"Wsadźcie sobie gdzieś te wasze ściemy o wskazaniach do cesarki i trudnych dzieciach. Fajne dzieci nie biorą się znikąd!" [List wkurzonej mamy]

Fascynuje mnie rodzicielstwo bliskości. Wkładam dużo miłości w wychowywanie córki i zauważam przykrą prawidłowość: jeśli dziecko zachowuje się w niepożądany społecznie sposób to jest wina matki. Jeśli za to jest radosne, większość zawistnie cedzi: "trafiło się ślepej kurze ziarno".

Zainspirowana tym oto tekstem: "Fajne dzieci nie robią się same", postanowiłam napisać, jak czuję się jako mama „fajnego” niemowlaka. Będzie to wpis pełen emocji i przekleństw. Mnóstwo napotkanych ludzi nie może się nadziwić: „O jaka ona pogodna!”, „Jak to, nie płacze ci w nocy?”, „Ale masz spokojną tę córeczkę”, „Karmisz wyłącznie piersią? I nie musisz dokarmiać butelką?”, „Masz pokarm?”, „Radzisz sobie bez smoczka?”, „Ta mała to chyba w ogóle nie płacze?”, „Ale ci się trafiło, złoto nie dziecko!”. A ja zawsze potulnie kulę główkę i mamroczę: „A no tak, mieliśmy dużo szczęścia, bo przecież dzieci są różne, a my wygraliśmy dobry los na loterii”.

Są zdziwieni, że nie narzekam na poród, więc wymyślam na poczekaniu różne historie. Wiem, że woleliby marudzenie.

Do tego zwykle dochodzi: „Coooo??? Dobrze wspominasz poród? Było f a j n i e ? Szczęściara z ciebie!”. I ja natychmiast zaczynam się tłumaczyć: „A no wiesz, w tym szpitalu co rodziłam to było dostępne znieczulenie zewnątrzoponowe i dobre warunki lokalowe, więc naprawdę nie mam na co narzekać”.

To tylko część książek, które przeczytałam podczas ciąży (fot. archiwum prywatne)To tylko część książek, które przeczytałam podczas ciąży (fot. archiwum prywatne)

I wiecie co? Już mam tego dość. Nic mi się nie trafiło. Nie wygrałam na żadnej jeba*** loterii z płodami. To się nie dzieje samo z siebie! W ciąży przeczytałam około 30 książek o porodzie, laktacji i wychowywaniu dzieci (kolekcja w załączeniu, a to nie wszystkie, bo część już pożyczyłam innym ciężarnym). I to nie było tak, że sobie siedziałam w domu na płatnym 100% L4 i leniwie czytałam popijając herbatkę. Chodziłam do pracy. Do końca 8 miesiąca. I to nie, że w biurze przed komputerem. Do takiej pracy pełnej emocji, awantur i łez. Do cytostatyków unoszących się w powietrzu. Do niezliczonych ludzkich tragedii. Od ciężarnej, której w 7 miesiącu ciąży nasi chirurdzy zrobili mastektomię z powodu raka sutka, do 40-latka, który zaraz po moim porodzie osierocił swoje dzieci.

Pracowałam w ciąży nawet w weekendy, choć zarabiam ledwie 2500 na rękę.

To nie jest taka praca, że o 15 wychodzisz i finito. O, co to, to nie. Codziennie musisz doczytywać grube księgi i artykuły medyczne. Ślęczysz przed kompem i ogarniasz nowe zalecenia towarzystwa naukowego i naprawdę nikt ci za to nie płaci. A czasem przychodzisz do pracy w weekend, żeby wypisać tych biednych ludzi do domu. Wiecie, że są oddziały, gdzie nie ma wypisów w sobotę i niedzielę? Bo to dni wolne od pracy. A my przychodzimy, bo wiemy jakie to ważne, żeby dać ludziom odetchnąć. Robimy to za darmo. Nie żartuję. Nie mam weekendów w umowie o pracę. Zarabiam niecałe 2500 na rękę. Żywię się powołaniem, a do pracy jeżdżę etyką. Bardzo wygodna.

A co jak urodzi się chora? A co, jeśli jednak zrobią cesarkę? Co jak nas rozdzielą po porodzie?

W weekendy robiłam też studia podyplomowe. Nie, nie zapłacił mi za nie pracodawca. Zajęcia trwały wiele godzin, były obowiązkowe lektury i prace zaliczeniowe. W każdym razie praca i nauka nie przeszkodziły mi w przeczytaniu mnóstwa książek o macierzyństwie, noworodkach i rodzinie. Nie przeszkodziła w niezliczonych dyskusjach z mężem, w rozważaniach jak to będzie i jak się czujemy z nową sytuacją. Ani w opracowywaniu miliarda scenariuszy (ze świadomością, że na niektóre sytuacje i tak nie da się w pełni przygotować). A co jak będzie wcześniakiem? A co jak urodzi się chora? A co, jeśli jednak zrobią cesarkę? Co jak nas rozdzielą po porodzie? Co jeśli będę mieć problem z laktacją? A jeśli urodzi się chłopcem? Co jeśli nie zdążymy do szpitala? Co jeśli umrę na wstrząs hipowolemiczny po porodzie? Jak szczepimy? Jak karmimy? Czego będziemy najbardziej potrzebować w połogu? Jak przeorganizować codzienność w pierwszych tygodniach po porodzie? Co będzie dla nas najważniejsze?

Regularnie ćwiczyłam, aby nie przytyć w ciąży 20 kg.

Zbudowaliśmy potężną grupę wsparcia, gromadziliśmy adresy, telefony, uprzedzaliśmy najbliższych o naszych potrzebach i o tym, że wszystko może się dynamicznie zmieniać. Dwa razy w tygodniu chodziłam na basen. Tak! Chodziłam! Bo jestem takim bogatym konowałem, że mnie nawet nie stać na własny samochód. Więc czy śnieg, czy deszcz, błoto, czy plucha szłam w ogromnym płaszczu 20 minut piechotą na aqua-aerobik. Robiłam to, żeby nie przytyć w ciąży 25 kg, poza tym córeczka bardzo lubiła wodę i kopała radośnie, gdy tylko weszłam do basenu. Czasem bardzo mi się nie chciało iść. Naprawdę.

W 8 miesiącu miewałam ataki kolki nerkowej, zdiagnozowano wodonercze III stopnia.

Mało tego! Zapierdalałam (tego się nie da inaczej nazwać) dwa razy w tygodniu na szkołę rodzenia na drugi koniec miasta. Najpierw autobusem X do centrum - 30 minut udręki w korkach (a jeśli myślicie, że ludzie chętnie ustępują ciężarnym miejsca w komunikacji miejskiej, to się grubo mylicie), potem spacerkiem 10 minut pod kościół i drugim autobusem 45 minut do szpitala. Pod koniec ciąży musiałam jechać wcześniejszym autobusem, żeby zdążyć jeszcze zrobić siku w galerii handlowej, bo mój pęcherz nie mógł wytrzymać 90 minut bez odwiedzenia toalety. W 8 miesiącu miewałam ataki kolki nerkowej, zdiagnozowano wodonercze III stopnia. Musiałam pić bardzoooo dużo wody. Wiecie, na to naprawdę przeważnie wystarczy nospa i apap. Nie trzeba się zaraz kłaść na patologię ciąży.

Byłam jedyną pracująca ciężarną w szkole rodzenia. I opuściłam najmniej zajęć. Dziewczyny odpadały pod koniec, bo już nie miały siły. Też nie miałam. Ale byłam ciekawa wszystkiego. Spijałam każde słowo z ust położnych, ginekologów, fizjoterapeutów. Robiłam notatki (nie tak obszerne jak mój mąż, ale jednak). W pracy mówili: „A po co ty tam chodzisz, jesteś lekarzem, to przecież widziałaś porody i wszystko już wiesz”. Chciałam wiedzieć więcej. Chciałam zobaczyć pomieszczenie, w którym urodzę. Porozmawiać z anestezjologiem, poznać położne, wiedzieć gdzie jest automat z batonikami.

Rodziłam ponad 40 godzin. Na pewnym etapie dostałam znieczulenie, które zahamowało akcję porodową na 7 godzin.

