwo mi pomoże. I znowu kolejny dzień chlania. Po wypielęgnowanych paznokciach nie ma ani śladu. Mam wygryzione pałki zamiast nich. Chcę się wykąpać, ale boję się wody. Z wielkim trudem myję włosy. Przypadkowo odwiedza mnie rodzina. Patrzą tak, jakby zobaczyli ducha. Nie wierzą, że to ja. Są w szoku. Wychodzą.

Dziecko wysłałam do babci. Nie widzi mojego stanu. Zostaje tam 2 tygodnie, dopóki mama nie wyzdrowieje. Chcę już wyjść z ciągu. Nie dotykam alkoholu. Tragedia, marzę tylko o tym, ale wiem, że jak się napiję choć trochę, to będę piła dalej. Strasznie cierpię. Fizycznie i psychicznie.

Zaczynam trzeźwieć po 5 dniach. Znów wyglądam ładnie.

Nie wychodzę z domu przez 3 dni. Zaczynam pomału jeść. Nie mogę spać, mam straszne koszmary, poty, tragiczne lęki, drżenia ciała. Leżę pod kołdrą i trzema kocami. Tak mi jest zimno, a na zewnątrz środek lata. Nikomu nie otwieram, nie odbieram telefonów. Poczucie winy, wyrzuty sumienia i wściekłość na siebie mnie dobijają. Znowu wszystko spierdoliłam, znów wszystko straciłam, po raz setny trzeba zaczynać od nowa.

Dochodzę do siebie w pełni po pięciu dniach. Znów ładnie wyglądam. Odbieram dziecko z przedszkola, gotuję obiad, a w międzyczasie staram się ratować to, co jest jeszcze do uratowania. Mało tego zostało, więc zaczynam od nowa.

Psycholog mi mówi, że to mogła być wpadka terapeutyczna. Że po leczeniu na terapii, gdzie zdobyłam ogromną wiedzę na temat choroby, musiałam to sprawdzić, czy naprawdę nie ma powrotu do kontrolowanego picia. Otóż teraz wiem, że NIE MA. Podobno im bardziej bolesne takie zapicie, tym lepiej. Podobno ludzie leczą się na dwa razy: na rozum i na serce. Najpierw zdobywają wiedzę, później się przekonują, jak wygląda zapicie po leczeniu. Ja już to wiem i naprawdę nie chcę pić.

Tak mniej więcej wygląda picie, choć to jedynie jedna milionowa tego, co przeszłam. A wracając do znanych osób, ufam jedynie Stanisławie Celińskiej. Śpiewa do syna: „Przepraszam synku, nie mogłam wtedy inaczej”. Ja też wtedy nie mogłam inaczej. Wtedy chciałam jedynie pić, a dziecko czekało na mnie u babci. Tego nie potrafię sobie wybaczyć.

Anna

[Od Redakcji: Autorom nadesłanych do redakcji i opublikowanych przez nas listów rewanżujemy się drobnym upominkiem. Tym razem jest to książka "Bycie miłym to przekleństwo" Jacqui Marson. Życzymy miłej lektury.]

Bycie miłym to przekleństwoFoch poleca!

Więcej o: