"Zaginiona dziewczyna" - o tym filmie się mówi. Arcydzieło czy zawód? [RECENZJA]

Hitowi New York Film Festival poświęcimy na Luli więcej miejsca. "Zaginiona dziewczyna" Davida Finchera to film, który trzeba znać, choćby po to, żeby nie wypaść z rozmowy w towarzystwie.

Na Luli (za) rzadko piszemy o filmach. Czytelnicy przychodzą tu przecież po zdjęcia z premier i uczciwą krytykę kreacji gwiazd. Czasem jednak robimy wyjątek - pisaliśmy o przełomowym w mówieniu o kobiecej seksualności "Życiu Adeli", wielokrotnie wracaliśmy do "Zniewolonego", który na nowo otworzył dyskusję o kolorze skóry i pięknie. Kino, o którym tu chcemy dyskutować, wpływa na popkulturę, show-biznes, czasem na dyskurs feministyczny. Kreuje nowe supergwiazdy, porusza aktualne problemy.

Twentieth Century Fox Film Corporation

"Zaginiona dziewczyna" jest na ustach wszystkich. Portale plotkarskie zachwycają się pierwszym biustem amerykańskiej Polonii (Emily Ratajkowski), showbizowe media rozpisują się o talencie i gracji Rosamund Pike, a serwisy dla kobiet analizują walkę płci w kontekście scen erotycznych z filmu. W biurze dziennikarze od technologii nie dyskutują już o grach wideo, a o konstrukcji scenariusza, w dziale lifestyle trwa kłótnia, czy Neil Patrick Harris umie zagrać rolę niekomediową. Na Facebooku znajoma krytyczka filmowa zachwyca się Davidem Fincherem, na imprezie kolega opowiada scenę z lotniska ("twincest" powinno stać się nowym ulubionym słowem fanów "Gry o Tron").

Najbardziej medialny film roku budzi też skrajne emocje. Przeważają zwolennicy, inni narzekają na wydumanie historii zaadaptowanej z powieści Gillian Flynn. Kilka mocnych zwrotów akcji sprawia, że widz, który nie miał do czynienia z powieścią, czuje, że traci grunt. Bo Fincher swobodnie bawi się konwencjami, a różnym wątkom opowieści nadaje różny klimat i stylistkę. Reżyser garściami czerpał z thrillerów o relacjach męsko-damskich z przełomu lat 80. i 90. Bawi się "Wojną państwa Rose", nie gardzi "Fatalnym zauroczeniem". W bardziej komediowym wątku sądowej obrony odwołuje się do tradycji najlepszych filmów i seriali prawniczych z wątkiem cynicznego, bystrego jak brzytwa "adwokata diabła". Nie brakuje też parodii komedii romantycznej.

GONE GIRL, from left: Rosamund Pike, Ben Affleck, 2014. ph: Merrick Morton/TM & copyright ?20th Century Fox Film Corp. All rights reserved/courtesy Everett CollectionEastNews

Opowieść Finchera pełna jest zaplanowanych zgrzytów i niespodzianek. Zgorzkniała wersja Bridget Jones okazuje się narratorem niewiarygodnym, Affleck - obiekt fantazji erotycznych całego miasteczka, jest niezdarny, trochę przyciężki i ciężko też myśli. Ratajkowski gra wcielony stereotyp lolitki, a Neil Patrick Harris jest tak sztywny i robotyczny, że widz ciągle zastanawia się, czy jest on psychopatycznym drapieżnikiem czy nieprzystosowaną społecznie ofiarą. Nie mówiąc o zabiegach stricte filmowych - Nick i Amy Dunne (Affleck i Pike) grają dwie bliźniacze sceny jak z banalnego horroru. Wyglądają za drzwi, później za moskitierę i... nic. Taki żart reżysera.

Jeśli przyjmiemy, że Fincher prowadzi nas przez skrajnie pesymistyczny dramat małżeński, robi to zupełnie inaczej niż jego poprzednicy. Tworzy trochę odrealniony świat, w którym duszna prowincja miesza się z supernowoczesnym luksusem, a odbiciem wszechobecnego obiektywu paparazzi staje się panoptyczna przestrzeń luksusowej posiadłości, w której każdy zakątek obserwują kamery monitoringu (nie zdradzimy jej funkcji w filmie). Kamery, aparaty i mikrofony przypominają nam, że oglądamy nie tyle opowieść o umieraniu miłości, a ironiczny manifest społecznego teatru. Portret świata, w którym to percepcja i medialna prezentacja są najważniejsze, a postacie są mniej lub bardziej uzdolnionymi graczami na planszy.

Mistrzami póz, pozorów i ról okazują się kobiety - w końcu tytułowa zaginiona bohaterka od kołyski prowadziła podwójne życie. Jej filmowi rodzice (rewelacyjne epizody Lisy Banes i Davida Clennona) są autorami cyklu książek "Cudowna Amy", w których alter ego bohaterki zawsze skakało wyżej, uśmiechało się szerzej i grało na wiolonczeli piękniej niż ona. Nie było jednak w połowie tak sprytne...

"Zaginiona dziewczyna", reż. David Fincher, 149 min, w kinach od 10.10.2014


Kochasz kino? Ozdób mieszkanie sitodrukami inspirowanymi filmem i TV: