Kulisy Paris Fashion Week: jak wygląda polowanie na zdjęcia street fashion?

Zasady street fashion są brutalne - największą wartość ma rozpoznawalność i uroda, "modelkę" dyskwalifikuje wiek i rozmiar powyżej 38. W Paryżu sprawdziłam, jak naprawdę wygląda szaleństwo wokół Tygodnia Mody.

Magia street

Tydzień Mody to dostępne dla garstki wybrańców pokazy i znacznie bardziej demokratyczna otoczka, która przyciąga tłum gapiów, fotografów i blogerów. Ci, którzy nie dostali tekturowych zaproszeń z kaligrafowanym nazwiskiem, bardzo chcieliby być wewnątrz. Dla nich zostaje tylko ten alternatywny, uliczny pokaz mody - wcale nie mniej ciekawy od wydarzeń z głównego kalendarza. Z dala od krzeseł z nazwiskami VIPów i stoiska z szampanem rozgrywa się drugie przedstawienie, w którym nawet goście z trzeciego rzędu mogą poczuć się jak pierwszoligowe gwiazdy, witane błyskiem kilkudziesięciu równoczesnych fleszy.

Dlaczego street fashion, czyli najprościej mówiąc zdjęcia dobrze ubranych ludzi na ulicy, stało się kluczową częścią tygodni mody? Zdjęcia street mają w internecie znacznie lepsze wyniki oglądalności niż fotosy samych kolekcji - wydają się bardziej przystępne. Nie ma tu konceptualnych stylizacji z wybiegu, są efektowne zestawienia "do noszenia". To nic, że większość gwiazd tej dziedziny mody to sypiące groszem rosyjskie milionerki albo blogerki ubrane w upominki od marek - jeśli koszt stroju ze zdjęcia przewyższa trzy pensje, zawsze można potraktować go jako inspirację. A pomysły gości pokazów haute couture są często ciekawsze niż kompozycje stylistek z magazynów.

Anna Dello Russo Dvora/REX Shutterstock / Dvora/REX Shutterstock/EAST NEWS

Anna Dello Russo, samozwańcza ikona street fashion

Jak znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie?

Jesteś w Paryżu / Londynie / Nowym Jorku podczas Tygodnia Mody i chcesz posmakować wielkiego świata? Nic łatwiejszego. Ja zdałam się na "owczy pęd". Wystarczy znać lokalizację jednego pokazu, a później włóczyć się za tłumem. Trzymałam się blisko grupki łysiejących panów z aparatami, kierując się zasadą "im większy obiektyw, tym większa znajomość tematu". Rzeczywiście, łowcy mody ulicznej z agencji foto bezbłędnie przeprowadzali mnie z miejsca na miejsce.

Zanim przyssiemy się jak pijawka, trzeba zlokalizować "pokaz zero", punkt startowy. Dla chętnego - nic trudnego. W programie Tygodnia haute couture podaje się zaledwie kilka lokalizacji, bardziej renomowane marki starają się utrzymać adres show w tajemnicy. Ale od czego jest Instagram? Zawsze znajdzie się ktoś na tyle nieistotny i na tyle dumny, bo pochwalić się zaproszeniem w społecznościówkach. Rewersem do przodu, żeby było widać, że zgadza się nazwisko.

On my way to #ChanelHauteCouture ! @chanelofficial #chanel #chanel3d #paris #couture #fashion

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Nga H Nguyen ???? (@ng.a)

 

W dodatku wiele marek dba o tradycję, organizując pokazy w jednej, ulubionej przestrzeni. Chanel słynie ze związków z Grand Palais - nie zmienia się lokalizacja, zmieniają dekoracje (ostatnio kasyno w stylu Monte Carlo). Z kolei reaktywowany dom mody Schiaparelli zaprasza gości do butiku przy Place Vendome 21, gdzie założycielka firmy stworzyła swój flagowy sklep na początku lat 30.

Fotografowani

Na pokaz podjeżdżają limuzyną, w najgorszym wypadku taksówką. Tam już czekają młodzi przystojniacy w nienagannych garniturach, gotowi otworzyć drzwi, podać pomocną dłoń i rozłożyć parasol. W tłumie fotografów czuć napięcie, zryw, który pcha ich do nadjeżdżającego wozu. Sęk w tym, że limuzyny mają przyciemniane szyby, więc z drugiej strony zawsze czeka niespodzianka. Czasem wysiada rozpoznawalna twarz, częściej - pani w pewnym już wieku, zamożna klientka projektanta. Wtedy tłumek odpuszcza, żeby nie przegapić kolejnej limuzyny. Zasady są brutalne - największą wartość ma rozpoznawalność i uroda, "modelkę" dyskwalifikuje wiek i rozmiar powyżej 38.

Zaskakujące, że dla fotografowanych cała sytuacja wydaje się zupełnie naturalna. Nie trzeba ich prosić o zgodę, sami zatrzymują się i ustawiają się w korzystnej pozie. Nawet jeśli udało im się już przekroczyć granice epicentrum fotograficznego szału i oddalić o kilkaset metrów. Najbardziej cierpliwe są młode i zamożne Rosjanki, najbardziej oporne - nonszalanckie paryżanki, które zdają się myśleć, "Merde, wpadłam tu po pracy, zmieniłam tylko torebkę, o co to całe zamieszanie?".

Street fashion - pokaz Ulyany Sergeenko haute couture fot. Lula.pl

Jedna z pań zaproszonych na pokaz Ulyany Sergeenko - dość niechętna fotografom, ale dodatki w punkt

Mimo pewnych oporów, goście pokazów couture mają znacznie mniej oporów i obsesji chronienia swojego wizerunku niż Polacy. Dotyczy to także dzieci. Zaskoczyła mnie Francuzka, która na pokaz Ulyany Sergeenko przybyła z dwiema córkami (przyznaję szczerze, nie wiem, czy jest gwiazdą czy "zwykłą śmiertelniczką"). Najpierw długo pozowała sama, później u boku nastoletniej pociechy, ubranej równie staranie i drogo, co mama. Młodsza córka cierpliwie przeczekała cała zamieszanie pod ścianą.

Rodzina w pełni oddana street fashion, Paryż, przed pokazem Ulyany Sergeenko fot. Lula.pl

Rodzina w pełni oddana street fashion: Francuzka z córkami przed pokazem Ulyany Sergeenko

Gdy na podjeździe dla limuzyn panuje przestój, fotografowie zaczynają cykać sobie zdjęcia nawzajem. A nuż agencja kupi ujęcie detalu torebki albo butów koleżanki po fachu? W cenie są także modelki, ale tylko gdy w zasięgu wzroku nie ma gwiazd albo popularnych redaktorek. Dlaczego są mniej pożądanym tematem dla fotografów? Bo wszystkie wyglądają tak samo. Umalowane i uczesane na potrzeby pokazu, stają się bliźniaczo do siebie podobne, zwłaszcza że na europejskich wybiegach wciąż dominują dziewczyny o białej skórze. Modelki łączy także pewnie mundurek - zabiegane między castingami, od wymyślnych stylizacji wolą zwykłe dżinsy, T-shirty albo koszule.

Street fashion - modelka po pokazie Schiaparelli Couture fot. Lula.pl

Modelka po pokazie Schiaparelli Couture w Paryżu

Polujący

Pod budynkiem, w którym odbywa się pokaz ze średniej półki, na oko zbiera się między 50 a 100 osób. W większości są oczywiście zawodowi fotografowie, objuczeni profesjonalnym sprzętem. Nie zdejmują palca ze spustu migawki, a z kilkudziesięciu ujęć danej sylwetki łatwo wybrać jedno perfekcyjne. W gorszej sytuacji są amatorzy z "małpkami" - z moim prostym, "wakacyjnym" aparatem wcale nie byłam osamotniona. Tym bez doświadczenia i parcia do sukcesu trudniej się przepchać, a konkurencja jest ogromna. Profesjonaliści są gotowi przebiec dziesiątki metrów i potrącić kogo bądź, by zdobyć najlepsze ujęcie uciekającej celebrytki.

Elena Perminova, Paris Couture Fashion Week fot. Lula.pl /East News

Chaos, który towarzyszy przybyciu spóźnionej celebrytki i zachwycający efekt ostateczny na profesjonalnym zdjęciu street fashion. Elena Perminova przed pokazem Ulyany Sergeenko

W tłumie łowców nie brakuje też tych, którzy aparat zostawili w domu. W dłoniach dzierżą smartfony - to łowcy selfie z gwiazdami. Tkwią nieruchomo i nie biegają za każdą fashionistką we wzorzystej spódnicy. Cierpliwie czekają na tę jedyną, ukochaną gwiazdę. Mniej wybredni są łowcy autografów, przedmiotu pożądania, zdawałoby się, minionej epoki. Ze swoimi notesikami podbiegają do wszystkich, którzy wyglądają na istotnych. Nigdy nie wiadomo, kto zyska nagłą rozpoznawalność, a wartość podpisu stanie się wymierna. W grupie fanów autografów dominują młode Chinki.

Przed pokazem Ulyany Sergeenko Couture fot. Lula.pl

Jedna z pań zaproszonych na pokaz Ulyany Sergeenko rozdaje autografy. Nie wiem, kto to jest. Pocieszam się, że redakcja Vogue.com też nie wie.

Czy warto uczestniczyć w szaleństwie tygodnia mody? Nie, jeśli mamy niewygodne obuwie i powolny aparat fotograficzny. W przeciwnym razie, to ciekawe i dość nietypowe doświadczenie, świetny punkt obserwacyjny na kulisy i zwyczaje świata mody. Na dłuższą metę bardzo jednak męczący. Ja wytrzymałam trzy pokazy. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko paryski upał.

Więcej zdjęć z Tygodnia Mody Haute Couture w Paryżu w GALERII