"Zdradziłam męża, ale cena jaką za to płacę jest zbyt wysoka" [LIST]

Kiedy kara zaczyna być cięższa niż przewinienie? W którym momencie warto sobie zdać sprawę z tego, że walka o małżeństwo jest bezcelowa? Poznajcie historię Czytelniczki, która popełniła błąd i drogo za to płaci. Może zbyt drogo.

Nie szukam współczucia, nie szukam też zrozumienia, mleko zostało rozlane. Chyba szukam nadziei, że jeszcze będzie lepiej, że pościeram je ściereczką i w nowej rzeczywistości nic złego już się nikomu nie przytrafi. Sprawa jest smutna i przykra. Zdradziłam mojego męża. Zdradziłam raz a potem drugi i jeszcze jeden. W sumie całość trwała jakieś 2 miesiące, których z perspektywy czasu nijak nie potrafię wyjaśnić ani wytłumaczyć, nawet sama przed sobą. Ot jakoś tak się rozjechaliśmy z naszymi pomysłami na życie, mąż miał swoje pomysł a ja swoje i zupełnie przestało nam chyba zależeć, żeby to na nowo połączyć.

Odnoszę wrażenie, że już nigdy nie będziemy szczęśliwi.

Wystarczyło dorzucić do tego moje ciągłe delegacje i jego żal, że zostawiam go samego z maluchami i pstryk, poszło. Poszło i nie wiem, czy nadal by nie trwało gdyby nie to, że się wydało. Nie będę rozgniatać tutaj tego, co już zasklepione, ukorzyłam się, nie chciałam odchodzić, mąż najwyraźniej też nie chciał mnie tracić, więc zostaliśmy razem, poszliśmy na terapię i zaczęliśmy żyć na nowo. Jest tylko jeden maluteńki drobiazg, który nie pozwala mi spokojnie żyć, to wrażenie, że nigdy już nie możemy być szczęśliwi.

Na życzenie męża staram się zmieniać siebie dla nas na nowe, lepsze jutro.

Na każdym kroku mąż przypomina mi, jakże podłą i dwulicową osobą jestem, jak bardzo cierpi i jak bardzo nie rozumiem tego wszystkiego co narobiłam. Minęło pół roku, wiele wizyt u psychologa, dziesiątki nieprzespanych i przeryczanych nocy, a nadzieja płonie coraz słabiej. Na życzenie męża staram się zmieniać siebie dla nas na nowe, lepsze jutro: zerwałam kontakt z koleżankami, z moimi rodzicami, których zachowania nie akceptował, ograniczyłam wyjazdy, zawiesiłam konta na portalach społecznościowych, staram się nie używać w domu komputera ani telefonu, nie wychodzę wieczorami, zrezygnowałam ze wszelkich aktywności poza pracą. A to ciągle mało.

Jeśli przestaję cierpieć, mąż mi natychmiast przypomina, że powinnam.

Każdy mój spełniony warunek wiedzie do stawiania kolejnych i wiem, że jestem tutaj w słabej pozycji negocjacyjnej. Zastanawiam się, czy dojdziemy kiedyś do etapu nasycenia. Bo gdy już wydaje się, że zaczynamy osiągać jakieś stadium komfortu i zaczyna nam się żyć lepiej, to wybranek daje mi do zrozumienia, że skoro przechodzę nad tym do codzienności to znaczy, że nie cierpię i nie rozumiem ogromu wyrządzonych krzywd. Każda kłótnia kończy się w dokładnie taki sam sposób: cokolwiek by się nie działo to i tak ja nawaliłam i powinnam przepraszać, nieważne czy poszło o niewyrzucone śmieci czy o to, kto nie kupił chleba - ja to wszystko mam teraz zrozumieć i ogarnąć bo on się już w życiu narobił i teraz już jest wypalony, ma dość i bardzo cierpi.

Odnoszę takie smutne wrażenie resztkami mojej zdrowej świadomości, której nie wcisnęłam jeszcze na dno szafy, że czas leczy rany i bardzo chciałby to zrobić, ale żadna rozdrapana rana nie da rady się zagoić. Że wybranek nie pozwala sobie na chwilę zapomnienia, bo to umniejszyłoby ogrom zadanych ran, nie pozwala nam działać na równych zasadach, bo przecież dobrze to już było, a skoro zdecydowałam się to zmienić to mam za swoje. No i tak trwamy tydzień po tygodniu w odcinkach średnio pięciodniowych. Tyle mniej więcej udaje nam się zachować pozory sielanki, po czym musimy sobie mocno przypomnieć, że przecież nie powinniśmy się za bardzo cieszyć, bo życie jest złe i nie ma czym, inni na pewno mają lepiej, ale to banda zakłamanych cwaniaków i nigdy nie zrozumieją. Ostatnio z fazy żywiołowych, nocnych awantur przeszliśmy do fazy przeciągających się fochów.

Przy każdej okazji proszę, żeby traktował mnie jak równego partnera.

Ot po tygodniu dowiaduję się, że przez telefon w zeszły wtorek nie brzmiałam dość radośnie albo zamiast jechać prosto do domu to jeszcze byłam w sklepie i się nie przyznałam. Smutno mi dlatego, że mąż nazywa siebie moim przyjacielem i wymaga, a może bardziej WYMAGA, żebym opowiadała mu wszystko co mnie martwi i męczy. Przepytuje mnie z tego co robiłam w ciągu dnia (8 h pracy za biurkiem), a gdy nie mam nic specjalnego do powiedzenia (bo 6 godzin słuchania nudnych spotkań naprawdę nie uczyniło mnie lepszym człowiekiem) to z pewnością coś kombinuję i nie chcę go wpuścić do mojego lepszego świata. Przy każdej okazji proszę, żeby traktował mnie jak równego partnera, że jeżeli on przyjaciel to i ja przyjaciel. Że dzieci wspólne i obowiązki wspólne. Że wiele tych codziennych spraw nie załatwia się samodzielnie, a po całym wieczorem czarów nad żelazkiem jestem zmęczoną kurą, a nie rozbudzonym demonem gotowym o 22 na seans tantryczny do rana. Ale to ja i mój punkt widzenia i skoro kiedyś oszukiwałam i miałam siłę, to teraz tego samego się ode mnie wymaga.

I tutaj nasuwa się pytanie. Czy któraś z was była w podobnej sytuacji? Czy to ma w ogóle sens? Czy jest nadzieja, że pokłady żalu się wyczerpią i (z pełną świadomością, że jednak gdzieś z tyłu głowy będzie ta mała dziurka) osiągniemy względny spokój i szczęście. Bo walczę codziennie, niezmiennie i każdego dnia, ale gdzieś ostatnio zaczynam chyba troszkę mniej w to wierzyć. I jak tu przekonać siebie, że życie poza własnym ciałem jest fajne. Ot zagwozdka.

M.

[Od Redakcji: Autorom nadesłanych do redakcji i opublikowanych przez nas listów rewanżujemy się drobnym upominkiem. Tym razem jest to książka "Kobieta dość doskonała" Sylwii Kubryńskiej. Życzymy miłej lektury.]

Foch poleca!Foch poleca!


Więcej o: