Kinga Rusin w "Gali" - wywiad i sesja

Jedna z najpopularniejszych polskich dziennikarek i prezenterek pojawiła się na najnowszej okładce "Gali". Zobacz zdjęcia i część wywiadu!

Kinga Rusin pojawiła się w najnowszym numerze "Gali". Opowiada w nim o starzeniu, przyjaciołach, muzyce, dystansie do siebie, medialnym szumie, który ją otoczył i życiu - tym rodzinnym i domowym oraz zawodowym. Przeczytajcie najciekawsze urywki wywiadu:

Pamięta Pani, co powiedział Oscar Wilde? Że najgorsze jest nie to, że jesteśmy starzy, tylko że wciąż nam się wydaje, że jesteśmy młodzi

Ale czy to faktycznie jest takie złe? Spotykam się z przyjaciółkami w moim wieku i wszystkim nam się wydaje, że jesteśmy młode, atrakcyjne i przed nami całe życie. "Dziewczyny, czy my nie żyjemy w jakiejś iluzji?" - pytam. Ale po wieczorze spędzonym przy kieliszku wina i dobrej muzyce na plotkach i rozmowach o wszystkim i o niczym, dochodzimy do wniosku, że nie żyjemy w iluzji. Naprawdę jesteśmy młode, atrakcyjne i przed nami życie (śmiech). Uwielbiam te spotkania, nic mnie nie "doenergetyzowuje" tak jak one!


I w dzień 40. urodzin nie odezwał się alarmowy dzwonek: "żegnaj młodości"?


W ogóle. Ale być może wyparłam takie myślenie. To był cudowny dzień, spotkałam się z przyjaciółmi, a niektórych nie widziałam od lat.


Przyjaciółmi w liczbie oszałamiającej - urządziła Pani przyjęcie na 200 osób i podobno byli to tylko najbliżsi. Zazdroszczę, ja mam tylko kilku przyjaciół.


Podobnie jak ja. A na przyjęcie urodzinowe zaprosiłam raptem niewielu spośród ludzi, którzy coś dla mnie w życiu znaczyli. Przyszły na przykład moje koleżanki z dziecięcego zespołu pieśni i tańca Varsovia działającego przy Mazowszu, w którym jako dziecko przez dziesięć lat tańczyłam. Przyniosły mi w prezencie strój do tańca góralskiego, bo kiedyś w takim tańcu tańczyłam solówkę. Nie odważyłam się jej powtórzyć (śmiech). Byli też koledzy ze studiów, pierwszych lat pracy, przyjaciele z różnych grup. Wszyscy się tłumnie stawili, bo w urodziny nie wypada odmówić. Z kolei wypada się dobrze bawić, żeby pokazać, że czas nie mija.

Słuchając Stockhausena była Pani pełna podziwu wobec dystansu, jaki miał do siebie. A Pani ma do siebie dystans?

Teraz tak, ale kiedyś miałam z tym problem. Wszystko traktowałam śmiertelnie poważnie, nie dając sobie szansy na popełnienie błędów. Kiedy zaczęłam pracować w telewizji, miałam 22 lata. Byłam dość naiwna. A ponieważ bardzo szybko dostałam bardzo dużo, straciłam dystans do życia. Wydawało mi się, że wszystko jest łatwe I natychmiast dostałam po głowie.

Dla wielu kobiet stała się Pani wzorem kobiety niezależnej. Ale druga strona tego medalu nie jest już taka przyjemna: "Niestety, za okładką idzie też wywiad. I tu już nie jest kolorowo", pisze jeden z opiniotwórczych dziennikarzy.

Za dwa lata będę obchodziła dwudziestolecie pracy w telewizji. To ja np. jako pierwsza przedstawiłam widzom Kubę Wojewódzkiego, bo to jego słowa pani przed chwilą przytoczyła. Zapowiadałam jego telewizyjny debiut w jednym z programów muzycznych, który zresztą razem wtedy poprowadziliśmy. Zabawne, prawda? Pracowałam w różnych miejscach i dużo widziałam. Za popularnością idą w parze miłość i nienawiść, czasem zawiść. Nie ma osoby, która się podoba wszystkim i którą wszyscy lubią. Wielu ludzi się zastanawia: "Co ona takiego w sobie ma? Dlaczego ona, a nie ja?!".


Jak dziś ocenia Pani swój udział w "Tańcu z gwiazdami", to była dobra decyzja?


Najlepsza, jaką mogłam podjąć. Bo gdyby nie udział w TzG, może trudniej byłoby mi się z innymi rzeczami przebijać. Nie napisałabym książki, nie stworzyłabym własnej marki kosmetyków. Wygrana, duże poparcie ludzi, którzy na mnie głosowali, dodała mi skrzydeł. Popularność jest u nas traktowana lekko. Komuś, kto ją zyskał, wydaje się, że dostał ją na zawsze. A ja widziałam już różne wzloty i upadki. I wiem, że popularnością można się cieszyć, ale też trzeba nią umieć zarządzać, bo jest ogromną wartością. To nie jest tak, że ja się w popularności pławię. Staram się tylko pozytywnie ją wykorzystać. Produkcja kosmetyków jest tego przykładem.


A jak wygląda Pani życie domowe? Macie w domu jakiś rytuał, np. kolację, przy której się wszystkie spotykacie?


Nic nie jest rutyną, wszystko się może zdarzyć i nic się może nie wydarzyć. I ja to lubię. Po drugie, rutyna zabija kreatywność. A ja lubię być kreatywna, tak w życiu jak i w kuchni. Ostatnio z Mediolanu przywiozłam ręcznie robioną czarną pastę z atramentem ośmiornicy. Dodałam do tego pomidory na ciepło i domowe pesto. Dzieci były zachwycone. Lubię zapraszać gości, ale przyjęcia na kilkanaście osób przygotowuję często w pół godziny: proste potrawy, sałaty, mięsa. Chcę, żeby wszyscy mieli z tego przyjemność, także ja.


Czuje się Pani kobietą spełnioną?


Czuję, że to mój dobry czas w życiu. Ostatnio zupełnie niewinnie na konferencji prasowej "You Can Dance", zapytana przez dziennikarza, czy jestem szczęśliwa, odpowiedziałam, że tak, jestem. Wywołało to falę dyskusji w internecie. Część ludzi mówiła, że z życia cieszą się tylko głupcy. A inni, że chwalenie się swoim szczęściem kłuje w oczy. Wychodzi na to, że w Polsce powinno się mówić, że się jest nieszczęśliwym. A za moimi słowami nic wielkiego się nie kryło, poza tym, że jest mi dobrze, że cieszę się z tego, kim jestem i gdzie jestem. Bo dlaczego tak ma nie być?

Po więcej zapraszamy do najnowszego numeru "Gali".

Zapraszamy do obejrzenia GALERII zdjęć Kingi Rusin dla dwutygodnika - co o nich sądzicie?

Kinga Rusin w