"Jesteś na prostej drodze do wychowania egoistycznej księżniczki!" - ostre zarzuty wobec rodzicielstwa bliskości [STARCIE MATEK]

Po liście Czytelniczki, która wychowuje swoją córkę zgodnie z filozofią rodzicielstwa bliskości do redakcji napłynęły listy niekonieczne tę metodę pochwalające. Dlaczego? Poznajcie spojrzenie mamy 7-letniego synka.

Szkoda, że przeczytałam list wkurzonej matki o tym, że fajne dzieci nie biorą się znikąd, zbyt późno. Szkoda, bo przecież mogłabym spędzić święto narodowe (11 listopada) na bieganiu wzdłuż mapy pomników, a potem zaliczyć małą rundkę w jakiejś operze. A ja głupia, spędziłam ponad godzinę na malowaniu z 7-latkiem farbami. Zamalowane były kartki, rykoszetem dostało się też podłodze, nawzajem malowaliśmy sobie twarze i oboje byliśmy później do gruntownego prania. A ile śmiechu było! Ale pewnie w operze byłoby lepiej.

Moje dziecko było dla mnie niespecjalnie mile widzianą niespodzianką. Ot, typowa wpadka.

Szanowna wkurzona mamo, nie będę się nad tobą znęcać, bo już dostatecznie oberwało ci się w komentarzach. Podejrzewam, że jesteś jeszcze pełna hormonów i wydaje ci się, że jesteś najlepsza na świecie, najbardziej bohaterska, dokonujesz nie wiadomo jakich czynów. I masz trochę racji. Posiadanie dziecka, zwłaszcza małego, to ciężka, czasami potwornie ciężka praca, której większość mam nie zamieniłoby na żadną inną. Moje dziecko było dla mnie niespecjalnie mile widzianą niespodzianką. Ot, typowa wpadka. Pracowałam na umowach śmieciowych, więc chciałam pracować jak najwięcej. Dziecko urodziłam w niedzielę, ostatni raz byłam w pracy w środę. Pewnie poszłabym do końca tygodnia, gdyby nie to, że miałam umówione ktg. Gdybym dzisiaj była w podobnej sytuacji, ostatni miesiąc spędziłabym w domu, skupiając się na sobie, chodząc na spacery i czytając dobre książki. Nie te o porodzie czy ciąży, ale powieści kryminalne, a nawet romanse. Bo dzisiaj wiem już, że nic nie jest w stanie przygotować cię na rewolucję, jaką wnosi mały człowiek. Nie chodziłam na basen. Jeździłam samochodem. Przytyłam 14 kg. I zrzuciłam.

Młody został na oddziale noworodków, a ja wyspałam się, starając się dojść do siebie. Kiedy przyjechaliśmy do domu wszystko było inaczej.

Ach, i miałam cesarkę! Niezaplanowaną, bo po drodze wyszło, że Młodemu niebezpiecznie spada ciśnienie, na skutek walenia głową w przodującą pępowinę. Było jak na filmie, z lekarzami pchającymi mnie pospiesznie na salę porodową i anestezjologiem, który wbijał mi się nieprzyjemnie w kręgosłup. Wierz mi, wolałabym - nawet w bólu - rodzić normalnie, z mężem, który do dzisiaj żałuje, że wszystko go ominęło. I powiem ci jeszcze jedno. Następne 12 godzin leżałam na sali pooperacyjnej półprzytomna po lekach. Obowiązkowe pionizowanie wypadło w środku nocy, gdzie za pomocą cudownej pielęgniarki trzymałam się ścian, żeby nie upaść w drodze pod prysznic. Dziecko zobaczyłam dopiero następnego dnia i wypuściłam z rąk, ufając, że panie pielęgniarki dobrze się nim zajmą. Młody został na oddziale noworodków, a ja wyspałam się, starając się dojść do siebie. Kiedy przyjechaliśmy do domu wszystko było inaczej. Nikt nie umie się wyspać, kiedy co kilka godzin trzeba wstawać. Też wydawało mi się, że powinnam robić wszystko sama. Teraz już wiem, że korona nie spadłaby mi z głowy, gdybym pozwoliła mojej mamie więcej mi. Mogła przez kilka godzin zająć się Młodym, a ja wyspałabym się i miała więcej sił na wstawanie w nocy. Bo wiesz co, to nie wstyd przyjmować pomoc, zwłaszcza od najbliższych.

Kocham swoje dziecko nad życie i dałabym się pokroić za niego na maleńkie kawałeczki, ale czasami mam serdecznie go dosyć i potrzebuję czasu dla siebie.

I o co ci chodzi z tym kroczem? To jakaś fascynacja, paranoja, podkreślenie mylnie pojętego heroizmu? Nigdy w życiu nie przyszło mi do głowy, żeby podkreślać, jak to biegałam po parkach ze szwami wiszącymi z brzucha. Ach, nie wchodziłam też na żadną wieżę, bo po jasny gwint? Przenigdy w życiu nie czytałabym Młodemu "Anny Kareniny", bo sama zanudziłabym się na śmierć. Dla wyjaśnienia: jestem filologiem z zawodu, przeczytałam większość klasyków i wiem, że niektóre są po prostu nie do zniesienia. Chyba jestem wyrodna, bo w ramach zabawy waliliśmy drewnianymi łyżkami w garnki, przerzucaliśmy (i dalej to robimy) się pianą w kąpieli, bazgroliliśmy po kolorowankach, lepiliśmy babki w piasku. I chociaż kocham swoje dziecko nad życie i dałabym się pokroić za niego na maleńkie kawałeczki, czasami mam serdecznie go dosyć i potrzebuję czasu dla siebie. Może nie chodzę już na całonocne imprezy, ale z przyjemnością wychodzę do kina, zostawiając dziecko (od maleńkiego) w dobrych rękach dziadków lub cioci. I nie mam z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia! Młody ciotkę kocha, dziadka uwielbia, wraca wybawiony i szczęśliwy. Ja jestem zregenerowana i szczęśliwsza. I muszę takie przerwy robić, tak samo jak ty będziesz musiała nauczyć się rozstawać ze swoją córką, chyba że planujesz warować pod przedszkolem czy siedzieć pod szkolną ławką. Mam wrażenie, że będziesz jedną z tych matek, które będą pytać się przedszkolanek (prawdziwa historia, słowo), ile cukru jest w cukrze na kanapkach i dlaczego do przedszkola przyjechał strażak (jeden z ojców) w mundurze, a mógłby przecież ekonomista czy prawnik.

Jesteś na prostej drodze do wychowania rozpieszczonej, egoistycznej księżniczki, która wyrośnie myśląc, że nie musi na nic pracować i do niczego się dostosowywać.

I jeszcze jedno. Piszesz o tym, że dziecku pozwalasz na wszystko. Nie chce jeździć autem, nie musi. Lubi to, a nie tamto, jej decyzja. Moje gratulacje. Jesteś na prostej drodze do wychowania rozpieszczonej, egoistycznej księżniczki, która wyrośnie myśląc, że nie musi na nic pracować i do niczego się dostosowywać. Wyznaczanie dziecku zasad nie świadczy o złym, ale o świadomym rodzicielstwie. Niestety, dzieci nie mogą wyznaczać trybu życia rodzicom. Bo po prostu nie mają do tego możliwości. I chociaż chętnie czasami zwaliłabym na Młodego pewne rzeczy, wiem, że to ja muszę nauczyć go co może, ale też czego nie może. To moja praca, najlepsza, najpiękniejsza, ale i cholernie ciężka. Nie zamieniłabym jej na żadną inną.

Marta

[Od Redakcji: Autorom nadesłanych do redakcji i opublikowanych przez nas listów rewanżujemy się drobnym upominkiem. Tym razem jest to książka "Czysty obłęd" Marka Lamprella. Życzymy miłej lektury.]

Foch - patronat

Więcej o: