Lana Nguyen: Moja egzotyczność raczej mojej marce pomaga niż przeszkadza. Chociaż starsze panie czasem lubią powiedzieć coś niemiłego... [WYWIAD Z PROJEKTANTKĄ]

Pochodzi z Wietnamu, ale pracuje w Polsce. Jej sylwetka różni się od figury polskiej kobiety - nawet rozmiar XS jest na nią za duży. A jednak robi karierę jako projektanta. Słynny biały T-shirt z napisem "Varsovie" to jej dzieło. Sama na siebie zarabia, nikogo nie prosi o pomoc, właśnie do swoich kolekcji wprowadziła bieliznę, którą już nosi blogerka Maffashion. Poznajcie Lanę Nguyen!

Lana Nguyen i Natalia Hołownia podczas wywiadu dla Lula.plLana Nguyen i Natalia Hołownia podczas wywiadu dla Lula.pl Krzysztof Adamek Krzysztof Adamek

Lana, jak trafiłaś do Polski?

Mój tata, Wietnamczyk, otrzymał stypendium i wyjechał na studia do Rosji. Zrobił tam doktorat z chemii, po czym zaproponowano mu pracę w Polsce, w Instytucie Chemicznym. Miałam dziewięć miesięcy i mieszkaliśmy jeszcze w Wietnamie, w Hanoi. Tam też się urodziłam. Tata wkrótce ściągnął całą rodzinę do Polski. Gdy zaczęłam studia, rodzice powrócili do Wietnamu. Chyba czekali, aż razem z siostrą osiągniemy pełnoletność i będziemy już na tyle dojrzałe, że będą mogli nas spokojnie zostawić same w Polsce

Od razu dostałaś obywatelstwo polskie?

Nie, mam je od stosunkowo niedawna, o jakichś trzech lat. Wcześniej prawo polskie wymagało ode mnie zrzeknięcia się obywatelstwa wietnamskiego. Nie chciałam tego robić. Na szczęście potem prawo się zmieniło i mogłam mieć dwa obywatelstwa. Tu się wychowałam, tu odebrałam edukację. Dziś mówię zdecydowanie lepiej po polsku niż po wietnamsku.

Spotkałaś się kiedykolwiek z dyskryminacją rasową w Polsce?

Odkąd jestem pełnoletnia, praktycznie się to już nie zdarza. W Warszawie nikogo nie dziwi, że na ulicach widzimy Azjatów czy osoby ciemnoskóre. Jednak wciąż zwraca się na nas uwagę. Gorzej było, gdy dorastałam, a głównie wtedy, gdy byłam w wieku przedszkolnym. Wiadomo, dzieci to dzieci, dużo rzeczy im się wybacza, dużo się zapomina. Bardziej bolały niegrzeczne komentarze i uszczypliwości ze strony... starszych pań. Nieraz dziwnie mi się przyglądały, gdy czekałam na autobus na przystanku, i wypowiadały pod nosem niemiłe komentarze. Mam na myśli naprawdę starsze panie, już wręcz babcie, siwowłose i malutkie.

Krzysztof Adamek

A dziś czujesz się Polką?

Czuję się i Polką, i Wietnamką. Balansuję między tymi dwoma światami, między dwiema skrajnie różnymi kulturami. Gdy zaczynam mówić po wietnamsku, to mam wrażenie, że przełącza mi się osobowość. Dodatkowo język wietnamski jest bardzo głośny, specyficzny, więc jak rozmawiam na przykład z mamą przez telefon gdzieś w centrum Warszawy, to wszyscy myślą, że mamy jakąś wielką kłótnię (śmiech). A nasza ojczysta mowa po prostu tak brzmi. Z rodzicami zawsze rozmawiam tylko po wietnamsku.

Odwiedzasz Azję przynajmniej raz w roku. Jak jest teraz w Wietnamie?

Wietnam jest komunistycznym krajem, jednym z niewielu, no ale komunizm jest tam wciąż obecny, choć może nie tak bardzo odczuwalny na co dzień, jak kiedyś. Dużo się zmieniło. Obecnie gospodarka pędzi w Wietnamie tak, jak w Polsce ponad 20 lat temu. Ludzie są bardzo otwarci na wzorce zagraniczne, zwłaszcza ze Stanów Zjednoczonych. Bardzo rozwija się także rynek mody. Jest teraz mniej więcej na podobnym etapie, co moda w Polsce. Zaczęto doceniać lokalnych projektantów, więc wielu młodych ludzi, którzy wyjechali do Europy na studia projektowania ubioru, teraz powraca do Wietnamu, by tam sprzedawać swoje projekty i rozkręcać swoje marki.

Sprzedajesz tam swoje projekty?

Jeszcze nie, ale niedawno dostałam ciekawą propozycję z ambasady Polski w Wietnamie. Zaproponowano mi, żebym przygotowała pokaz na dużą uroczystość. Jednak nie ustaliliśmy jeszcze żadnych szczegółów. Myślę, że byłaby to świetna okazja na debiut mojej marki w mojej ojczyźnie.