Miałam piękny poród i pięknie się do niego przygotowałam! „Jesteś lekarzem to na pewno cię lepiej traktowali”, „Miałaś znieczulenie, to nie wiesz co to ból” - nie odpuszczają uprzejmi. A weźcie się wszyscy wypchajcie. Rodziłam ponad 40 godzin. Na pewnym etapie dostałam znieczulenie i wiecie co? Zahamowało akcję porodową na 7 godzin. Nie prosiłam o kolejne dawki. Rodziłam w bólach, wrzeszcząc. Miałam łyżeczkowanie macicy i nacięcie krocza, które potem kiepsko się goiło. Przez 10 godzin po porodzie nie mogłam stanąć na nogi. Zemdlałam pierwszy raz w życiu.

Tak bardzo chciałam zajmować się córeczką od samego początku, błagałam położne, żeby pomogły mi wstać, a one dzielnie przychodziły w nocy i próbowały mnie pionizować. Udało się dopiero rano. Chwiejnym krokiem poszłam po moją córkę i już nigdy nie wypuściłam jej z rąk. „Niech sobie pani z mężem spokojnie pójdzie do bufetu, tu jest taki pokoik, można dziecko na chwilę zostawić pod opieką pielęgniarek” - radziły inne pacjentki i ochoczo wychodziły z oddziału pogadać przez telefon albo zjeść schabowego, niektóre zajarać papieroska. Przez 5 dni nie opuściłam sali szpitalnej. Żywiłam się oddziałową mortadelą oraz owocami i cukierkami dostarczanymi przez moje troskliwe siostry.

Karmiłam chodząc, bo nie mogłam siedzieć (kto miał nacięcie, ten wie). Lekarz dziwił się, że nie potrzebuję leków przeciwbólowych. Ból brodawek i kurczącej się macicy był cudowną oznaką sprawności mojego organizmu. Cieszyło mnie to. Przez łzy. Nie mogłam napatrzeć się na swoją córeczkę. Śpiewałam, tuliłam, opowiadałam bajki. Czytałam jej na głos „Annę Kareninę”. Brałam do swojego łóżka, bo nie mogłam patrzeć jak leży sama, zawinięta w te dziwne szpitalne bety w plastikowej „kuwecie” na kółkach. Opowiadałam jej o świecie za oknem i marzyłam, żeby w końcu być w domu. Opóźnienie wypisu o dwie doby doprowadziło mnie do histerii. Gdy poziom bilirubiny zaczął spadać wypisano nas ze szpitala.

Nosiliśmy młodą całymi dniami, tańczyliśmy z nią i rozmawialiśmy. Spała w naszym łóżku, przytulona, bo inaczej bardzo płakała.

Przez 6 tygodni mój mąż nie pracował. Uczyliśmy się życia na nowo. Poszliśmy na warsztaty wiązania dziecka w chuście, pokazaliśmy małej całe miasto, włącznie z wieżą katedry (wchodzenie po schodach po porodzie - kto miał nacięcie ten wie...). Nosiliśmy młodą całymi dniami, tańczyliśmy z nią i rozmawialiśmy. Spała w naszym łóżku, przytulona, bo inaczej bardzo płakała (ktoś inny ten płacz nazwałby kolką). Jadła czasami co godzinę (ktoś powiedziałby, że się nie najada). Długi czas była żółta jak cytryna (ktoś dałby łatkę „dziecka z problemami zdrowotnymi”). Wrzeszczała podczas kąpieli w wanience, więc mąż brał ją ze sobą do dużej wanny (w połogu długa kąpiel jest zakazana, więc to tato musiał się wykazać). Czasem chciała przez cały dzień być na rękach. I wiecie co? Nosiliśmy ją. I nosimy nadal, choć czasem plecy odmawiają posłuszeństwa.

Nigdy nie lubiła wózka. Dla nas to nie był problem. Jesteśmy elastyczni. Motaliśmy ją w chustę, wkładaliśmy do nosidła, a gdy zrobiło się zimno zainwestowaliśmy w dwuosobową kurtkę. „Rozbestwiliście ją, tylko nosicie i nosicie” mówią stare ciotki. A kij wam w oko. Nie wstydzę się tego, że jestem otwarta na potrzeby mojego dziecka. Naprawdę nie rozumiem, o co wam chodzi. Zazdrościcie niemowlęciu, bo was nikt tak nie nosił?

„Jak będziesz musiała nosić dwulatka to pogadamy”. Sorry, nie mamy o czym. Czy ja wam każę nosić moje dziecko? A może nagle tak bardzo leży wam na sercu stan mojego kręgosłupa? Jeśli będzie trzeba zaniosę moją córkę nawet na studniówkę. Prawie codziennie wychodzę z nią na długi spacer. Jak pada deszcz to zakładam kalosze, a jak wieje wiatr to windstoper. Spacery bywają długie, czasem po 3 godziny. Jak się niecierpliwi w chuście lub wózku to ją wyciągam. Kładę na trawniku na kocyku i karimacie izolacyjnej, żeby mogła dotknąć liści i patyków. Wyciągam tę malutką łapkę spod kombinezonów i sweterków i pozwalam jej poznać fakturę kory drzew. Opowiadam o ptakach i wiewiórkach. Noszę w torbie od wózka lornetkę i atlas ptaków. Planuję zakup lupy, by oglądać owady. Mam tam też grzechotki, pieluszki, mokre chusteczki i wszystkie inne, niezbędne, mamowe akcesoria.

Nasza córka nie akceptuje samochodu. Nie wiem dlaczego, ale wiem, że ma do tego prawo.

Tarabanię się tramwajami, żeby pokazać małej Rynek i spotykać ludzi. Jak muszę załatwić sprawy urzędowe - biorę ją ze sobą. Nie wyobrażam sobie, by zostawić ją na weekend z dziadkami i iść na imprezę. Nie chcę od niej odpoczywać. Jeździ za mną pociągiem, taksówką, autobusem, tramwajem. Chodzi do kina i filharmonii. I nie gadajcie, że nie każdy ma na to pieniądze, bo bilety są po 10-15 zł dla rodzica, a dla dziecka do 4 roku życia za darmo. Ludzie wydają na wózki po 2500zł. Zakupy z nią kończą się karmieniem piersią w ciasnej przebieralni z założoną jedną nogawką nowych spodni. Spacery - karmieniem pod drzewem. Rodzinne imprezy - noszeniem wokół stołu. Była z nami dwa razy w Warszawie. Raz pojechaliśmy autem i wracaliśmy ponad 8 godzin, bo bardzo płakała w foteliku, więc co chwila robiliśmy postoje. Tuliliśmy ją nocą na poboczach dróg krajowych. Było zimno. I chujowo. Przechujowo nawet. Następnym razem wybraliśmy więc pociąg. Widać na tym etapie nasza córka nie akceptuje samochodu. Może się boi, może jej się nudzi w foteliku? Nie wiem. Ale wiem, że ma do tego prawo.

Nie wiem jak wyglądałoby moje macierzyństwo gdybym oczekiwała, że dziecko będzie przesypiać noce w swoim łóżeczku, że będzie z uśmiechem podróżować samochodem do Chorwacji, że będzie sama zasypiać, jeść co 4 godziny i chętnie jeździć wózkiem na spacer z babcią. Jest inaczej, a ja jestem na to otwarta.

I wsadźcie sobie w dupę wasze ściemy o trudnych dzieciach, płaskich brodawkach, braku pokarmu, niekończących się kolkach, wrzaskach nocnych, restrykcyjnej diecie laktacyjnej, skazach białkowych, wykańczaniu rodziców, cesarkach ze wskazań ortopedycznych, okulistycznych („pacjentka NIE WIDZI szans na poród siłami natury”) i psychicznych . Nie kupuję tego. Możecie mnie hejtować, wykpić, przestać się odzywać, whatever. Ja i tak dobrze wiem, dlaczego mam fajne dziecko!

Wkurzona mama niemowlaka

[Od Redakcji: Autorom nadesłanych do redakcji i opublikowanych przez nas listów rewanżujemy się drobnym upominkiem. Tym razem jest to książka "Podwójne życie Pat" Jo Walton. Życzymy miłej lektury.]

Podwójne życie Pat (Świat Książki)Podwójne życie Pat (Świat Książki)

Więcej o:
Skomentuj:
"Wsadźcie sobie gdzieś te wasze ściemy o wskazaniach do cesarki i trudnych dzieciach. Fajne dzieci nie biorą się znikąd!" [List wkurzonej mamy]
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX