"Media społecznościowe oddalają nas od siebie, dając złudne poczucie bycia w kontakcie" [LIST]

"Bezrefleksyjnie przyjmowałam zaproszenia do grona znajomych od ludzi, których owszem - znałam kiedyś, ale zagubili się gdzieś w odmętach historii. Teraz zaś, mimo woli, jestem z ich życiem na bieżąco. Choć w większości przypadków, wcale tego nie chcę."

Naszła mnie ostatnio smutna refleksja o osłabieniu, a może nawet zanikaniu prawdziwych relacji międzyludzkich. Niby kilka kont na portalach społecznościowych, niby sporo znajomych i wspólne aktywności online. Tu dyskusja pod zdjęciem, tu jakiś „like” lub udostępnienie. Tu nowy post, a tam zmiana statusu na „w związku”, nowi znajomi, jak się okazuje potem - wspólny kontakt z osobą, którą znałam kiedyś z podstawówki.

Cotygodniowe spotkanie z mamą na weekendowej kawie.

- Co tam u X? - pyta mama.

- W porządku, niedawno urodziła, mieszka teraz w Z i pracuje w Y.

- O, no proszę. A pamiętam jak mówiłaś że się zarzekała, że nie lubi dzieci. A co tam u A słychać? Macie jakiś kontakt? - dopytuje mama.

- Tak, przeprowadziła się ostatnio - już nie mieszka w Amsterdamie, przeniosła się do Londynu. Jest instruktorką fitness.

- Instruktorką fitness? Naprawdę? A w szkole zawsze miała zwolnienie z wf. A jak B? Pamiętam, jak wypatrywał za tobą oczy...

- B? Och B, troszkę przybrał i podtatusiał - w końcu dorobił się trójki radosnego przychówku. Dwóch chłopców i dziewczynka, najmłodsze ma ledwo pół roku.

- Skąd Ty to wszystko wiesz? Spotykasz się z tymi ludźmi regularnie?

- Skąd, nie widziałam ich od czasu skończenia podstawówki.

Większość z Was pewnie wie, skąd ja wiem. Bezrefleksyjnie przyjmowałam zaproszenia do grona znajomych od ludzi, których owszem - znałam kiedyś, ale zagubili się gdzieś w odmętach historii. Teraz zaś, mimo woli, jestem z ich życiem na bieżąco. Choć w większości przypadków, wcale tego nie chcę.

Gdy przychodzi do spotkania twarzą w twarz, albo nie mamy sobie nic do powiedzenia.

Zrobiłam mały eksperyment. Z jedną z koleżanek, z którą bardzo kolegowałam się w podstawówce, umówiłam się na kawę w realu. Samo ustalenie terminu spotkania i miejsca zajęło nam ze dwa tygodnie - każda z nas ma własne wymagające życie, w którym - z różnych powodów - trudno wykroić miejsce dla innych (choć komentarze pod zdjęciami zamieszczamy sobie w najdziwniejszych porach dnia i nocy, a ich wymiana przypomina bardziej czat). W końcu udało się spotkać, ale nie było o czym gadać ze sobą, tak siedząc nad kawą. Szkolne wspominki, byłych chłopaków, plotki o wspólnych znajomych załatwiłyśmy w 30 min i tyle. Posiedziałyśmy jeszcze trochę razem, ale obydwie czułyśmy się skrępowane.

Dziwnie opowiadać komuś, kogo się na oczy widzi pierwszy raz od nastu lat o sobie: skończyłam takie studia, zajmuję się tym i tamtym, moi rodzice się rozwiedli, a siostra będzie zdawać maturę. Brakowało wspólnych punktów zaczepienia, i mimo że się starałyśmy nie udało się ich znaleźć. I choć rozchodząc się obiecywałyśmy sobie, że się spotkamy w przyszłym miesiącu - minęło pół roku, a ten miesiąc w którym miałyśmy się spotkać, jakoś ciągle nie nadchodzi. Można to oczywiście zrzucić na karb tego, że nasza relacja nigdy nie była specjalnie silna.

W eksperymencie numer dwa wzięłam udział zupełnie przypadkiem. Moja szkoła organizowała zjazd absolwentów. Fakt, że organizacyjnie były pewne niedociągnięcia. Fakt, że piątek 17:00 jest godziną na którą trudno zdążyć ludziom, którzy pracują, mają dzieci itd. Fakt, że to był jeden z pierwszych weekendów, który według pogodynki miał być ciepły. Z mojej klasy przyszły 2 osoby na 32, z zadeklarowanych 20. Z klasy równoległych, których łącznie z moją było 6 - w sumie może z pięć osób, mimo równie szumnych zapowiedzi.

Już nawet z życzeniami na urodziny i święta przestało się dzwonić. Wystarczy „100 lat” wpisane na tablicy.

Eksperyment numer trzy zorganizowała moja znajoma, który swoje 30 urodziny postanowiła urządzić w wynajętym lokalu. Utworzyła stronę wydarzenia na FB, gdzie zaprosiła około 35 osób. Kolejnym 15 zaproszenia przekazała w rozmowach telefonicznych. Część osób od razu dała znać, że nie przyjdzie - z różnych względów. Jednak 30 osób potwierdziło swoją obecność wiedząc, że koleżanka musi potwierdzić liczbę gości, bo w zależności od tego na tyle będzie przygotowana sala, jedzenie i napoje. Z tych 30 potwierdzonych, 10 osób nie pojawiło się w ogóle, nie informując o tym w żaden sposób (mimo przypomnień zostawianych na FB i w mailach, oraz telefonicznych potwierdzeń). Dwie osoby w dniu imprezy zmieniły status z „Wezmę udział” na „Może”. Powiecie, kiepscy znajomi i tyle, więcej nie zapraszać.

To jest oczywiście jakieś wytłumaczenie i rozwiązanie. A potem znowu można na FB, wrzucić swój post, polubić i udostępnić posty innych. I mieć złudne wrażenie, że jesteśmy w kontakcie. Złudne, bo gdy przychodzi do spotkania twarzą w twarz, albo nie mamy sobie nic do powiedzenia lub bardzo niewiele, albo potwierdzamy ale przecież nie traktujemy tego zobowiązania poważnie, albo w ogóle się nie pojawiamy, udając że nie było tematu, choć potem dziarsko komentujemy posty pod wspólnym zdjęciem z imprezy.

Oprócz tego ten spam na tablicy. „Jem śniadanie”, „Biegam po lesie”, „Czuję się XX z użytkownikiem ZZ”. Albo od tych bardziej zaangażowanych, dyskusje o wyższości jednej partii nad drugą, setki memów wyśmiewających w bardziej lub mniej wybredny sposób aktualne poczynania polityków.

W zwykłym, codziennym życiu te media społecznościowe chyba bardziej nas od siebie oddalają, zamiast zbliżać, dając nam złudne poczucie bycia w kontakcie i bycia na bieżąco. Już nawet z życzeniami na urodziny i święta przestało się dzwonić. Wystarczy „100 lat” wpisane na tablicy (całe szczęście zresztą, że FB przypomina o tych urodzinach, bo inaczej kto by sobie tym zaprzątał głowę ).

Ograniczyłam dostęp ludziom, którzy moimi znajomymi nie są, i już nigdy nie będą. Gdy tylko mam jakiś pretekst dzwonię. Proponuję kawę, żeby po prostu pogadać.

Prawda jest taka, że sama bardzo długo postępowałam podobnie. Gdzieś podświadomie, chodziło o to żeby mieć jak najwięcej znajomych. Dalej, żeby pokazywać jak to jest super u mnie, i śledzić czy inni lubią to, jak reagują. Ale kubłem zimnej wody była chwila, gdy jedna z koleżanek na tablicy napisała mi kondolencje z powodu śmierci babci. A reszta znajomych (i znajomych znajomych, których kompletnie nie znam) zaczęła ten post lajkować i udostępniać

Krótko potem, przebrnęłam przez wszystkie ustawienia prywatności na portalach, na których mam konta. Bezlitośnie usunęłam ludzi, których nie znam. Zablokowałam tych, których nie znam lub znam tylko pobieżnie. Ograniczyłam dostęp ludziom, którzy moimi znajomymi nie są, i już nigdy nie będą (na szczęście ludzi z pracy nigdy nie zapraszałam do grona znajomych na portalach o charakterze prywatnym). Odgrzebałam kalendarz z urodzinami, imieninami, rocznicami. Uzupełniłam o dane ze społecznościówek (swoją drogą to naprawdę szokujące, jakie dane o znajomych można znaleźć w sieci). I teraz, gdy tylko mam jakiś pretekst dzwonię. Dzwonię też gdy brak pretekstu. Proponuję kawę, żeby po prostu pogadać. Treści na tablicy mniej, więc łatwiej zapamiętać co u kogo, i nawiązać do tego w rozmowie. I choć znajomych mniej, to grono bliższych kolegów/koleżanek i przyjaciół stale rośnie.

Amatersu

[Od Redakcji: Autorom nadesłanych do redakcji i opublikowanych przez nas listów rewanżujemy się drobnym upominkiem. Tym razem są to "Seksolatki" Izabeli Jąderek. Życzymy miłej lektury.]

 

Wydawnictwo PWNWydawnictwo PWN

Dałyśmy naszym piłkarzom fryzury słynnych Orłów Górskiego. Jak wyglądają? FANTASTYCZNIE!

Więcej o: