"Posiadać mniej, nie oznacza wcale mieć za mało. Mniej czyli tyle, ile potrzeba. Nie więcej" [ROZMOWA Z BYŁĄ ZAKUPOHOLICZKĄ]

Rozmawiamy z nawróconą materialistką, kobietą, którą - w co może trudno uwierzyć - zmęczyło posiadanie i ciągłe kupowanie. Na jej prośbę pozostanie jednak tylko "Anią" - bez nazwiska i zdjęcia ilustrującego rozmowę.

Redakcja: Jak twoje życie wyglądało jeszcze dwa lata temu?

Ania: Żyłam z ciągle obciążonymi dwoma kartami kredytowymi i co miesiąc spłacałam minimalne kwoty obowiązkowe. Ale nie przeszkadzało mi to w kupowaniu nowych rzeczy, na te jakimś cudem zawsze potrafiłam „wytrzasnąć” pieniądze. Rodzice w dniu mojej osiemnastki przekazali mi oszczędności, które odkładali dla mnie od dnia moich narodzin. Powiedzieli, że mogę je przeznaczyć na cokolwiek zechcę. Część włożyłam na lokatę, a część niestety wydałam – nawet nie potrafiłabym dokładnie powiedzieć gdzie i w jakim celu, ot pieniądze się rozeszły.

Co kupowałaś?

- Dużo ubrań, torebek, butów, książek, albumów, biżuterii, dodatków. Właściwie wszystko, co mi wpadło w oko, „przemówiło do mnie”, trafiało ostatecznie do mojej szafy. Czasami starałam się nawet powstrzymać przed zakupem, ale ostatecznie i tak ulegałam, i wydawałam pieniądze.

Po co ci było tyle ubrań?

- Zawsze pracowałam blisko mody, więc musiałam trzymać się najnowszych trendów. Moda się szybko zmienia, a ja – ze względów wizerunkowych – nie za bardzo mogłam wypaść z obiegu. Musiałam mieć „modne” ciuchy i dodatki, żeby wyglądać profesjonalnie. W mojej branży ocenia się ludzi przez pryzmat ubrań, dodatków, miejsc, do których się chodzi. Wygląd ma pierwszorzędne znaczenie.

Co się stało, że zmieniłaś swoje podejście?

- Rozczaruję cię, ale nie była to podróż do Afryki ani Azji, czy ciężka choroba. Pewnego dnia wróciłam do domu i poczułam, że mam psychicznie i fizycznie dość. Że to kupowanie jest totalnie bez sensu, że jest mi źle od ciągłej pogoni za przedmiotami. Zdawałam już sobie sprawę, że muszę zrobić porządek z finansami, bo nie może być tak, że mam trzydzieści parę lat i zamiast oszczędności, mogę się „pochwalić” zadłużonymi kartami i wydaną połową pieniędzy, które odkładali dla mnie rodzice przez lata.

Od czego zaczęłaś zmianę?

- Nie musiałam robić sobie porządku z głową, bo kupowanie ubrań przestawało mi już sprawiać przyjemność. Zresztą – umówmy się – jak coś sobie kupiłam, to czułam radość przez chwilę, potem wpadała mi w oko kolejna rzecz, do której wzdychałam.

Ustaliłam sama ze sobą, że wreszcie chcę mieć własny styl, a nie tylko być modną. Zrobiłam porządek w szafie: przygotowałam sobie taką „ścianę inspiracji”, czyli stylizacji, których chciałabym się trzymać. Okazało się, że chcę i umiem się ubierać prosto, ponadczasowo, że nie lubię falban, wzorków i miliona dodatków. Wybrałam totalną klasykę – trzy kolory: biały, czarny i granatowy. Rzeczy tylko klasyczne i ponadczasowe, dobrej jakości, takie, które będę nosiła latami. Nie muszę mieć 10 par okularów, bo wystarczą mi jedne – klasyczne Ray-Bany. Nie chcę marynarek w prążki, kwiaty, kolorowych – mam jedną czarną, smokingową. Mam jedne oficerki, które oddaję do szewca, jedną parę szpilek, jeden wełniany płaszcz, jedną czerwoną szminkę i jeden tusz do rzęs. Uwielbiam jak ubrania są lekko znoszone, zmieniają formę, bo z czasem dostosowują się do ciała osoby, która je nosi.

