Jedna z bram przy modnej ulicy w centrum Warszawy. Nie ma szyldu. Krążę po podwórku. - Fryzjer? - pytam przechodniów. W końcu trafiam. Salon nie salon, mieszkanie nie mieszkanie. - Pracownia raczej - mówi Krzysztof Kułagowski, właściciel tajemnego miejsca. Jest dziwnie. Psychodeliczna tapeta na jednej ze ścian, wielkie lustra w złotych ramach, kanapa przykryta kraciastym kocem. Szumi farelka, bo zimno, telewizor, sterta filmów DVD, w łazience kocia kuweta. Uwaga, Teresa może drapnąć. Prycha. Tutaj klientki same robią sobie herbatę, siadają po turecku, przyprowadzają dzieci, przynoszą płyty z ulubioną muzyką. Fryzjer zwykle wita je buziakiem.
- U Krzysia miło spędza się czas. Panuje atmosfera balangi - mówi Fiolka Najdenowicz, bywalczyni pracowni. - Wiadomo, że chociaż jesteśmy umówieni na jakąś godzinę, to zostaniemy raczej poczęstowani kawą, pizzą czy drinkiem niż natychmiastowym zaproszeniem na fotel. Jak żył mój pies, przychodziłam tam z nim. Kiedyś można tam też było zrobić sobie tatuaż albo przekłuć pępek. - Najważniejsze jest to, żeby klientki dobrze się czuły. I ja też. Spędzam tu czasem siedemnaście godzin dziennie - mówi Krzysztof Kułagowski.
Blisko sztuki
Warszawska Praga. "Dzień dobry, jest dzisiaj ta pani z serialu?". Do mieszkania, które wynajmuje Kacper Rączkowski, hydraulik przyszedł odpowietrzyć kaloryfery. Razem z Kacprem mieszka tu trójka jego przyjaciół, biszkoptowy labrador i puchata czarno-biała kotka. Niemal bez przerwy ktoś wchodzi. Znajomi, klienci, przyjaciele. Dziennikarki, aktorki, piosenkarki, studentki. Najczęściej na strzyżenie, chociaż i tu nie ma szyldu głoszącego, że w tym miejscu znajduje się salon fryzjerski.
- Trudno powiedzieć, że on jest fryzjerem - mówi o Kacprze Dorota Miśkiewicz, wokalistka. - On jest kimś więcej. To stylista. Kacper to osobowość twórcza. Jest blisko sztuki.
Kacper ma 28 lat, czarną długą brodę,w nosie kolczyk. Zawsze wolał chodzić do mamy do pracy niż do szkoły. Mama jest fryzjerką. Osiem lat temu przyjechał z Gdańska do Warszawy, by uczyć się w szkole charakteryzacji i został, bo posypały się liczne propozycje. I to takie, jakie nie mogły się zdarzyć w jego rodzinnym mieście. Baza klientów rosła siłą poczty pantoflowej. Najpierw jeździł do domów, potem trafił do prestiżowego salonu fryzjerskiego. Trzy lata się naginał: do stylu strzyżenia, do stylu bycia. Tylko u siebie czuje się niezależny. To on ustala warunki pracy, godziny, nastrój. Artyści fryzjerzy sprzedają nie tylko fryzury. Kacper Rączkowski jest autorem scenografii do filmu Ani Jadowskiej "Teraz ja". Pracuje też przy filmach dyplomowych w łódzkiej filmówce, wcześniej w Katowicach czesał do etiud filmowych. - Klimat tej pracy bardzo mi odpowiadał. To były improwizacje, happeningi. Odskocznia od codzienności - przyznaje Kacper.
Dorota Miśkiewicz swoją relację z Kacprem określa jako koleżeńską. - Mogę zadzwonić do niego niemal o każdej porze dnia czy nocy i, jeśli ma czas, przyjmie mnie. Nie muszę tego robić z wyprzedzeniem, jak w salonach - opowiada. Gdy ją czesze, gadają, plotkują. - Kacper poleca mi filmy, które powinnam obejrzeć. Słucham u niego ciekawej awangardowej muzyki. Cenię ten kontakt z awangardą, bo wywodzę się ze środowiska jazzowego - dodaje. Dorota, jak każda klientka Kacpra, sama myje głowę. Może pooglądać telewizję, pobawić się z psem, porozmawiać ze współlokatorami. Kacper tłumaczy: - W salonie fryzjerskim połowa klientów to ludzie, z którymi widzisz się po raz pierwszy i często ostatni. Pocztą pantoflową tworzy się grono osób, które powiązane są ze sobą nie tylko osobą fryzjera. To znajomi znajomych - dodaje. Ale nie jest to grono zamknięte. Kacper jeszcze nikomu nie odmówił, no chyba że z braku czasu. Kiedyś kolega po fachu chciał mu odstąpić klientkę, której sam nie mógł przyjąć. - Czy ty oszalałeś? - zapytał, gdy usłyszał, że Kacper bierze za strzyżenie 50 zł. - Może ja to lubię - mówi. I wiele od siebie wymaga. - Poprzednia szefowa pytała, kiedy będę w końcu zadowolony ze swojej pracy. Nigdy, odpowiadałem.
Potrafi słuchać
Krzysztof Kułagowski w ciągu półtora miesiąca ostrzygł półtora tysiąca osób. Pracował przy dwóch amerykańskich produkcjach filmowych, norweskich teledyskach. - Salon? Nie ma takiej potrzeby. Mam wystarczająco dużo pracy, choć się nie reklamujemy. Nie interesuje mnie praca przy taśmociągu. Do nas przychodzą tylko panie z polecenia. Kim są? To kobiety sukcesu. Neurolożki, genetyczki, modelki, pracownice banków. Aktorki czesałem już chyba wszystkie. Od Bożeny Dykiel przez Małgosię Foremniak po Kaję Paschalską. Długo przychodziła Małgorzata Pieczyńska. A ze świata muzyki: Maryla Rodowicz, Kora, Patrycja Markowska z tatą, oboje Wiśniewscy, Halinka Młynkowa.
Ceny są znormalizowane: strzyżenie do 100 zł, z farbą do 200 zł. Krzysztof nie jest związany z żadną firmą kosmetyczną. Prezes wielkiego koncernu przyjeżdżał z Hamburga. Proponował wakacje w Hiszpanii w zamian za podpisanie kontraktu. - Macie kiepskie rozjaśniacze. Do Hiszpanii mogę lecieć w każdej chwili. Więcej stracę, jeżeli kilka moich klientek będzie niezadowolonych - odpowiedział. Bo jemu chodzi o klientki. Snobizm? - Pasja - odpowiada Krzysztof. - Nie robię tego, żeby się lansować, bo jest moda na fryzjerów. Praca sprawia mi olbrzymią przyjemność. Żałuję nawet, że nie przychodzą do mnie klientki trzygłowe. Dla mnie jedna fryzura na jedną kobietę to za mało - dodaje.
- Krzysiek robi fryzury, które później można ułożyć w domu - zapewnia Fiolka. - Nie jest to szaleństwo mistrza, które żyje tylko do pierwszego mycia. I potrafi słuchać. Z klientkami gada o wszystkim. O seksie też. Ekstrawertyk, esteta, towarzyski. Szykuje party fryzjerskie. Kiedyś na Dzień Kobiet zaprosił swoje klientki na imprezę. Wynajął restaurację, były atrakcje. Jakie? Nie zdradzi. Były same panie. Skupia wokół siebie mnóstwo ludzi. Są przyjaźnie, jest pomoc. - Ktoś szuka do pracy brokera ubezpieczeniowego, dzwonimy do Natalii, ktoś inny potrzebuje dobrego lekarza, polecamy mu Kasię - opowiada.
Podoba mi się u Krzysztofa. Chcę, by mnie ostrzygł, zdaję się na niego. Zaznaczam tylko, że mam małe dzieci i nie mam czasu na żmudne układanie fryzur, i że u mnie asymetria nie wyjdzie, bo zawsze kończy się niesfornym loczkiem. Wychodzę w kolorze mrożonej czekolady i z podstępnie wyciętą (tyłem do lustra) asymetryczną grzywką. Buziak na pożegnanie. Loczek się nie zrobił. Mistrz?
Być tylko dla niej
Do Agnieszki Płusy, z powodu długich, czarnych loków zwanej Kręconą, przychodzą panie z czasopism, agencji reklamowych, prawniczki, kosmetyczki. Czeszą się u niej: Ilona Felicjańska, Anna Popek, Joanna Horodyńska, Maria Niklińska. Agnieszka nigdy nie pracowała w dużym salonie - taśmociągu. Owszem, była zatrudniona w renomowanej firmie fryzjersko-kosmetycznej, ale szkoliła tam fryzjerów, czesała do pokazów, gali, konferencji prasowych z udziałem gwiazd. Potem odeszła do salonu założonego przez kolegę na warszawskim Żoliborzu, gdzie lustra stały na drewnianych sztalugach i nie przychodził nikt przypadkowy. Kolega nie był fryzjerem, ale miał głowę do interesów. Agnieszka chciała być samodzielna, więc po dwóch latach odeszła. A z nią wszystkie jej klientki. Od niedawna można się u niej ostrzyc w prestiżowym salonie. Dużym, ale jest intymnie, kameralnie. To dla niej podstawa pracy. Jeden na jeden. Klientki tylko z polecenia. Tajemnica sukcesu? Agnieszka: - Kobieta musi czuć, że jest w centrum zainteresowania, a ja muszę być skupiona na pracy. Jeżeli ma się godzinę czy dwie tylko dla niej, jest szansa, że powstanie nić porozumienia. Robię wszystko od początku do końca, wybieram farbę, strzygę, modeluję. Dopóki jedna klientka nie wyjdzie z salonu, Agnieszka nie potrafi skoncentrować się na drugiej. Agnieszka lubi coś wiedzieć o swoich klientkach. Co innego zaproponuje dziewczynie, dla której najważniejsza jest teraz kariera, co innego matce małych dzieci. Jedna z jej klientek nosiła krótkie, bardzo nowoczesne fryzury. Gdy zaszła w ciążę, złagodniała, zapuściła włosy, a linie jej fryzur zrobiły się miękkie. Ilona Felicjańska poznała ją kilka lat temu. - Była mi bliska. Tak jak ja przyjechała z małego miasteczka, bo wiedziała, że tylko w Warszawie coś osiągnie. Było w niej wiele determinacji. Wiedziała, czego chce, więc jej zaufałam - mówi Ilona Felicjańska. Jest modelką, włosy to jej narzędzie pracy. Bez żalu radykalnie zmienia fryzury i nie jest przywiązana do jednego fryzjera. Do Agnieszki jednak wraca. - U niej nie boję się siadać w fotelu - mówi.
Koleżanki doradzają Agnieszce: "Jeździłabyś do kilku klientek do domu i byłabyś ustawiona". Tak zwane domówki to najdroższe usługi fryzjerskie, ostatnio bardzo w modzie, ale Agnieszka nie chce pracować w domowych warunkach. Czułaby dyskomfort, gdyby przy strzyżeniu nie miała odpowiedniego oświetlenia czy też fotela z regulowaną wysokością. Perfekcjonistka.
Moda i wygoda
Gabriela Sobczuk jest właścicielką świetnie prosperującej firmy Good Look. Fryzjer, kosmetyczka, masażysta, wizażystka, stylista z kreacją jadą ze swoimi usługami do klientki. Do domu, biura. - Dzisiejsze kobiety mają wymagania. To fachowiec musi dostosować się do ich warunków - twierdzi Gabriela. Skończyła szkołę charakteryzacji, zajmuje się wizażem. - Zauważyłam, że panie są coraz bardziej świadome. Pytają, jakie mam wykształcenie, jakie kosmetyki stosuję - dodaje Gabriela. Jej klientki to w większości zapracowane 30-latki. Fryzura z Good Look kosztuje 300 zł, a makijaż 200 zł.
Z firmą Gabrieli Sobczuk współpracuje Dorota Marczewska, fryzjerka z powołania, która swoje hobby uczyniła pracą zarobkową. Ma 26 lat, studiuje projektowanie stroju na łódzkiej ASP, pracuje przy pokazach mody znanych firm. Swoje klientki odwiedza w domach. Ma siedem stałych, u których bywa raz w miesiącu i sporo okazjonalnych. Przez ostatni rok zarobiła trzy razy więcej niż w roku poprzednim. - Podczas tych spotkań jest domowa, rodzinna atmosfera. Nakładam klientce farbę, ona je kolację, a ja strzygę męża. Gadamy, czas szybko leci.
Alicja Osińska, urzędniczka i stała klientka Doroty Marczewskiej długo pracuje. Nie wyobraża sobie jazdy do fryzjera po godz. 20. Woli raz na trzy tygodnie przyjąć Dorotę w domu. Polecili ją znajomi, kiedy szukała fryzjerki przed ślubem. Jej zdaniem fryzjer w domu to moda, ale i wygoda. Dorota jest ze swoimi klientkami w stosunkach koleżeńskich. Pamięta, żeby każdej złożyć urodzinowe życzenia, wychodzą razem na imprezy, do kina. - Przy takich układach trzeba się starać bardziej niż w salonie, bo tam i tak przyjdą klienci - mówi. - Plusem tej relacji jest to, że się dobrze znamy. Dokładnie znam oczekiwania klientki. Wyczuwam, kiedy ma lepszy humor i można jej zaproponować coś bardziej awangardowego.
Popularną usługą firmy Good Look staje się tzw. personal shopping. Korzystają z niej biznesmenki, aktorki, piosenkarki. Ze stylistą idzie się do sklepów wybrać ubranie. Na szkolenie, wesele, bankiet. Kosztuje to około 400 zł. Również panowie często chcą rady kogoś, kto dobierze im np. całą garderobę. - Wiedzą, jak zarobić pieniądze, ale nie wiedzą, jak je wydać, by dobrze wyglądać - mówi Gabriela Sobczuk. - Jest także moda na metroseksualnych mężczyzn, którzy pytają o kosmetyki do makijażu. Mieliśmy też dwie 14-letnie dziewczynki, którym mama sprezentowała spotkanie z wizażystką i stylistką, żeby wiedziały, jak się malować i ubierać. Przyszłe klientki Kacpra, Krzysztofa, Agnieszki?