Zakochani do szaleństwa

Lekarze mówią, że stan zakochania jest - pod względem pracy mózgu, naszych zachowań i reakcji - zbliżony do stanu... choroby psychicznej. Jesteśmy ?opętani? miłością, nieobliczalni, poddani całkowicie drugiej osobie, ale wcale nie chcemy wyzwolić się spod jej kontroli. Pogrążamy się w słodkim szaleństwie...
Jak przychodzi miłość? Czasem pakuje się do ciebie frontowymi drzwiami - otwiera je z hukiem, bez pukania i pytania o zgodę. Nie interesuje jej, czy jesteś na nią gotowy, czy masz dla niej miejsce w swoim życiu. Staje przed tobą, patrzy ci wyzywająco w oczy, wyciąga po ciebie rękę i już wiesz, że przepadłeś, że wtargnęła w twoje życie. Serce ci wali, w głowie kłębią się myśli, a ciało płonie... Chcesz uciekać ogarnięty nagłym przerażeniem: "co się ze mną dzieje?", ale... nie możesz. Stoisz jak wryty, bo tak naprawdę każdą komórką ciała pragniesz zostać, chcesz pozwolić, by ona cię dosięgła, otuliła, porwała i uniosła... I niech się dzieje, co chce. Takie gwałtowne uczucie, zwane przez zakochanych miłością od pierwszego wejrzenia, a przez psychologów piorunem sycylijskim, nie spotyka każdego. Ci, którzy go nie doświadczyli, mówią o nim z niedowierzaniem i lekką pogardą, a może... z zazdrością? Jednak ci, którym choć raz w życiu przydarzył się taki poryw uczuć i namiętności, wiedzą, że to nie żaden mit. Że można spojrzeć na kogoś, pobyć z nim przez chwilę, usłyszeć jego głos, zobaczyć, jak się uśmiecha, jak odgarnia ręką włosy, posłuchać, co mówi i... wpaść po uszy. Można też wpaść w kłopoty, bo o jasnym myśleniu, realnej ocenie ryzyka, kalkulowaniu zysków i strat przy takiej lawinie emocji i dawce pożądania po prostu nie ma mowy. Nawet gdybyś próbował oprzeć się tej fali, nie dasz rady. Musisz płynąć razem z nią.

I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej

Czasem miłość wybiera łagodniejsze formy wejścia w nasze życie. Kręci się wokół, zagląda dyskretnie do okien, zanim zdecyduje się zapukać do drzwi. Daje nam czas na oswojenie się z myślą, że jest już tuż - tuż... Na przyjrzenie się osobie, którą przed nami stawia, docenienie jej zalet, na otwarcie serca. A kiedy wreszcie zostanie przyjęta, rozkręca się, przybiera na sile i prędkości niczym tocząca się kula śnieżna lub tramwaj... zwany pożądaniem. I pędzi ku miłosnemu zatraceniu.

Gdy zakrada się podstępem

Bywa jednak i tak, że miłość najpierw usypia naszą czujność, pokazując osobę, która wcale nam się nie podoba - ba, budzi niechęć, a nawet wrogość. Gdy znajomość się rozwija, ta antypatia nie wiadomo kiedy staje się wyzwaniem, próbą sił i jakoś niechcący przeradza się w zupełnie inny rodzaj zainteresowania... Zanim się zorientujemy, jesteśmy zakochani do szaleństwa w swym niedawnym wrogu. Jedno jest pewne, gdy miłość postanawia do nas przyjść - jakąkolwiek drogą - nie uciekniemy przed nią... musimy ją przyjąć.

Jak to się zaczęło?

Do zwierzeń na temat tego, jak narodziła się ich miłość, udało nam się namówić kilka sławnych par. Posłuchajcie, jak szaleli z miłości, jak drżeli z niepokoju...

Ewa Bem i Ryszard Sibilski

Ewa Bem: Kilka dni temu obchodziliśmy 25-lecie naszego związku. Pięknego, trwałego, wyśnionego związku. Poznaliśmy się z mężem na festiwalu Jazz Jamboree. W pewnym momencie po prostu wpadliśmy na siebie. I wtedy właśnie nastąpiło nasze wielkie miłosne bum. Musiała zadrżeć ziemia, bo jemu wszystko wypadło z rąk - upuścił teczki, papiery i dokumenty, które niósł, a ja stałam, jakby mnie piorun wbił w ziemię. I tak patrzyliśmy na siebie, oszołomieni, nie mogąc wydobyć jednego słowa. Widziałam takie romantyczne sceny w filmach, ale nigdy nie sądziłam, że mogą przydarzać się w prawdziwym życiu. Jeszcze tego samego wieczoru spotkaliśmy się, by spokojnie porozmawiać. Gdy słuchałam Ryszarda, czułam, jak z każdą chwilą coraz bardziej tonę w jego słowach. Po prostu mnie zaczarował.

Ewa i Jacek Cyganowie

Jacek Cygan: Nasza historia, nasze poznanie, w ogóle całe nasze zakochanie miało podłoże i tło teatralne. Pamiętam, jak występowałem jako student w Teatrze Słowackiego w Krakowie. To było podczas XIII Festiwalu Studenckiego, a ja grałem w przedstawieniu "Nasza Basia kochana". W pewnym momencie do garderoby wpadła blondynka z promiennym wzrokiem. Patrzy na mnie i pyta: "A gdzie nasza Basia kochana?" Odpowiedziałem: "Jestem". A ona: "A gdzie reszta?" Ja na to: "Artyści idą powoli". Dziewczyna uśmiechnęła się i zamknęła za sobą drzwi, ale już wtedy poczułem, że to jej pytanie, a szczególnie ostatni jego człon "kochana", sprawił, że coś w nas drgnęło. Po tej rozmowie ta cudowna blondynka, Ewa, przychodziła do nas coraz

częściej... Uczucie dojrzewało stopniowo, jednak zatliło się w sercach właśnie wtedy.

Weronika i Cezary Pazurowie

Weronika Pazura: To uczucie było niczym błyskawica. Przyszło nagle i niespodziewanie. Całe życie czekałam na tego jedynego i pewnego dnia on po prostu wyrósł spod ziemi. Spotkałam się z Czarkiem i po trzech godzinach rozmowy z nim zakochałam się po uszy. Nie potrafiłam tego opanować w żaden sposób. Totalnie zwariowałam na jego punkcie, czułam, że trawi mnie wewnętrzny ogień. Przyznam, że u męża trwało to troszkę dłużej, ale wkrótce też zaczął żywić do mnie gorące uczucie. Jesteśmy już ze sobą 12 lat, a ja pamiętam to tak, jakby wydarzyło się wczoraj.

Ewa i Krzysztof Krawczykowie

Ewa Krawczyk: To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Ani u mnie, ani u Krzysztofa. Poznaliśmy się w Stanach Zjednoczonych. Krzysztof od razu zaproponował spotkanie, ale ja odmówiłam. Pracowałam wtedy w delikatesach. Przychodził wiele razy i nagabywał, a ja ciągle nie i nie. W końcu uległam namowom koleżanek, które powiedziały mi, że będziemy miały supertemat do ploteczek. Krzysztof ujął mnie tym, że był taki opiekuńczy. Potrafił rozmawiać i słuchać, a ja byłam straszną gadułą. Po pracy biegałam na spotkania z nim, a on mówił: "No nareszcie, moja krakowska kiełbasa przyszła". Złościłam się wtedy na niego, bo co to za określenie? Ale on mówił to w żartach, kiełbasa krakowska kojarzyła mu się z delikatesami, a więc i ze mną. Uczucie stopniowo się w nas rozpalało, ale gdy wybuchło, to z wielką siłą.