Myślisz, że twoja egzotyczność to atut dla twojej marki?

Na pewno ta egzotyczność nie przeszkadza, a raczej przyciąga. Ludzie chcą poznać moją historię, dowiedzieć się, skąd się wzięłam, jak to się stało, że mam w Polsce swój własny sklep. Ta ciekawość zachęca do kontaktu. Co zabawne, rzadko kto wymawia całą nazwę mojej marki, czyli Lana Nguyen . Mówią raczej: kupiłam to u Lany , idę do Lany , Lana robi pokaz (śmiech). Rozumiem, że to nazwisko nie jest dla Polaków najłatwiejsze, ale w Wietnamie jest równie popularne jak Kowalski czy Nowak (śmiech). W Wietnamie jest zresztą tylko kilka głównych nazwisk. A ród Nguyen to była dynastia arystokratyczna.

Czyli jesteś wietnamską księżniczką?

Bardzo lubię tak myśleć i właśnie to sobie wmawiam i w to wierzę (śmiech). Moja marka lansuje nawet taki wizerunek współczesnej słodkiej księżniczki. Wiadomo, każda dziewczyna chciałaby być księżniczką, więc staram się spełnić ich marzenia. Moje pastelowe sukienki są magiczne, bajkowe, są stworzone na specjalne okazje. Chcę, by towarzyszyły moim klientkom w najważniejszych i przełomowych momentach.

Krzysztof Adamek

Jak twoją markę przyjęło polskie środowisko związane z modą?

Gdy założyłam markę, miałam tylko 22 lata. Branża przyjęła mnie ciepło i dobrze. Na początku nie miałam żadnych narzędzi PR-owych ani marketingowych, nie stać mnie było na reklamę. Po prostu założyłam markę i umożliwiłam od razu sprzedaż online oraz otworzyłam moje małe atelier na Nowym Świecie. Przyjęcie było bardzo dobre, a marka wzbudziła zainteresowanie, bo większość osób uznała, że jest to marka zagraniczna. Wiadomo, wyglądam jak wyglądam, mam typowe azjatyckie rysy, raczej nie przypominam Polki (śmiech). Dzięki sile social media i poczcie pantoflowej coraz więcej kobiet dowiedziało się o mojej marce i moich produktach. I jakoś to poszło.

Kim są twoje klientki?

Na pewno identyfikują się z moją marką. Raczej nie są to przypadkowe osoby, które po prostu przechodziły Nowym Światem i postanowiły zajrzeć do mojego butiku. To raczej kobiety, które śledzą moje social media, wiedzą, jak nasz produkt powstaje, skąd biorą się inspiracje do kolejnych kolekcji. One nie kupują gotowego produktu, tylko kupują całą historię z nim związaną. Linia Pink Sugar jest adresowana do młodych dziewczyn, a linia Classic do nowoczesnych, niezależnych kobiet pracujących, które chcą być i kobiece, i sexy. Moje ubrania są sensualne, podkreślają talię i kobiece kształty, ale nie robią tego wulgarnie. Są delikatne, dziewczęce. Dzięki moim projektom kobiety zyskują świetne narzędzie do wyrażania siebie.

Jesteś bardzo drobniutka i niska. Z takiej filigranowej budowy słyną Azjatki. Musiałaś się nauczyć wymiarów Polek?

Jeżeli chodzi o rozmiarówkę, to tak, musiałam dobrze poznać sylwetkę polskiej kobiety, bo znacznie się ona różni od sylwetki Wietnamki. Na mnie wszystko w moim butiku jest sporo za duże (śmiech). Pływam nawet w polskiej XS-ce, sięga mi ona do kostek. Mamy więc w butiku specjalną rozmiarówkę "dla Lany" (śmiech). Jednak mentalnie są to kreacje dla mnie - każdą z nich bym założyła, każda wpisuje się idealnie w mój gust

A masz już swoich fanów w Wietnamie?

Na Instagramie obserwuje mnie kilkaset Azjatów, ale myślę, że zakupy online są jeszcze ciągle w Wietnamie za drogie. Jednak kiedyś bardzo chciałabym wejść na tamtejszy rynek. Gdy lecę w odwiedziny do rodziców, to zabieram moje katalogi. Z Wietnamu przywożę z kolei różne tkaniny i ozdoby, które potem wykorzystuję w kolekcjach.

Moda była twoim planem na życie od zawsze?

Modę zawsze kochałam, jednak wśród Azjatów panuje przekonanie, że najlepiej zajmować się przedmiotami ścisłymi. Dlatego myślałam o studiach z matematyki, fizyki czy z chemii, jak mój tata. Ale ostatecznie poszłam za głosem serca. Dostałam duże wsparcie od rodziców. Od razu po maturze tata postanowił: No to teraz idziemy kupić maszynę do szycia , a ja postawiłam na studia z projektowania ubioru. Dziś bardzo się cieszę z tej decyzji. Otóż kiedyś sądziłam, że studia z nie będą mi do niczego potrzebne, że doskonale obejdę się bez nich. A jednak są ważne, bo motywują, inspirują, rozwijają oraz dają kopa do pracy. Poza tym nauczenie się warsztatu jest niesamowicie ważne - nauka szycia, kompozycji oraz profesjonalnego tworzenia całej spójnej kolekcji to klucz do sukcesu w tym zawodzie. Dziś mogę się pochwalić tytułem magistra sztuki.

Krzysztof Adamek

Co najlepiej się sprzedaje?

W tym roku linia klasyczna. Powstała dopiero rok temu, wcześniej sprzedawałam głównie rzeczy młodzieżowe. Żartuję, że moje klientki dojrzewają razem ze mną. Linia Classic to stroje biznesowe i koktajlowe, idealne i do pracy, i na wieczór. Świetnie sprzedają się też bawełniane bluzy z napisami takimi jak Stressed, depressed but well-dressed czy Varsovie . Są to fajne, niezobowiązujące bluzy dla każdego, niezależnie od okazji, a hasła na nich umieszczone są chwytliwe. Na takie projekty zapanowała zresztą moda w całej Polsce. Po pierwsze, ze względu na dość niską cenę, a po drugie dlatego, że są po prostu fajne. Bluzy to też całoroczny produkt, co jest bardzo opłacalne dla marki.

Projektujesz też dla dzieci?

Tak, przygotowałam kolekcję dla dzieci na specjalne życzenie moich klientek. To taka miniaturka linii kobiecej. Panie często przychodziły do mojego butiku z malutkimi córkami i pytały, czy jest coś dla dzieci. Pomyślałam więc, że warto coś przygotować i dla mamy, i dla córki. Teraz mamy często przesyłają nam zdjęcia z córkami ubranymi identycznie jak one, z takimi swoimi uroczymi małymi klonami. To słodkie.

W przeciwieństwie do innych polskich projektantów, nie organizujesz dużych pokazów, ale małe prezentacje. Jakiego rzędu jest to wydatek?

Ostatnia prezentacja to koszt ok. 12-15 tys. złotych . Ta kwota jest do przełknięcia, ale na szczęście często mam wsparcie sponsorów. Dzięki temu nie pokrywam stu procent wydatków.

Podobno Polacy prawie w ogóle nie kupują nowych ubrań, a jeszcze rzadziej kupują u polskich projektantów, bo ubrania są bardzo drogie.

Klient nie do końca jest świadomy tego, co kupuje, i uważam, że misją projektanta jest budowanie takiej świadomości. Czasem się zdarza, że moja klientka mówi: Widziałam podobną sukienkę w sieciówce, a cena była trzy razy mniejsza . Cóż, ja trzy razy tańszej ceny nie potrafię uzyskać, ponieważ produkuję tylko w Polsce , wybieram najlepsze tkaniny, dbam o każdy detal, przed ostatecznym wykonaniem najpierw odszywam i testuję prototyp kreacji. To wszystko, plus utrzymanie butiku i pracowników, kosztuje. Dlatego projektant nie może rywalizować z cenami dostępnymi w sieciówkach, które produkują w Chinach czy w Bangladeszu w setkach ilości . Chciałabym, żeby klient był bardziej świadomy, jak mój produkt powstaje, z czego jest wykonany i że jego jakość jest zdecydowanie wyższa niż jakość rodem z sieciówki. To nie są rzeczy z taśmy produkcyjnej, które potem pojawiają się na ulicach w tysiącach egzemplarzy. Dla świadomego klienta to bardzo ważne, że ma coś jakościowego i unikatowego.

Butik w samym centrum Warszawy, w starej kamienicy, w świetnym punkcie, to na pewno bardzo duży koszt. Utrzymujesz go tylko z samej sprzedaży swoich projektów?

Tak, nie jest to mała suma, ale jak na razie opłacam moje atelier z pieniędzy zarobionych na sprzedaży kolejnych kolekcji. Nie korzystam z pomocy finansowej rodziców. Butik zaczął na siebie zarabiać już jakieś pół roku po założeniu marki. Teraz zaczyna się trochę pod górkę, bo założyłam nowe linie. Wcześniej było tylko szycie na miarę, potem powstała moda codzienna, Pink Sugar , następnie linia Classic oraz linia dziecięca. Już mogę też mówić o małych zaczątkach linii męskiej, a teraz wprowadzam do oferty koronkową bieliznę damską.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Lana Nguyen (@lananguyencom)

Cały czas się rozwijam, ale też stale inwestuję w moją markę. Gdy widzę, że coś chwyciło, coś idzie na przód, to od razu inwestuję w rozwój tego projektu. Wbrew pozorom, mimo że moja marka jest stosunkowo młoda i mała, jest to duża produkcja. Każda z rzeczy w każdej z linii występuje w różnych kolorach i rozmiarach, więc robi się z tego całkiem spora ilość. Nie dokładam do mojego biznesu, ale przyznaję, że nie jest lekko.

Więcej zdjęć z wywiadu znajdziecie w naszej GALERII , a TUTAJ obejrzycie nową kolekcję Lany Nguyen

Krzysztof Adamek

Więcej o: