"Dlaczego głosowałem na PiS?" [LIST]

"Oddałem swój głos na PiS w pełni świadomie. Zmiana rządu u steru pozwala mieć nadzieję, że coś się zmieni. Jedyne czego pragnę to móc utrzymać się za swoją wypłatę" - poznajcie argumenty naszego Czytelnika.

Nigdy nie sądziłem, że napiszę list do gazety. Nigdy nie myślałem, że będzie to gazeta internetowa. W najbardziej absurdalnych snach nie śniłem o tym, że będę pisać do redakcji Focha. I to jeszcze pod tak przewrotnym tytułem. Pomijając już fakt, że i tak pewnie go nie opublikujecie, to sam fakt, że go napiszę i znajdę w sobie na tyle odwagi, by kliknąć na przycisk, który go do was wyśle, będzie mieć jakiś walor autoterapeutyczny. Albo i nie.

Zmiana u steru władzy daje jakąś nadzieję, że będzie inaczej.

Na pytanie postawione w temacie listu można odpowiedzieć krótko: Dlaczego głosowałem na PiS? Bo nie miałem i nadal nie mam nic do stracenia. Nie chodzi nawet o te 500 złotych na dziecko. Nie mam dzieci. Nie będę mieć dzieci. Po prostu stagnacja oznacza utrwalenie tego stanu, w którym się znajduję. Zmiana u steru władzy daje jakąś nadzieję, że będzie inaczej. A nawet jeśli nie będzie, a wszystko na to zaczyna wskazywać, to i tak nic nie mam do stracenia. Ale po kolei.

Ukończyłem rzekomo trudne studia, na kierunku prawo na jednej z prestiżowych uczelni, których absolwentem jest również urzędujący prezydent. Co prawda promotora nie mieliśmy wspólnego, ale wątek wykształcenia jest tu dość istotny. Władam biegle dwoma językami a trzeci znam na tyle, że gdybym tylko siedział na Newskim Prospekcie w kawiarni to mógłbym zabawiać small talkiem jakąś sympatyczną Rosjankę. Siedzieć tam raczej nigdy nie będę, o czym dalej. CV wręcz wypchane różnymi stażami, praktykami i tym podobnymi doświadczeniami, większość zresztą w jakiś sposób związana z moim kierunkiem wykształcenia. Można by rzec, że prawie bajka i jeżeli nie szeroko, to przynajmniej szerzej niż innym powinny mi się uchylić drzwi do lepszego świata. Tak się jednak nie stało.

Pracuję w sektorze budżetowym. Lubię swoją pracę jak i ludzi, których tam poznałem. Dobrze się czuję wykonując swoje obowiązki i nie cierpię na to, co jest udziałem wielu Polaków. W niedzielę wieczorem nie dostaję bólu głowy albo brzucha na myśl, że w poniedziałek trzeba iść do pracy. Idę tam z chęcią. Również moja praca jest odpowiedzialna, co jest dla mnie źródłem satysfakcji. Pewnie teraz, czytając ten list, część zastanawia się, że skoro jest tak cudownie, to o co autorowi się rozchodzi. Cytując klasyka, jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Zarabiam tak żenującą kwotę, że gdybym chciał ją zapisać ołówkiem na kartce, to ten ze wstydu zacząłby pisać na czerwono.

Czego chcę? Chcę móc utrzymać się ze swojej pracy.

Niektórzy czytelnicy mogą sobie w tym miejscu pomyśleć, że jestem roszczeniowy. Oczywiście, że jestem. Roszczę sobie prawo, by z własnej pracy móc się utrzymać. By mieszkać samemu, a nie z rodzicami. By w sklepie kupić czekoladę, bo taką mam zachciankę, a nie zastanawiać się, czy dzisiaj kupię mleko czy chleb. By na weekend móc wyjechać poza miasto, a nie wyjść przed blok. By kupić buty, gdy będę ich potrzebował, a nie zastanawiać się, czy mam na nie zdolność kredytową. Po prostu żyć godnie, bez nadzwyczajnych luksusów.

Inni czytelnicy stwierdzą, że przecież to początek mojej kariery. W pełni się z nimi zgadzam. Tylko, czy na początku kariery ludzie nie muszą jeść, nie potrzebują dachu nad głową i nie mają ochoty czasem przełamać monotonii życia codziennego jakimiś rozrywkami, takimi jak np. kino czy teatr? Chyba że na początku kariery jest możliwość przestawienia się w tryb niezużywania żadnych zasobów, to wtedy bardzo przepraszam. Jeżeli ktoś mi wskaże ten sposób, to deklaruję poprawę.

Nie wiem, czy jestem na tyle silną jednostką, aby przeżyć pracę w korporacji.

Ktoś może wskazać, że mogę przecież zmienić pracę. A potem wziąć kredyt. Tu jest miejsce na dodatkową uwagę. Pracowałem już w tzw. korporacjach. Faktycznie, wynagrodzenie, które otrzymywałem było wyższe niż tutaj. Jednakże siedzenie cały dzień i wklepywanie faktur po niemiecku nie jest jednak tym, co chciałbym robić. Dodając do tego atmosferę open space i tego nachalnego przechodzenia na "ty", to zaczynam rozumieć tych wszystkich, którzy w niedzielę zaczynają chorować. Nie wiem, czy jestem na tyle silną jednostką, by to przeżyć. Zresztą, niewiele to różni się od obecnej sytuacji. Tam do samobójstwa popchnąć mnie mogły czynniki wewnętrzne. Teraz zewnętrzne.

Wracając do głównego wątku, czyli nieszczęsnego PiS-u w moim liście. Tak, głosowałem na PiS. Zrobiłem to z rozmysłem i premedytacją. PiS mi nic nie zrobi. Nie mam mieszkania, które mógłby mi odebrać, ani innego majątku, który mógłbym utracić. Mogą mnie co najwyżej zabić, ale strata takiego życia jakie jest teraz moim udziałem nie będzie dla mnie niczym innym jak aktem łaski, swoistą nowoczesną mizerykordią wbitą mi prosto w gardło. A czy będzie lepiej? Wątpię. Szanse na to są nikłe. Być może będzie gorzej tym wszystkim, którzy jako herosi III RP mogliby kroczyć w dostojnych orszakach jako przykład "im się udało". Ale co to za satysfakcja?

Tak naprawdę modlę się już tylko o śmierć. Jestem u progu dorosłego życia a już wiem, że je przegrałem. Przegrałem już w momencie gdy pełen nadziei i zaufania opuściłem bezpieczne schronienie u swojej matki i wyjrzałem na świat. Miałem nieszczęście urodzić się w Polsce. Prawdziwym szczęściem będzie dla mnie wreszcie umrzeć.

Alojzy

[Od Redakcji: Autorom nadesłanych do redakcji i opublikowanych przez nas listów rewanżujemy się drobnym upominkiem. Tym razem jest to książka "Czysty obłęd" Marka Lamprella. Życzymy miłej lektury.]

Foch - patronat

Więcej o: