Posadzeni w pierwszym rzędzie

Na pokazie mody równie ważne jak to, co na wybiegu, jest to, kto siedzi w pierwszym rzędzie. Moda to biznes i o tym, kto zostanie uznanym za VIP-a, nie decyduje tylko sympatia lub antypatia projektanta. Dobór gości i sposób ich rozsadzenia to skomplikowana procedura, która wymaga nieco więcej niż tylko znajomości savoir-vivre'u.

Przed swoim ostatnim nowojorskim pokazem Marc Jacobs głośno deklarował, że nie zamierza zapraszać celebrytów, bo są nudni. Tak naprawdę to nie chodziło wyłącznie o rozrywkę. Niektórzy projektanci celowo ograniczają dostęp gwiazdom, które nie potrafią się zachować. Najważniejszy jest wybieg i to, co na nim zostanie pokazane, nic dziwnego więc, że nie wszyscy twórcy i designerzy chcą, by większą uwagę przykuwali zaproszeni goście niż efekt ich ciężkiej pracy.

Pokaz Balenciaga

Ktoś jednak musi te ubrania zobaczyć, a sala nie pomieści wszystkich! Najważniejsi są klienci - bogaci i wpływowi, potem kupcy, czyli osoby odpowiadające za działy zakupów w dużych luksusowych domach towarowych i butikach, tzn. multibrandach. Na zaproszenie mogą liczyć też redaktorki i redaktorzy naczelni najważniejszych miesięczników modowych, krytycy i dziennikarki zajmujące się stylem. Nie można zapomnieć o stylistach ani przyjaciołach i rodzinie projektantów. Równie ważną grupa są gwiazdy, najlepiej te najpopularniejsze i najbardziej stylowe. Co roku lista się zmienia, ciągle ktoś z niej wypada, inni zyskują sympatię - PR-owcy i organizatorzy pokazów muszą trzymać rękę na pulsie, orientować się, kto w danym sezonie jest popularny i lubiany, kto z chęcią przyjmie zaproszenie, a kto będzie grymasił.

Pokaz Balenciaga

Sama lista osób, które chętnie widziałoby się na swoim pokazie to nie wszystko. Tych ludzi jakoś trzeba usadzić. To prawdziwa "żonglerka". Trzeba pamiętać, które redaktorki się lubią, a które niekoniecznie. Trzeba też podjąć tak ważne decyzje jak ta, kogo posadzić w pierwszym rzędzie - kto się nie obrazi za odległy czwarty, czy piąty rząd, komu nie będzie przeszkadzało, że jego konkurent z innego pisma siedzi nieco bliżej, więc widzi wybieg i ubrania nieco lepiej. Urażona ambicja może oznaczać kiepską recenzję pokazu lub brak zamówień na kolekcję. Animozje miedzy redaktorkami modowymi są znane, ale osoby, które odpowiadają za planowanie widowni i mają inny, równie ciężki orzech do zgryzienia - muszą na przykład pamiętać, by dziennikarzy z pism plotkarskich sadzać daleko od gwiazd i ludzi, którzy lubią plotkować, tak, by nie podsłuchali na przykład najnowszych doniesień z korytarzy Vogue'a czy Elle.

Bryanboy na pokazie Marc by Marc Jacobs

Do listy osób, które zaprasza się na pokazy, dołączyli też najpopularniejsi blogerzy. Obowiązkowo trzeba zaprosić Sartorialista, czyli Scotta Schumana, Garance Dore, Diane Pernet (i koniecznie posadzić ją w pierwszym rzędzie!), Bryanboy'a, Susannę Lau (Style Bubble) czy ulubienicę modowej branży, Tavi Gevinson. Oczywiście nie wszystkim piszącym dziennikarzom podoba się, że do ich grona dołączyli blogujący amatorzy - niektórzy nawet się z tym nie kryją, na przykład dziennikarka magazynu Grazia nie omieszkała napisać na Twitterze, że nie podoba jej się to, że na pokazie Diora posadzono ją za trzynastolatką. Oficjalnym powodem był fantazyjny kapelusz zaprojektowany przez Stephena Jonesa, który miał jej uniemożliwić oglądanie wybiegu. Jednak redaktorki serwisu Jezebel.com udowodniły, że tak naprawdę w grę wchodziła ambicja, urażona tym, że dziennikarkę posadzono w drugim rzędzie. Inni do obecności blogerów podchodzą nieco bardziej wyrozumiale, Simon Doonan, dyrektor kreatywny sieci luksusowych domów towarowych Barneys, żartował, że ma plan i na następny sezon, zamierza udawać jednego z blogujących. Sam jest niewysoki, więc założy coś ciekawego na głowę i będzie mówił, że jest nastoletnim blogerem z progerią.

Gdy gasną światła i na wybieg wychodzą modelki, organizatorzy pokazu mogą odetchnąć z ulgą, najtrudniejsza część pracy za nimi, teraz tylko wystarczy czekać na recenzje.

Paulina Kozłowska