Lubię mówić o seksie

To wspaniałe, że dziś mogę być z mężczyzną nie dlatego, że mnie utrzymuje, że jestem zależna. Chcę być z nim, bo daje mi uczucia, których nie może mi dać nikt inny
Z Julie Delpy rozmawia Karol Krupski

Czy seks rzeczywiście jest tak ważną sprawą we francuskiej świadomości, jak to wynika z pani filmu '2 dni w Paryżu'? Wszyscy ekschłopcy Marion myślą tylko o jednym. A jej chłopak Jack jest tym przerażony i z czasem zaczyna wpadać w paranoję.

No cóż, jest bardzo ważny, bez niego Francuzi już dawno by wyginęli (śmiech). A mówiąc serio, to rewolucja seksualna dała nam prawo do rozmów na te tematy bez ogródek i chętnie z tego korzystamy. Lubię poruszać tematy związane z seksem w moich filmach, lubię dosadność, chociaż z drugiej strony bardzo nie lubię wulgarności.

A Jack wpada w paranoję przez splot 'nieszczęśliwych' wypadków bardziej niż przez jakieś realne wydarzenia. Choć chyba prawdą jest, że Amerykanie mają większe problemy z mówieniem swobodnie o tych sprawach niż Europejczycy. Tak przynajmniej to wygląda z mojej perspektywy, bo połowę życia spędzam we Francji, a drugą połowę w Stanach.

Jaki wpływ na relacje damsko-męskie miała rewolucja seksualna? Możemy zacząć robić bilans.

Przede wszystkim myślę, że mężczyźni ją przegrali, to znaczy mają dziś dużo trudniej, niż mieli kiedyś. Rzadko są dzisiaj jedynymi żywicielami rodziny, obecnie kobiety często zarabiają więcej od swoich facetów i to dla wielu z nich jest ciężkie do zniesienia. Tak więc pewien model relacji odchodzi na zawsze do lamusa, jednak ci mężczyźni, którzy zaakceptują ten nowy układ sił, mogą na tym wiele zyskać.

Mam olbrzymi szacunek dla mężczyzn, którzy godzą się z kobiecym pierwiastkiem w sobie, nie kryją swojej wrażliwości i potrafią wchodzić w nowe role. Kiedy np. mężczyzna decyduje się zostać z dzieckiem, podczas gdy kobieta pracuje, to jest coś wspaniałego! I bynajmniej nie ujmuje to nic a nic jego męskości, wręcz przeciwnie - wtedy staje się naprawdę męski.

Co w takim razie powinny zrobić kobiety, żeby mężczyźni nie poczuli się zbędni?

Po prostu ich kochać. I pozwalać się kochać. Według mnie to wspaniałe, że dziś mogę być z facetem nie dlatego, że mnie utrzymuje, że jestem od niego zależna, ale dlatego, że go wybieram, że w pełni świadomie chcę być konkretnie z nim i z nikim innym, bo daje mi rzeczy niematerialne, daje mi uczucia, których nie może mi dać nikt inny.

Jednym z ważnych momentów tej rewolucji były wydarzenia Maja '68 roku we Francji. Pani filmowa mama, która jest też pani prawdziwą mamą, wspomina z rozrzewnieniem tamte czasy, mówiąc w pewnym momencie do przerażonego Jacka: 'Seks to była wtedy niezła zabawa - wszyscy ze wszystkimi!'. Fajnie było wznosić barykady, obalać stary porządek, ale czy ta zdobyta wolność dała im i czy daje dziś nam szczęście?

Myślę, że tak. Oczywiście pewnych problemów w naszych relacjach żadne rewolucje nie zmienią - ludzie zawsze będą się zakochiwać, rozstawać, zdradzać i tu nic nie jesteśmy w stanie zmienić. Ale fakt, że moja matka wywalczyła dla mnie jako kobiety prawo do bycia traktowaną na równi z mężczyznami, to rzecz nie do przecenienia. Dziś mogę robić co chcę z moim życiem, podczas gdy jeszcze w latach 50. byłabym naszprycowaną valium matką pięciorga dzieci niemającą prawa nawet pisnąć przy swoim mężu i pewnie skończyłabym tragicznie, podcinając sobie żyły albo przedawkowując środki nasenne, tak jak robiło, niestety, wiele kobiet w tamtych czasach.

Pani film jest zabawny, ale to jednocześnie bezwzględna diagnoza współczesnych związków damsko-męskich. Dlaczego tak trudno nam ułożyć sobie życie z drugim człowiekiem?

To wielka sztuka ułożyć sobie związek. Nie ma chyba większego wyzwania w życiu. Ja w tej chwili żyję w bardzo szczęśliwym związku, ale wiem dobrze, ile wymagało to od nas obojga pracy, dobrej woli itd. Budowanie związku to jak tworzenie bardzo skomplikowanej budowli. Jeżeli chcemy, żeby była piękna, harmonijna i trwała, musimy zachować wszystkie prawa sztuki budowlanej tak jak to robili starożytni Grecy.

I myślę, że im ktoś wrażliwszy, bardziej wymagający, tym to wszystko jest trudniejsze. Kiedy patrzę na moje przyjaciółki, widzę, że stabilizacja uczuciowa przychodzi tak niedługo po trzydziestce - wtedy ma się już dość doświadczeń, żeby stworzyć coś naprawdę trwałego, dopiero wtedy się tak naprawdę dojrzewa.

Dlaczego nakręciła pani komedię?

Bardzo lubię ten gatunek i dobrze się w nim odnajduję od każdej strony. Czuję dużą łatwość pisania tekstów komediowych, lubię grać w komediach, no i okazało się, że chyba umiem je reżyserować.

A tak naprawdę komedia to dla mnie rodzaj terapii. Wiem, że może na taką nie wyglądam, ale miałam w życiu bardzo trudne okresy, bardzo trudne dzieciństwo i humor zawsze był dla mnie ostatnią deską ratunku, pozwalał mi przejść przez te najgorsze chwile, w jakimś sensie zastępował mi terapię.

Prócz tego, że gra pani główną rolę, '2 dni w Paryżu' są przez panią napisane i wyreżyserowane, można więc powiedzieć, że jest to kino autorskie. Może pani wymienić swoje filmowe inspiracje, mistrzów?

Przygotowując się do tego filmu, oglądałam dużo komedii z lat 70., np. 'In-Laws' ('Teściowie') Arthura Hillera, ale też filmy Martina Scorsesego, który jak nikt potrafi tworzyć postaci znerwicowane czy psychopatów. Psychopaci zawsze mnie pociągali (śmiech). Zresztą jak pan widział, jest ich cała plejada w moim filmie... Natomiast jeśli chodzi o temat zazdrości, to wielką inspiracją były dla mnie filmy C.T. Dreyera. Oglądałam też wiele razy 'Podróż do Włoch' Roberta Rosselliniego - to świetne studium związku.

Oglądając pani film, nie sposób jednak nie pomyśleć o wczesnych filmach Woody'ego Allena. Jack (Adam Goldberg) to neurotyczny, hipochondryczny nowojorczyk żydowskiego pochodzenia, a Marion (Julie Delpy) momentami bardzo przypomina role stworzone przez Diane Keaton czy Mię Farrow w takich filmach jak 'Annie Hall' czy 'Hannah i jej siostry'.

Porównanie do Allena to zawsze komplement, ale nie był to z mojej strony świadomy zabieg - po prostu tak wyszło. Moje postaci zawsze są trochę neurotyczne, zawsze dużo gadają. Natomiast na pewno mój komediowy gust ukształtowały wcześniejsze filmy Allena takie jak 'Bananowy czubek' czy 'Bierz forsę i w nogi'. To są genialne komedie, esencja gatunku!

Chciałaby pani zagrać u Allena?

Nie, ale chciałabym, żeby on zagrał u mnie (śmiech).

No to może '2 dni w Nowym Jorku'?

Tak, mój producent już dawno na to wpadł, ale nie wiem, czy będę miała odwagę podejść do tego tematu jeszcze raz. Poza tym Adam Goldberg to ostatnio bardzo zajęty człowiek.

Więc jakie ma pani plany na przyszłość?

Obecnie pracuję po 17 godzin dziennie, ostatni urlop miałam dwa lata temu, ale bardzo się cieszę, że nie mam czasu się nudzić. Właśnie siedzę przy montażu filmu o Elżbiecie Batory, okrutnej węgierskiej hrabinie, która wierzyła, że może zachować młodość dzięki kąpielom we krwi dziewic. Sama napisałam scenariusz, wyreżyserowałam i zagrałam główną rolę. Partnerują mi Daniel Brühl ('Good Bye, Lenin!') i William Hurt ('Historia przemocy').

Piszę też muzykę do tego filmu - chcę, żeby przenosiła widza do XVI wieku, a to wcale nie jest proste. No i cóż - tym razem tematyka mniej wesoła niż '2 dni w Paryżu', ale i tu starałam się wpleść możliwie dużo humoru. Trochę wisielczego humoru, ale zawsze. Mam też w planach kolejną komedię, ale na razie nie mogę zdradzać szczegółów.