"Obiecywałem, że będę kochał do końca życia. I zamierzam się tego trzymać, jakkolwiek się to zakończy" [LIST]

Przed Wami historia pewnego związku. Niektórym może - przynajmniej w części - wydać się niebezpiecznie znajoma. Części może dać do myślenia. Może znajdzie się również ktoś, kto napisze Autorowi listu kilka pocieszających słów.

 

SZUKASZ SPOSOBU, BY NAPRAWIĆ SWÓJ ZWIĄZEK? TEN TEST POMOŻE ZDIAGNOZOWAĆ WASZĄ RELACJĘ>>> On też gonił króliczka. Ona również. On też gonił króliczka. Ona również.

Może nie jest to najszczęśliwszy początek listu, ale moje życie rozsypało się w drobny mak. Można odbierzecie to jak histeryczne wołanie, ale może po prostu moja historia lub jej część do czegoś Wam się przyda? Może pozwoli innym zastanowić się nad swoim związkiem, nad sobą. A może ktoś zechce napisać coś, co pozwoliłoby mi stanąć na nogi i walczyć dalej.

SZUKASZ SPOSOBU, BY NAPRAWIĆ SWÓJ ZWIĄZEK? TEN TEST POMOŻE ZDIAGNOZOWAĆ WASZĄ RELACJĘ>>>

Przez cztery lata żyliśmy jak zaczarowani, jak w bajce.

Mam 35 lat. Siedem lat temu rozpocząłem związek z najcudowniejszą kobietą jaką dane było mi spotkać. Oboje, zanim zaczęliśmy się spotykać, zakończyliśmy poprzednie, nieudane, związki i utonęliśmy w sobie bez reszty. Przez cztery lata żyliśmy jak zaczarowani, jak w bajce. Oczywiście zdarzały się różne sytuacje stresujące, kryzysowe, przejściowe kłopoty, ale my byliśmy nie do pokonania. Zmagaliśmy się z jej depresją trwającą wiele miesięcy i nawracającą każdej jesieni. Z moimi zmianami pracy i wyjazdem na prawie dwa miesiące na szkolenie na inny kontynent czy rzadkimi (raz, dwa razu do roku), ale jednak delegacjami trwającymi do kilku tygodni (tu z przerwami na weekendy).

Od samego początku oboje czuliśmy, że chcemy się ze sobą zestarzeć. Co prawda, oboje twierdziliśmy również, że nie potrzebujemy do tego celu "papierka". Mimo tego z naszych rozmów wyłaniał się wniosek, że warto mieć i taki "etap" związku. Po dwóch latach znajomości oświadczyłem się i zostałem przyjęty z entuzjazmem. Jednak ze względu na moją pracę, jej studia i późniejszy staż a także, zapewne, przede wszystkim ze względu na to, że ociągałem się z podjęciem decyzji, że to "już", do zawarcia małżeństwa nigdy nie doszło. Dziś bardzo tego żałuję i nie potrafię logicznie wytłumaczyć, dlaczego pozwoliłem, aby tak się to rozmyło.

W końcu pojawiły się objawy wypalenia zawodowego. Aby zamaskować spadającą wydajność, musiałem pracować dłużej.

W mojej pracy zdarzały się momenty, kiedy pracowałem non stop. Co prawda wracałem do domu po tych 10 godzinach, ale pracowałem dalej, czasem do bardzo późna. To samo z pracą z domu w weekendy. To były epizody trwające 4-8 tygodni raz lub dwa w ciągu roku. Nie miałem wtedy dla niej czasu i choć mieszkaliśmy razem, na dobrą sprawę nie spędzaliśmy wtedy czasu ze sobą poza snem i czasem zakupami. Nie miałem czasu absolutnie na nic. W końcu, przy takim trybie pracy, pojawiły się objawy wypalenia zawodowego. Aby zamaskować spadającą wydajność, musiałem znów pracować dłużej. Nie całymi dniami i nocami, ale jednak poświęcając czas, który powinienem był mieć dla niej, naszego bycia razem i własnego wypoczynku.