Kolejny krok?

- Założyłam sobie cel, że chcę jak najszybciej spłacić zobowiązania finansowe i odbudować kapitał, który dostałam na osiemnastkę od rodziców. Jak się nie wydaje prawie wcale pieniędzy, a ma niezłe dochody, to można się z tym sprawie uwinąć. Zrobiłam listę obowiązkowych comiesięcznych opłat, poustawiałam cykliczne polecenia zapłaty. Podpięłam konto oszczędnościowe i ustaliłam sama ze sobą, że każdą kwotę, którą zarobię ekstra tam przelewam.

Zrobiłam remanent swoich stałych wydatków, bo zależało mi naprawdę na ekspresowym poradzeniu sobie ze spłatą karty kredytowej. Przez trzy miesiące żyłam, jak mniszka, oglądając każdy banknot przed wydaniem. Doszło nawet do tego, że najpierw przestałam jeździć samochodem narzeczonego (tankowanie to był wydatek rzędu 400 zł miesięcznie) i jeździłam komunikacją miejską (100 zł na bilet). Potem i te 100 złoty oszczędzałam, bo wszędzie jeździłam rowerem albo chodziłam pieszo. Na początku odbiło mi trochę w drugą stronę - przyznaję. Ale cel osiągnęłam i to przed założonymi sześcioma miesiącami.

Widzę, jak się ubierasz, wiem, jak wygląda twoje mieszkanie. Nie przypominasz minimalistki.

- Bo mylisz minimalizm w estetyce, z minimalizmem w życiu. Jak nie mieszkam w mieszkaniu o gołych ścianach, nie jem tylko z talerzy o prostej formie, nie mam idealnie czystego biurka. To nie o to tu chodzi. Minimalizm w życiu to nie posiadanie mniej, tylko posiadanie dokładnie tyle, ile potrzeba.

Nie masz potrzeby sprawiania sobie przyjemności?

- Ależ ja sprawiam sobie przyjemności! I to całe morze przyjemności. Przyjemnością nie jest jednak dla mnie kompulsywne kupowanie rzeczy, ani kompensacyjny szał zakupów. Nawet snucie się po sklepach i tzw. „kupowanie przez szybę” nie jest dla mnie miłe. Czy ja nie mam jak inaczej spędzać czasu? Po co mam łazić po klimatyzowanych molochach wśród tłumu obcych ludzi? Przyjemność to dla mnie poczucie bezpieczeństwa, satysfakcja, że żyję lepiej, to poczucie, że wyzwoliłam się z machiny kupowania i że nie „muszę”, a ewentualnie mogę „zechcieć”.

I teraz pojadę truizmem, który sam mnie śmieszy, ale co tam. Zamiast rzeczy zbieram przeżycia, wyjazdy, chwile, wrażenia. Gdy widzę torebkę, za którą kiedyś dałabym sobie nerkę wyciąć, która kosztowała 500 zł, a teraz jest dla mnie bezwartościowa, to robi mi się smutno. Moi rodzice przywykli do tego, że zawsze byłam ubrana, jakbym właśnie wróciła z paryskiego tygodnia mody i teraz się śmieją, że wyglądam jak dziadówa – ciągle w tych samych rzeczach, w spodniach z przetartym mankietem i spranych koszulach. Ale mi się ten styl bardzo podoba. Przynajmniej jest mój, a nie z lookbooka z sieciówki.

Niektórzy tłumaczą wydawanie mówiąc, że jakiś zakup jest „inwestycją”.

- Często sami się oszukują. Inwestycja to coś, co ma na siebie zarabiać. Jak skórzana ramoneska czy markowy zegarek może na mnie zarobić skoro je noszę? Jakbym je wypożyczała innym to jasne, byłaby to inwestycja, ale tak… Chociaż wśród moich znajomych płci męskiej modne jest teraz inwestowanie w samochody. Kupują rokujące modele do remontu, wkładają pieniądze w ich zrobienie, czekają kilka lat, a potem sprzedają dużo drożej niż kupili. Jeśli to rzeczywiście – po odjęciu włożonych pieniędzy, kosztów ubezpieczenia - robią z zyskiem, to OK, jest to inwestycja.

Już inwestujesz?

- Nieee. Na razie ciągle oszczędzam i odkładam. Serio – odkładam ciągle, bo mam nawet ustawione zaokrąglanie końcówek [0][0]od wydanych kwot i przelewów bankowych. 5 zł do 5 zł i robi się po roku – tak „przy okazji” - całkiem ładna kwota. Mam wolny zawód, więc każda złotówka, którą oszczędzę, przyda mi się, gdy zostanę z mizerną emeryturą. Przyglądam się już różnym możliwościom. Jeśli będę miała więcej środków finansowych to na pewno gdzieś je ulokuję, ale nie mam odwagi, ani potrzeby agresywnego inwestowania wysokiego ryzyka.

A jeśli coś już musisz kupić, to jak wyglądają twoje zakupy?

- Teraz muszę na przykład kupić nowe kalosze. Po ostatniej ulewie okazało się, że jest przeciek z dziury na pięcie w moich starych butach. Kalosze mają 15 lat, więc mają prawo być zepsute. Przede wszystkim wiem, jakie kalosze chcę i na żadne kompromisy nie pójdę. Kalosze muszą być takie, jak je sobie wyobrażam. Po co mam się zadowalać półśrodkami? Zrobiłam rekonesans w sklepach on-line. Żadne mi się nie spodobały. Skończę pewnie w tym samym miejscu, w którym kupiłam pierwsze kalosze – w znanej sieciówce sportowej w dziale z akcesoriami do jazdy konnej. I wydam 50 zł, a nie 300 zł (tyle kosztują modne kaloszki z napisem na przodzie) i zaspokoję swoją potrzebę.

Myślisz, że do minimalizmu można dojrzeć?

- Nie wiem. Ja tak mam od dziecka, że pewnego dnia budzę się rano i po prostu uznaję, że mam dość i już się nie oglądam, tylko zmieniam swoje życie. Tak było z porzuceniem mięsa, wkroczeniem na drogę oszczędności, zmianą pracy, wyprowadzką z rodzinnego miasta, rozstaniem z długoletnim chłopakiem. Z moich obserwacji wynika, że naprawdę wiele z nas powinno się opanować, zanim będzie za późno.

Co chcesz przez to powiedzieć?

- Żyjesz w Warszawie, więc też to widzisz. Ludzie żyją często grubo ponad stan. Nie wnikam, jak to robią, ale mnie nie byłoby stać na kupno – tak z biegu - nowego iPhone’a za kilka tysięcy złotych. Wiem przecież, ile zarabia się w mojej branży. Ludzie albo płacą za wynajem mieszkania albo spłacają raty kredytu. Żyjąc, jak żyją – bardzo często na pokaz. I to jest pułapka, z której w razie powinięcia nogi ciężko będzie wyjść.

Liczę po cichu na to, że wkrótce modne zacznie być właśnie skromne życie, że to stanie się pewnym trendem. Zobacz, nawet księżna Catherine udowadnia, że w tym samym płaszczu można obskoczyć 10 oficjalnych imprez, że nie trzeba na każdą okazję kupować nowego. Mam nadzieję, że stanie się tak, że oszczędność będzie swojego rodzaju snobizmem, taką fajną sprawą. Całkiem jak teraz brak w domu telewizora czy jedzenie śniadania w weekendy w domu, zamiast na mieście, jak domówki zamiast wypadów do klubów. Ja już jestem po drugiej stronie mocy i zachęcam, żeby na nią przejść. Naprawdę nie musicie mieć tej asymetrycznej sukienki za 300 zł! Bez niej da się być szczęśliwą.