W międzyczasie przeprowadziliśmy się. Wykończenie mieszkania pochłaniało całkowicie nasz czas i energię. Patrząc z perspektywy muszę powiedzieć, że zajmowało nas to tak bardzo, że nie mieliśmy już sił ani czasu na bycie razem, zrobienie czegokolwiek dla nas.

Po przeprowadzce dwa lata temu okazało się, że mamy świetnych sąsiadów i zaczęło nam się poszerzać towarzystwo, ograniczone dotąd do nas dwojga. Zaczęły się imprezy. Cieszyliśmy się z tego razem, ale jeśli chodzi o zabawę, coraz bardziej czułem się odsuwany na boczny tor. Wychodziliśmy razem, wracaliśmy razem, ale nie mogłem liczyć na wspólne spędzenie czasu na miejscu. Na moje pytania "dlaczego?" słyszałem tylko, że przecież ze sobą spędzamy cały czas, choć tak naprawdę wcale go nie było za wiele poza imprezami.

Zamiast poszukać winy w sobie i swojej pracy, szukałem jej w zachowaniu mojej ukochanej.

O tego momentu zacząłem zauważać, że już wiele rzeczy nie wygląda jak dawniej. Ocknąłem się, lecz zamiast poszukać winy w sobie i swojej pracy, szukałem jej w zachowaniu mojej ukochanej. To tylko pogarszało sytuację i zaczęły się awantury, kłótnie. Z jej strony, zwłaszcza w momentach depresyjnych, zaczęły się wątpliwości co do nas i jej uczuć. Czasem było to bardzo trudne, ale udało nam się to przetrwać.

Z czasem zaczęła otwierać się na nowe znajomości, przyjaźnie. Po dłuższym okresie, w którym nie rozumiałem, dlaczego szuka przyjaźni poza związkiem, skoro to ja byłem jej przyjacielem, zacząłem to akceptować takim jakie było. Przyznaję, było to trudne po kilku latach, w których jej uwaga była skupiona całkowicie na mnie, to był cios. W trakcie kilku konstruktywnych rozmów udało mi się dowiedzieć, że chciałaby swojej przestrzeni i prywatności. To również było dla mnie ciosem, ale przynajmniej dowiedziałem się co zrobić aby nasz związek mógł żyć dalej. Bardziej zależy mi na niej, na jej obecności, niż na wyłączności jej uwagi. Choć nie zawsze było mi łatwo pogodzić się z jej wyborami, starałem się nie dawać jej tego do zrozumienia, bo wiedziałem, że nie robi nic złego.

Nasz związek wreszcie przestał coraz bardziej tonąć. Zaczęliśmy powoli budować bliskość, spędzać więcej czasu razem.

Moja kobieta zakończyła wieczór w pokoju z nowo poznanym kolegą.

Ostatnio moja jedyna wyjechała na trzydniową konferencję branżową. Pierwszą w życiu. Kiedy wróciła, rzuciła mi się na szyję i wyszeptała "naprawmy nas, małymi krokami". Powiedziała, że potrzebowała odpoczynku ode mnie, przemyślała wszystko i chce znowu spróbować. Długo czekałem na takie wyznanie. Dwa dni później moja jedyna zaczęła zachowywać się dziwnie, zaczęła ukradkiem pisać wiadomości.

Wczoraj zadzwoniła do mnie osoba, która również tam była i włożyła sporo wysiłku, aby mnie znaleźć i powiadomić... Moja kobieta zakończyła wieczór w pokoju z nowo poznanym kolegą z drugiego końca kraju. Ponoć nie poszła na całość, ale było im bardzo miło, jak wynikało z jego relacji. Jej zachowanie względem mnie też nie jest stabilne. Podejrzane wiadomości oraz jej zachowanie zaczęło układać się w całość.

Wiele osób powie, że to typowe, prawda? Szczerze mówiąc, nie wiem co mam teraz ze sobą zrobić. Wiem, że to przez mój brak uwagi przez długi czas przestała czuć się kobieco, seksownie, pewnie. Jest mądrą, inteligentną,wykształconą a do tego piękną kobietą, jednak zawsze miała zupełnie nieuzasadnione kompleksy. Nie mogę sobie jednak tego poukładać. Już od jakiegoś czasu pracowaliśmy nad tym, aby było nam razem lepiej.

Powinienem unieść się honorem, dumą i wyjść trzaskając drzwiami?

Nie wiem także, jak mam się teraz zachować. Z jednej strony powinienem unieść się honorem, dumą i wyjść trzaskając drzwiami. Tym bardziej, że zamiast przyznać się do tego co zaszło, udaje że nic się nie stało i pewnie podgrzewa jeszcze atmosferę.

Z drugiej jednak strony wciąż bardzo zależy mi na niej i naiwnie wierzę, że wszystko da się naprawić. Jestem z tych, którzy kochają całym sobą, przywiązują się tak silnie, że emocje związane zarówno z całą sytuacją związku jak i potencjalnego rozstania bolą tak, że mogą zabić. Wiem, że dla większości wydaje się to dziwne, ale ci z lekkim syndromem Aspergera w relacjach międzyludzkich zrozumieją mnie dobrze. Z tego względu nie potrafię nawiązywać nowych znajomości. A jak już się raz na bardzo długi czas uda, to mam problem z ich utrzymaniem. Poświęcam się całkowicie jednej osobie, tej którą kocham.

Zapewne wiele osób powie, że to najwyższy czas zakończyć ten związek a nie czekać na zdradę już pełnoprawną. Ja jednak bardzo chciałbym wierzyć, że to się da odkręcić.

Łomoczące serce nie pozwala mi zasnąć, trzęsę się cały.

Statystyki mówią same za siebie. Może istnieje kobieta, z którą byłbym tak dopasowany jak z obecną, ale pewnie żyje po drugiej stronie planety i nigdy się nie spotkamy. Nie lubię dzieci i nie wyobrażam sobie siebie w roli ojca. To dyskwalifikuje mnie w oczach przytłaczającej większości dziewczyn. A z pozostałej, nielicznej przecież grupy, musi zadziałać chemia, pociąg intelektualny, fizyczny i masa innych rzeczy, które składają się na szczęśliwy i dobrze rokujący związek. Oboje uważaliśmy nasze spotkanie i dopasowanie za cud. Dlatego właśnie, dodając to do moich trudności w kontaktach z ludźmi, chciałbym o to walczyć. Nie wiem jednak jak się za to zabrać. Na razie nie mogę dać po sobie poznać dopóki sytuacja się nie wyklaruje a to jest niesamowicie trudne. Łomoczące serce nie pozwala mi zasnąć, trzęsę się cały. I ta powoli nasuwająca się pustka. Straciłem cały sens życia i nie wiem skąd wziąć siłę do dalszej walki.

Jeśli ktokolwiek to przeczyta, może zastanowi się nad swoim związkiem i nad tym co od siebie daje zanim zacznie się psuć. Może ktoś inny dojdzie do wniosku, że adrenaliny warto poszukiwać razem a nie osobno. To tylko umacnia związek. Czy naprawdę warto dla kilku chwil poświęcać całą resztę życia? Nie zawsze swojego, niestety.

Wiem, że nie dla wszystkich jest to tak okrutnie ważne w życiu. Czasem zazdroszczę osobom, które potrafią podjąć decyzję, odejść z długiego związku i żyć dalej. Na obecnym etapie ja nie potrafię. Szczerze i całym sercem obiecywałem, że będę kochał do końca życia. I zamierzam się tego trzymać, jakkolwiek się to zakończy.

JK

SZUKASZ SPOSOBU, BY NAPRAWIĆ SWÓJ ZWIĄZEK? TEN TEST POMOŻE ZDIAGNOZOWAĆ WASZĄ RELACJĘ>>>

[Od Redakcji: Autorom nadesłanych do redakcji i opublikowanych przez nas listów rewanżujemy się drobnym upominkiem. Tym razem jest to "Książka do przeżycia" Toma Chatfielda. Życzymy miłej lektury.]

fot. materiały prasowefot. materiały prasowe

Więcej o: